Reklama
W sprawie Mariana Banasia najbardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz „wiele musi się zmienić, by wszystko zostało po staremu”. PiS dąży do tego, by Banasiowi odebrać immunitet, tyle że nawet jeśli mu się uda, w praktyce nic się nie zmieni: ustawa o NIK wymienia cztery powody, które pozwalają Sejmowi odwołać prezesa izby, nie ma wśród nich pozbawienia immunitetu ani nawet postawienia zarzutów przez prokuraturę. Podstawą do decyzji Sejmu mogłoby być skazanie prawomocnym wyrokiem, na co nie zanosi się do końca kadencji parlamentu. Osobną sprawą jest, czy są podstawy do odebrania immunitetu i postawienia zarzutów. Przynajmniej jeden z naszych rozmówców, który widział akta sprawy Banasia, uważa, że ich nie ma. Z kolei działania prokuratury są bezprecedensowe – na ogół posłowie z komisji regulaminowej mogli zapoznać się z aktami sprawy, której dotyczył wniosek o odebranie immunitetu. W tym przypadku sprawa została w części utajniona, a prokuratura nie wypuściła akt z rąk.
Pytanie, czy PiS w ogóle zbierze wystarczającą liczbę szabel potrzebnych do pozbawienia Banasia immunitetu. Konieczna jest większość bezwzględna, a Paweł Kukiz, dający PiS przewagę w Sejmie, w rozmowie z portalem wp.pl twierdzi, że na teraz wstrzymałby się w głosowaniu. Można dziś zakładać, że PiS dąży do eskalacji napięcia wokół szefa NIK, by przykryć inne problemy. Na pewno jest szykowany grunt pod dyskusję o „kryształowości” Banasia. Wczoraj Prokuratura Okręgowa w Warszawie poinformowała, że wpłynęło zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez prezesa NIK. Złożył je Tadeusz Dziuba, były poseł PiS i wiceprezes izby, skonfliktowany z Banasiem, który uważa, że szef NIK przekroczył uprawnienia i nie dopełnił obowiązków, jeśli chodzi o obsadzanie stanowisk dyrektorskich w NIK.
Partia rządząca może próbować wrócić do pomysłu przygotowania ustawy, która umożliwiłaby zawieszenie prezesa NIK już na etapie postawienia mu zarzutów prokuratorskich. Pytanie, czy lex Banaś nie skończyłoby się podobnie jak lex TVN. Wetując tę ostatnią ustawę, prezydent Andrzej Duda wskazał, że planowane w niej rozwiązania powinny obowiązywać na przyszłość, a nie naruszać interesy w toku.
Druga sprawa, czyli komisja ds. inwigilacji – coś, co obecnie zajmuje głowy zarówno posłów opozycji, jak i PiS – również nie musi dać przełomu. Wynika to choćby z tego, że PiS może skutecznie przeciągać sprawę już na etapie powoływania komisji (opozycja może dążyć do tego, by Sejm powołał to gremium na rozpoczynającym się dziś posiedzeniu). Nawet jeśli komisja powstanie, to opozycja przewiduje, że PiS nie będzie się kwapił do szybkiego przyznania jej członkom stosownych uprawnień. – Członkowie komisji będą musieli mieć przyznane certyfikaty bezpieczeństwa, którymi dziś dysponują posłowie zasiadający w komisji ds. służb specjalnych. Nie zdziwię się, jeśli cała procedura zajmie kolejne pół roku – przyznaje nasz rozmówca z opozycji. Wreszcie problemem, który może znacząco utrudnić podtrzymanie tematu nielegalnej inwigilacji przy życiu, jest to, że większość posiedzeń komisji śledczej może być utajniona. Nawet politycy opozycji przyznają, że umiarkowanie wierzą w sprawczość działań komisji i to nie tylko ze względu na ograniczenia proceduralne. – Proszę wyjechać poza Warszawę i zapytać mieszkańców, czy obchodzi ich sprawa Pegasusa. Nastawienie jest takie, że „politycy podsłuchiwali siebie nawzajem, tak było, jest i będzie” – podsumowuje jeden z naszych rozmówców.