Wprost o próbie wyparcia Amerykanów z Europy mówią posłowie opozycji, odpowiadając na zapowiedź Donalda Tuska o stworzeniu wspólnej, europejskiej polityki obronnej. Nie przekonuje ich nawet deklarowana kwota wspólnych wydatków w wysokości 100 mld euro. Czy nowy projekt, reklamowany przez premierów Tuska i Kosiniaka-Kamysza znajdzie większość wśród polskich posłów? Władza ma sojusznika.

Szerokim echem odbiły się ubiegłotygodniowe zapowiedzi stworzenia nowej koncepcji obronnej Europy, która w ocenie pomysłodawców, miałaby zapewnić nam bezpieczeństwo przed ewentualną rosyjską agresją.

Polska armia skręca w stronę Europy

Dotychczasowe przebąkiwania polityków obozu rządzącego o planach powołania w przyszłości europejskiej armii, czy wspólnego planowania wydatków zbrojeniowych znalazły potwierdzenie w słowach premiera Donalda Tuska. Nie pozostawił on wątpliwości, w jaką stronę podąży Polska pod jego rządami.

- Postulat, który pojawia się od jakiegoś czasu, musi stać się projektem naszym, europejskim. Nie przedmiotem debaty, ale decyzją. Mówię tu o minimum 100 mld euro, a także ewentualnych dodatkowych środkach na obronę i bezpieczeństwo Europy - zadeklarował Donald Tusk.

Premierowi wtórował jego zastępca, a jednocześnie szef resortu obrony, Władysław Kosiniak-Kamysz mówiąc, że Europa musi oswoić się z wojną. Zaznaczył też, że na samych słowach się nie skończy.

-Powinna w Europie powstać specjalna rada ds. bezpieczeństwa i przemysłu obronnego, nowy komisarz z kompetencjami i budżetem 100 mld euro na rzecz przemysłu zbrojeniowego. Należy również tworzyć siły szybkiego reagowania oraz dzielić się obroną powietrzną i przeciwrakietową. Europa musi zmierzyć się z tymi wyzwaniami, aby w razie potrzeby obronić nasze wspólne wartości – mówił wicepremier. Od zapowiedzi władza szybko przeszła do czynów.

Lewica chętna wspólnie bronić granic

Zaledwie w kilka dni po wypowiedzeniu tych słów, premier Donald Tusk zadeklarował, że Polska stanie się członkiem europejskiej żelaznej kopuły, której konkrety poznać mamy w najbliższych dniach. Wiele wskazuje na to, że taki nagły zwrot w polskiej polityce obronnej będzie miał pełne wsparcie Lewicy, której politycy łagodnym okiem patrzą na wspólnotę europejską i ideę integracji. W rozmowie z Gazetą Prawną poseł Nowej Lewicy, Łukasz Litewka, członek komisji ds. Unii Europejskiej przyznał, że nie widzi w tym militarnym pomyśle „żadnych kontrowersji”.

- Zdecydowanie jestem za zacieśnianiem europejskiej współpracy obronnej, myślę że międzynarodowa współpraca obronna jest najważniejszą gwarancją bezpieczeństwa dla Polski i Europy. Jednak kolejne kryzysy polityczne i konflikty takiej gwarancji nie dają. Dlatego należy rozwijać mechanizmy wspólnej polityki zagranicznej i obronnej Unii Europejskiej dążąc do samowystarczalności i autonomii obronnej Europy w strukturach NATO – mówi poseł Litewka.

Wspomniana przez polityka Nowej Lewicy „autonomia obronna Europy w strukturach NATO” to jest właśnie to, czego najbardziej w nowych zapowiedziach wspólnej obrony granic obawiają się politycy Zjednoczonej Prawicy. Sprawując przez lata władzę skutecznie opierali się podobnym pomysłom militarnej współpracy, stawiając na USA i wsparcie ze strony sojusznika zza oceanu. Także dziś, obserwując nagły zwrot Polski, łapią się oni za głowę.

Poseł ostrzega: Chcą wyrzucić Amerykanów z Europy

- To jest pomysł, który zagraża bezpieczeństwu Polski. Jeśli mielibyśmy oddawać polską armię pod nadzór Unii Europejskiej, której przewodzą Niemcy, to tak, jakbyśmy zarzucali pętlę na własną szyję – mówi GP poseł Sebastian Kaleta z Solidarnej Polski.

Obawia się on nie tylko stworzenia jednej, europejskiej armii, czy też wspólnego inwestowania w przemysł zbrojeniowy, ale zwraca uwagę, do czego zmierzać mogą takie posunięcia. Jako winnego wskazuje naszego zachodniego sąsiada.

-Jest to też plan na to, aby wyprzeć konkurencję, chociażby amerykańską z Europy, a w interesie Polski jest ścisły sojusz z USA, a nie z Niemcami, którzy wielokrotnie w ostatnich latach zawiedli Europę – mówi poseł Kaleta.

Ewentualne zbliżenie obronne krajów UE możliwe będzie dopiero po czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego i będącym ich następstwem, wyborze nowej Komisji Europejskiej.