Po wyborach władz w Małopolsce zadowoleni mogą być tylko buntownicy z PiS, bo utrzymali miejsca w zarządzie województwa. Problem mają natomiast i targana wewnętrznym konfliktem partia Kaczyńskiego, i KO wraz z Trzecią Drogą, bo nie potrafiły wykorzystać okazji do przejęcia władzy.

Teoretycznie PiS ma sukces, bo utrzymał zarząd regionu dla swoich ludzi, unikając przy tym przedterminowych wyborów do sejmiku. W praktyce jednak sytuacja w partii daleka jest od świętowania, bo blisko trzymiesięczne targi o obsadę najważniejszych stanowisk w Małopolsce kosztowały ugrupowanie ostry konflikt wewnętrzny.

Już po wyborze na marszałka województwa Łukasza Smółki w proteście przeciwko „nagradzaniu zdrajców” mandat radnej złożyła była kurator oświaty w Małopolsce Barbara Nowak, a w piątek senator Marek Pęk napisał na X o „coraz większym kryzysie przywództwa w PiS”.

Nie mniejsze rozgoryczenie panuje w KO i Trzeciej Drodze, bo jak przekonują nasi rozmówcy, byli o włos od tego, by odbić Małopolskę. – Nie skorzystaliśmy z szansy, którą dał nam sam PiS – przyznaje poseł KO. – Nasi negocjatorzy popełnili błędy. Za długo trwały te negocjacje, trzeba było je zamknąć we wtorek, wtedy to my rządzilibyśmy województwem – dodaje radny Koalicji.

Kto zawinił w rozmowach z buntownikami z PiS? – Centrale partyjne, tak z PO, jak i z PSL. Kaczyński mógł się w końcu usunąć i pozwolić działać lokalnie? Mógł. Nasi nie potrafili – mówi poseł Stronnictwa, przekonując, iż winę za fiasko negocjacji ponoszą sekretarze obu partii: Marcin Kierwiński i Piotr Zgorzelski.

Według niego najbardziej realny scenariusz, który można było przeprowadzić jeszcze w czerwcu, to dogadanie się z dotychczasowym marszałkiem Małopolski Witoldem Kozłowskim z PiS, by pozostawić go na stanowisku, a resztę stanowisk obsadzić ludźmi z KO i PSL. – No ale Platforma chciała mieć swojego marszałka. Licytowała wysoko i przegraliśmy – nie kryje goryczy nasz rozmówca. Przekonuje zarazem, że wariant, w którym rozłamowcy nie dostają najważniejszego stanowiska w regionie, był nierealny.

PiS po kwietniowych wyborach samorządowych zdobył samodzielną większość mandatów w małopolskim sejmiku, ale szybko się okazało, że nie jest w stanie wybrać nowego marszałka, jego zastępców i pozostałych członków zarządu województwa. Sejmikowy klub radnych PiS to zresztą ciekawa mozaika, bo są w nim i osoby bliskie prezydentowi Dudzie (jak jego ojciec Jan Tadeusz Duda, przewodniczący sejmiku, czy wiceszef jego kancelarii Piotr Ćwik), i działacze kojarzeni z byłą premier Beatą Szydło (Witold Kozłowski oraz Iwona Gibas, wieloletnia dyrektor biura Szydło), oraz stronnicy byłego wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego (np. b. kurator Nowak).

Problemu z wyborem marszałka i reszty zarządu województwa może w ogóle by nie było, gdyby nie forsowana przez prezesa PiS i część małopolskich polityków (przede wszystkim Terleckiego) kandydatura Łukasza Kmity. Były wojewoda małopolski, obecnie poseł, nie jest lubiany w regionie. Zarzucano mu arogancję wobec radnych i narastający konflikt z przewodniczącym Dudą. Nowogrodzka (ścisłe kierownictwo PiS) długo nie chciała jednak słyszeć o jakichkolwiek ustępstwach. – Prezes jest nieprzejednany – uważa, że nie wolno ustępować, bo to może ośmielać kolejnych buntowników – tłumaczył nam w zeszłym tygodniu polityk z władz PiS.

Ostatecznie Jarosław Kaczyński zgodził się jednak na wycofanie Kmity i zgłoszenie nowego kandydata – Łukasza Smółki, do niedawna wicemarszałka Małopolski. Ten, choć w przeszłości politycznie związany z byłym ministrem infrastruktury Andrzejem Adamczykiem (więc także z Szydło), okazał się akceptowalny dla całego klubu radnych PiS. Jego wybór był możliwy także dlatego, że stanowiska w zarządzie otrzymała część buntowników, w tym uchodzący za ich lidera Witold Kozłowski, a także dwie radne – Iwona Gibas i Marta Malec-Lech. Cała trójka, jak wynika z naszych informacji, rozmawiała z KO i PSL o możliwości utworzenia nowej większości w sejmiku.

Kozłowski (wraz z Piotrem Ćwikiem i byłym już wicemarszałkiem województwa Józefem Gawronem) został zresztą we wtorek zawieszony w prawach członka PiS. Czy rozstrzygnięcia oznaczają reset w ich relacjach z Nowogrodzką? Bynajmniej. Prezes Kaczyński dał w piątek do zrozumienia, że sprawa nie jest zamknięta. – W polityce czasem trzeba iść na różnego rodzaju kompromisy, ale to nie jest kompromis polegający na tym, że ja o tym, co się działo i co niektórzy ludzie robili, zapomniałem. Nie zapomniałem – zapewnił.

Z naszych informacji wynika, że za niesubordynację swoich ludzi w sejmiku ukarana została już była premier. – To Beata Szydło miała zostać współprzewodniczącą frakcji EKR w europarlamencie, ale został Joachim Brudziński – mówi nam polityk z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego. ©℗