Ogłoszona szumnie przez Donalda Tuska budowa na wschodniej granicy „Tarczy Wschód” to, zdaniem polityków Zjednoczonej Prawicy żadna nowość. Były wiceszef MON, Marcin Ociepa ujawnia, jakie plany w tej sprawie zostawił jego rząd, a nawet jak daleko próbowano się posunąć. Niektóre rozwiązania, proponowane przez obecną władzę, mogą bardzo nie spodobać się na zachodzie Europy.

W sobotę Donald Tusk oficjalnie ogłosił wielki program umacniania polskiej granicy wschodniej i północnej, nazywając go dumnie „Tarczą Wschód” oraz zapowiadając, że kosztować będzie ona 10 mld zł.

Tajemnice „Tarczy Wschód”

Deklaracja premiera Tuska nie pozostawia wątpliwości, że nie chodzi jedynie o wzmacnianie już istniejącego płotu, ale o zakrojone na szeroką skalę prace inżynieryjne, w tym o charakterze czysto wojskowym.

- Rozpoczynamy wielki projekt budowy bezpiecznej granicy, w tym systemu fortyfikacji, a także takiego ukształtowania terenu, decyzji środowiskowych, które spowodują, że ta granica będzie nie do przejścia dla potencjalnego wroga – powiedział Donald Tusk.

I choć słowa o budowie linii umocnień po raz pierwszy padły z ust tak ważnego polityka koalicji rządzącej, to słuchając ich, poprzednicy nie potrafią ukryć uśmiechu. W pełni popierając koncepcję dalszego wzmacniania wschodniej granicy Polski, były wiceminister obrony narodowej w rządzie PiS, Marcin Ociepa, wyznaje w rozmowie z Gazetą Prawną, że słowa Tuska to żadna nowość.

- Wiadomo, że jest to tylko kwestia obrandowania tym hasłem „Tarcza Wschód”, natomiast w rzeczywistości te prace trwały od dłuższego czasu – mówi Marcin Ociepa.

I wyliczając podobne działania, cofa się do lipca 2021 r., jeszcze przed migranckim szturmem na polską granicę, kiedy to zapadły pierwsze decyzje o wzmocnieniu granicy. Później była budowa zapory, a decyzje w tej kwestii rząd Mateusza Morawieckiego podejmował na chwilę przed utratą władzy.

- Od tego czasu staraliśmy się być krok przed, a skrajnym przykładem tego działania jest ostatnich kilka miesięcy naszej pracy w MON, kiedy zapadła decyzja o ustawieniu fizycznych zabezpieczeń na drogach. Co zrobić i jak to wykonać podpowiadały nam wojska inżynieryjne, a cel był taki, aby uniemożliwić ewentualny szybki marsz przeciwnika, szczególnie wojsk pancernych. Te elementy zostały rozłożone na drogach, a elementem rozważań i rozmów była nawet kwestia minowania przygranicznych terenów – mówi Marcin Ociepa.

Druga linia umocnień na granicy? "Ludzie będą w potrzasku"

W ocenie polityków koalicji rządzącej obecny plan wzmacniania granicy wschodniej ma być bardziej ambitny, niż ten, który prezentowało PiS. Jak wyznał w rozmowie z portalem Interia.pl wiceminister spraw wewnętrznych, Czesław Mroczek wzmocnić trzeba nie tylko już istniejącą zaporę, która w jego ocenie jest nieszczelna, ale pomyśleć o kolejnej.

- Trwają analizy dotyczące wybudowania drugiej linii zapory fizycznej na granicy lądowej z Białorusią. To jednak bardzo kosztowna inwestycja. Musimy być przekonani, że to działanie przyniesie odpowiednie korzyści w stosunku do nakładu. Decyzje zapadną w ciągu najbliższych tygodni – powiedział wiceminister Mroczek.

I jak się okazuje, pomysł ten rozważany był również przed rokiem, jednak w czasach, gdy ówczesna opozycja oraz zachodnia opinia publiczna grzmiały o nielegalnych push-backach na wschodniej granicy, nie zdecydowano się na jego wdrożenie w życie. Dziś Marcin Ociepa wyznaje, co budziło największe kontrowersje.

-My też to rozważaliśmy, ale największym problemem jest, co robić z migrantami, którzy znajdą się pomiędzy tymi dwiema liniami ogrodzeń. Będą wtedy w potrzasku i to nie tylko migranci, ale też i służby, bo trzeba by robić push-back i to takie na ostro – mówi poseł Ociepa.

Zaproponowane przez Donalda Tuska wydanie na umocnienie wschodniej granicy Polski 10 mln zł wydaje się być kwotą potężną, szczególnie gdy porówna się ją z 1,6 mld zł, jakie kosztowała budowa istniejącej bariery. Również po opozycyjnej stronie przyznają, że to obiecująca zapowiedź, jednak jak zapewnia były wiceminister, diabeł tkwi w szczegółach.

- Nie jest to mało. Wielkich fortów, Linii Maginota nie zbudujemy, ale pytanie jest, na co to pójdzie. Jeżeli te pieniądze miałby iść na takie fizyczne przeszkody, czy instalacje, to jest dobra kwota. Gorzej, jeśli mielibyśmy iść w większym stopniu, a powinniśmy, w perymetrię, czy nowoczesne technologie. To jest o wiele droższe. Jeżeli jest tak, że Donald Tusk w ramach budowy swojego wizerunku, że to on jednak zabezpiecza tę granicę, chce kierować jakieś środki finansowe, to bardzo dobrze, o ile realnie będzie to robił, a nie jest to tylko na potrzeby kampanii wyborczej – mówi Marcin Ociepa.