Władze TVP ograniczyły dyrekcji Biełsatu pełnomocnictwa do podejmowania decyzji finansowych. W redakcji panuje niepokój o przyszłość stacji.

Choć formalnie Biełsat jest częścią Telewizji Polskiej, stacja ma wyjątkowy charakter. Głównie ze względu na to, że skierowana jest do zagranicznego widza, obywateli Białorusi i innych krajów byłego ZSRR. Stacja działa od grudnia 2007 r., a jej działalność współfinansuje Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Sytuacja w kanale zaczęła się zaogniać pod koniec grudnia 2023 r., kiedy doszło do zmian we władzach TVP. Część ustaleń z poprzednim prezesem TVP Mateuszem Matyszkowiczem, dotyczących m.in. zmiany struktury Biełsatu, uległa unieważnieniu. Do kluczowej decyzji doszło 12 stycznia. – Tego dnia odebrano mi i moim zastępcom pełnomocnictwa finansowe, co w zasadzie sparaliżowało zarządzanie redakcją. Nie usłyszałam żadnego argumentu, dlaczego to się wydarzyło – mówi DGP dyrektorka Biełsatu Agnieszka Romaszewska-Guzy. Jednym z największych problemów stało się przedłużenie umów. – Z wieloma dziennikarzami mieliśmy zawarte umowy cywilnoprawne, które wygasły z końcem 2023 r. W normalnej sytuacji podpisalibyśmy następne. Dla części z nich mieliśmy propozycje przejścia na etat, co udało się wynegocjować jeszcze z prezesem Matyszkowiczem. Przez zamieszanie w TVP nie zdążyliśmy jednak podpisać nowych dokumentów – wskazuje szefowa stacji.

Według relacji naszych rozmówców sytuacja dotyczy 80 proc. współpracowników. W sumie to ponad 100 osób. – Obecnie pracuję bez umowy, jak wielu kolegów i koleżanek. W styczniu dostaliśmy wypłatę za grudzień, ale nie mamy pewności, że za parę dni dostaniemy kolejną – zaznacza Jakub Biernat, dziennikarz polskiej wersji portalu Biełsat. Jak dodaje, trudno zaakceptować taki stan rzeczy. – Wielu naszych dziennikarzy ryzykuje życie, aby relacjonować sytuację na Wschodzie. Nie zasługują na takie traktowanie ze strony nowych władz telewizji – ocenia rozmówca DGP. Sytuacja jest tym bardziej skomplikowana, że z Biełsatem współpracuje wielu Białorusinów, Rosjan i Ukraińców. – Często są to emigranci, samotni rodzice, krewni więźniów politycznych – osoby, które szukały w Polsce schronienia przed autorytarnym reżimem. Nie mogą wrócić do swoich ojczyzn, bo tam czeka na nich więzienie – wymienia Romaszewska.

Jedną z takich osób jest Swiatłana Pażarawa, kierowniczka działu social media Biełsatu. – Przyznam, że trochę panikuję, bo nie wiemy, na czym stoimy. W Biełsacie na różnych stanowiskach pracuję od 2009 r. To całe moje życie. Mam dwoje małych dzieci. Jeśli z Biełsatem będzie źle, od razu będę miała kłopoty, bo nie mam wystarczającego zabezpieczenia finansowego – przyznaje Pażarawa. – Choć ja i tak jestem w nieco lepszej sytuacji niż inni, bo mam przyznany w Polsce pobyt stały – dodaje. W gorszej sytuacji jest Aleksandra Szapalina, prezenterka rosyjskojęzycznych programów projektu „Wot tak”. – Wyjechałam z Rosji po tym, jak zostałam zatrzymana za pracę w mediach Aleksieja Nawalnego. W Biełsacie pracuję od ponad dwóch lat. Przez cały ten czas byłam związana umową o dzieło. Dzięki temu uzyskałam kartę pobytu, ale mój status w Polsce jest całkowicie zależny od pracy – podkreśla nasza rozmówczyni.

