Nie ma takiej ceny, jakiej nie zapłaciłyby partie, aby przekonać do siebie wyborców, ale w ostatnich miesiącach biją one prawdziwe rekordy. Skarbnicy największych partii rzucili się do banków i nabrali kredytów, jakich w polskiej polityce od dawna nie widziano. Kwoty sięgają dziesiątków milionów złotych.

Nie jest co prawda tajemnicą, że z samych składek członkowskich polskie partie polityczne nie byłyby w stanie zafundować nam tak bogatych kampanii wyborczych, jednak ostatni maraton głosowań zmusił je do podjęcia nadzwyczajnych kroków. Już po wyborach parlamentarnych postanowiły dodatkowo się zadłużyć.

Partyjny skok na kasę. Długi rosną jak na drożdżach

Jesienne wybory parlamentarne z 2023 roku najwyraźniej poważnie nadwyrężyły partyjne fundusze i to mimo tego, iż wiele partii już przed rokiem zaciągnęło w bankach niemałe pożyczki. Liderem pod tym względem jest Platforma Obywatelska, która najpierw, jesienią ubiegłego roku, pożyczyła 10 mln zł., a teraz postanowiła jeszcze dopompować swe konto gotówką. W marcu 2024 ruszyła do banku i zaciągnęła kolejny kredyt, tym razem na kwotę 20 mln. zł. W PO oszacowali, że uda się go spłacić do stycznia 2027 r.

Niewiele w tyle za liderem pozostaje PiS, które zdecydowało się pożyczyć w tym roku 15 mln zł, ale w tej partii są większymi optymistami, bowiem umowę z bankiem podpisali do kwietnia 2025 r. Chęci do zadłużania nie zabrakło też w partii Szymona Hołowni, która do ubiegłorocznej pożyczki w wysokości 3 mln postanowiła dodać w tym roku kolejne 7,6 mln. zł. Tu jednak oszacowano, że realnie uda się ją spłacić dopiero w styczniu 2027 r.

O gotówkę przed wyborami samorządowymi i europejskimi zadbali również ludowcy i po wizycie w banku, dopompowali swe konto kwotą 3 mln zł. Umowa ważna jest do stycznia 2028 r.

Ekspert: „Pieniądz dziś to sprawa kluczowa”

Partyjne długi, sięgające nawet kilkudziesięciu milionów złotych, okazują się być kluczowe w przekonywaniu do siebie wyborców. I chociaż wydawać się może, że w obecnych czasach rola bezpośrednich reklam wyborczych nieco zmalała, eksperci nie mają wątpliwości, że nadal w polityce liczy się głównie pieniądz.

- Pieniądz dziś to jest sprawa kluczowa i nie chodzi tu o żelazny elektorat, ale o elektorat nie do końca zdecydowany. Jeżeli ma się pieniądz, to się organizuje publiczne inscenizacje, a to z kolei rzuca się w oczy. A jak się rzuca w oczy, to znów u osób obojętnych zostaje w pamięci – mówi politolog, prof. Kazimierz Kik.

Dotychczas większości partii, pomimo pokaźnego zadłużania się, udawało się spłacać swe długi, a jednym z wyjątków jest Nowoczesna, której zadłużenie przez długie lata było wytykane jej na każdym kroku. Nie zdarzało się również, aby przez długi partie miały większe problemy w rozliczaniu swych sprawozdań wyborczych.

- Najczęstsze problemy były z tym, że na przykład kupowano jakieś rzeczy na wybory, bannery, czy papier do drukarek nie z funduszu wyborczego, jak powinno to mieć miejsce, ale kupowały to osoby prywatne, a potem oddawano im pieniądze. I to wystarczyło, aby uznać sprawozdanie za niedopuszczalne, nawet jeśli to były bardzo małe sumy, bo liczyła się zasada. Nigdy nie było jednak problemów z rozliczaniem kredytów – mówi Gazecie Prawnej Wojciech Hermeliński, były szef Państwowej Komisji Wyborczej.