Po co centralny spis wyborców?

Dziś każda gmina odrębnie tworzy spis wyborców, a dopisanie się do niego – w przypadku np. zmiany miejsca głosowania – bywa uciążliwe zarówno dla urzędników, jak i samych głosujących. Wszyscy to odczuli np. w trakcie wyborów prezydenckich przeprowadzonych w wakacje 2020 r., gdy ludzie przemieszczali się po kraju i mimo to chcieli oddać głos. Także w obozie rządzącym słyszymy o korzyściach, które z takiego rejestru mogą płynąć. – To byłby pierwszy krok do zniesienia meldunku – brzmi jeden z argumentów. Jednolity rejestr wyborców mógłby też wpłynąć na podwyższenie frekwencji.
Reklama
Koncepcja CRW jest gotowa, przygotował ją Centralny Ośrodek Informatyki (COI). – O ile wiem, koszty wdrożenia i utrzymania rejestru nie byłyby przesadnie duże – twierdzi rozmówca z rządu. W PiS rozważany jest wariant, by CRW „dokleić” do ustawy przesuwającej termin wyborów samorządowych z 2023 na 2024 rok. Ale według naszych informacji ten scenariusz staje pod coraz większym znakiem zapytania. W obozie rządzącym słychać bowiem obawy przed zarzutami natury politycznej. – Będzie awantura, że przy pomocy nowego systemu informatycznego chcemy skręcić wyniki wyborów. Moim zdaniem lepiej taką rzecz wdrażać w nowej kadencji, tuż po wyborach, gdy mandat nowo wybranej władzy jest najsilniejszy – mówi osoba z rządu.
Dodatkową komplikacją jest to, że sam COI czekają teraz duże zmiany. Wczoraj w wykazie prac legislacyjnych rządu pojawił się projekt ustawy, który przekształca COI (instytucję gospodarki budżetowej) w Agencję Informatyzacji (państwową osobę prawną).

Reklama
Na razie więc nikt niczego na twardo nie deklaruje, jednak dotarliśmy do odpowiedzi KPRM z 2 sierpnia br. na pytania zadane – w trybie dostępu do informacji publicznej – przez doktoranta z Uniwersytetu Szczecińskiego. Wynika z niej, że „prace nad budową CRW nie zostały przerwane ani zawieszone, a ukończenie prac wstępnie jest szacowane na rok 2025”. To oznacza, że centralny rejestr zostanie najwcześniej wykorzystany dopiero w wyborach prezydenckich.

Jak przesunąć wybory samorządowe?

PiS, bardziej niż na nowym rejestrze, skupia się teraz na sposobie przesunięcia wyborów lokalnych z uwagi na ich kolizję – jesienią 2023 r. – z parlamentarnymi. Polityczny plan zakłada, że projekt ustawy zostanie wniesiony do Sejmu w okolicach pierwszego posiedzenia izby po wakacjach. Bo choć do wyborów samorządowych jeszcze ponad rok, rządzący chcą mieć bezpieczny bufor czasowy do przeprowadzenia takich zmian.
Jak słyszymy od polityków PiS, regulacja – przynajmniej w wyjściowej formie – nie będzie specjalnie skomplikowana. Z naszych rozmów wynika, że preferowanym terminem wyborów samorządowych jest kwiecień 2024 r. (by uniknąć kolizji z eurowyborami, które najpewniej odbędą się pod koniec maja 2024 r.). Tylko jak do tego doprowadzić, gdy w ustawie nie można wskazać konkretnego terminu wyborów? Ten bowiem wyznacza premier.
Część konstytucjonalistów, m.in. dr hab. Ryszard Piotrowski, podważa co do zasady możliwość przesunięcia terminu wyborów samorządowych. Wskazuje, że jest to możliwe tylko w konsekwencji stanu nadzwyczajnego. W jego trakcie oraz w ciągu 90 dni po zakończeniu nie można bowiem przeprowadzać wyborów. Trudność w realizacji tej opcji polega na tym, że nie wiadomo, czy będzie w odpowiednim momencie pretekst do wprowadzenia stanu nadzwyczajnego.
Druga opcja to wariant, na który zdecydował się rząd Jerzego Buzka w 1998 r., gdy tworzył powiaty i województwa. Chcąc w jednym terminie przeprowadzić wybory do nowo tworzonych szczebli i do istniejących już gmin, zdecydował się na wydłużenie dopuszczalnej przerwy między kadencjami tych ostatnich. Konsekwencją jednak było to, że przez ponad 3,5 miesiąca gminy nie miały organów stanowiących. – Dziś to by chyba nie przeszło, już wtedy budziło to spore kontrowersje – mówi nam osoba zaangażowana w organizację wyborów.
Trzecia opcja to skrócenie kadencji Sejmu (co przyspieszyłoby wybory parlamentarne). Ale w PiS słychać, że taki scenariusz nie jest rozważany.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz

Według naszych informacji PiS zdecyduje się raczej na czwartą opcję, czyli proste wydłużenie kadencji obecnych władz samorządowych. Ta możliwość spotyka się także z przychylnym odbiorem w Krajowym Biurze Wyborczym. Istotne jest tu zgranie działań w czasie – po pierwsze samo zarządzenie wyborów przez premiera musi nastąpić nie wcześniej niż na 4 miesiące i nie później niż na 3 miesiące przed upływem kadencji władz samorządowych, a po drugie – dziś głosowanie musi być zaś dniem wolnym od pracy, przypadającym nie wcześniej niż na 30 dni i nie później niż na 7 dni przed upływem kadencji. Kadencję trzeba zatem tak wydłużyć, by możliwe było wskazanie terminu preferowanego przez PiS, czyli kwiecień 2024 r. Choć niektórzy działacze woleliby jesień 2024 r., co oznaczałoby wydłużenie kadencji samorządów o rok.
Ingerując w termin wyborów, PiS ryzykuje kryzysem konstytucyjnym, a nawet bojkotem elekcji – podobnym do tego, który obserwowaliśmy przy okazji próby przeprowadzenia prezydenckich wyborów kopertowych w 2020 r. (część samorządów odmówiła wtedy wydania Poczcie Polskiej danych wyborców). Sprawy nie ułatwia to, że Trybunał Konstytucyjny podchodzi do kwestii wydłużenia kadencji niejednoznacznie. W wyroku z 1998 r. (sygn. K 17/98) stwierdził, że kadencja danego organu nie powinna być przedłużana w odniesieniu do organu już urzędującego, a jeśli miałoby do tego dojść, to tylko ze względu na ochronę wartości konstytucyjnych. Pojawia się zatem pytanie, czy kolizja wyborów lokalnych i parlamentarnych to dostateczny powód dla tak fundamentalnej zmiany. ©℗