Wczoraj dyrekcji Biełsatu po ponad dwóch tygodniach przywrócono pełnomocnictwa do podejmowania decyzji finansowych, ale w bardzo ograniczonej formie. – Mogę zawierać umowy tylko do końca lutego i na dużo mniejszą kwotę. Trudno nazwać to rozwiązaniem problemu. Biełsat i nasi dziennikarze potrzebują przede wszystkim stabilności, a nie niepokoju, czy za miesiąc przyjdzie wypłata, czy nie. Przy zmniejszonej sumie środków nie jesteśmy też w stanie podpisać umów na cykle programowe – wskazuje dyrektorka stacji. Kryzys w Biełsacie od tygodni stanowi pożywkę dla białoruskich mediów państwowych. Za wschodnią granicą kolportowane są treści, jakoby kanałowi uznawanemu przez Mińsk za organizację ekstremistyczną groziło „wyrzucenie na śmietnik historii”.

„Ta «wspaniała polska demokracja» jutro bez żalu da wszystkim kopa w tyłek i nawet nie powie «dziękuję»” – pisała na łamach podległej administracji Alaksandra Łukaszenki gazety „SB. Biełaruś siegodnia” jej komentatorka Alena Krasouska. – Być może nie wszyscy w Polsce zdają sobie z tego sprawę, ale Biełsat po 16 latach działalności nie jest już minitelewizją, amatorskim medium, w którym pracuje 15–20 dziennikarzy. Mówimy o stacji, w której pracuje blisko 300 osób. Przygotowujemy materiały informacyjne, publicystykę, dokumenty, reportaże i satyrę w czterech językach: po białorusku, ale też po angielsku, polsku i rosyjsku. Prowadzimy kanał, portal internetowy, serwisy społecznościowe. Dla wielu zagranicznych widzów jesteśmy często jedynym niezależnym źródłem informacji – zaznacza Romaszewska. O komentarz do sytuacji poprosiliśmy MSZ oraz biuro prasowe TVP. Nie uzyskaliśmy jednak odpowiedzi. ©℗

opinia

Być mądrym przed szkodą

Michał Potocki dziennikarz DGP / Dziennik Gazeta Prawna

Niewiele mamy w Polsce narzędzi soft power, które miałyby realny wpływ na świat poza naszymi granicami. Wśród nich jest Biełsat, który przez 16 lat działania stał się kuźnią kadr dla białoruskich dziennikarzy chcących opowiadać o świecie bez przekazów dnia od Alaksandra Łukaszenki. Najlepszym dowodem jego znaczenia jest to, jak wielu biełsatowców siedziało, bądź siedzi, za kratkami. I jak bardzo za likwidację kanału trzymają kciuki łukaszenkowscy propagandyści.

Historia Biełsatu to historia mozolnego zdobywania pieniędzy na działalność i równie mozolnego bronienia się przed zakusami ich obcięcia przez kolejne władze. Niezmienna dyrektorka Agnieszka Romaszewska-Guzy nie mogła się czuć pewnie ani za rządów PO-PSL, ani za rządów PiS. W 2009 r. odwołał ją Piotr Farfał, p.o. prezes TVP, który doświadczenie medialne zdobywał w „Szczerbcu” i „Wszechpolaku”. Wówczas Romaszewską wybronił m.in.... minister Radosław Sikorski i po tygodniu wróciła na stanowisko. Za rządów PiS Biełsat mógł paść ofiarą szykowanego przez MSZ resetu z Białorusią – ale i wówczas udało się go wybronić, także dzięki wpływom Romaszewskiej w obozie władzy. Teraz mamy powtórkę z rozrywki.

Szefowa Biełsatu nie może liczyć na przychylność nowego rządu. Sęk w tym, że zagrożona jest stabilność jednego z najważniejszych mediów białorusko języcznych. Cofanie i wznawianie pełnomocnictw do podpisywania umów z perspektywy wygodnych foteli przy Woronicza może wyglądać na zabawę w kotka i myszkę. Ale z perspektywy dziennikarza z białoruskim obywatelstwem, który może nie dostać wynagrodzenia, bo nie ma mu kto przedłużyć umowy, to nie tylko kwestia opłacenia czynszu, ale też ryzyko trudności z legalizacją pobytu, która w Polsce zależy od posiadania pracy. Na uregulowanie sytuacji nie jest za późno i TVP na razie nie musi łykać żaby, którą musiało już połknąć Polskie Radio. 1 stycznia zamilkło Polskie Radio dla Ukrainy. Wcześniej współpracownikom, z których większość to wojenne uchodźczynie znad Dniepru, nie przedłużono umów. Po burzy medialnej i interwencji ambasady Ukrainy PRU szybko wznowiło nadawanie. Biełsat i tak nie zostanie zlikwidowany, więc może choć tym razem warto być mądrym przed szkodą. ©℗