Reklama
A to podważa demokratyczną legitymację władz Rzeczypospolitej. Nie tylko sam skandal, lecz także to, jak ograniczone mamy możliwości, aby w pełni go wyjaśnić, pokazują skalę ustrojowej katastrofy i niszczenia państwa, które są zasługą rządów, zjednoczonej – tylko z nazwy – prawicy.
Istotą demokracji są nie tylko wolne i uczciwe wybory, lecz także możliwość kontrolowania władzy i ochrona praw, wolności i majątku obywateli przed nadużyciami tejże. Tę ochronę w demokratycznym państwie prawa mają zapewniać silne, sprawne i niezależne instytucje. Zjednoczona Prawica doszła do władzy w 2015 r. pod mającym sporo sensu hasłem budowy silnego państwa. Jej rządy jednak to systematyczne tego państwa niszczenie. Goniąc za autokratyczną wizją przełamania imposybilizmu, jedne niezależne instytucje, takie jak prokuratura, podporządkowywane są aktywnym politykom, inne – takie jak Trybunał Konstytucyjny – zmieniane w pogrążone w letargu atrapy.
Nie wierzę, że pozbawione niezależności instytucje staną po stronie obywateli, gdy pojawi się konflikt ich interesów z władzą. To właśnie pozwala jej uchwalać prawo w taki żenujący, nieszanujący obywateli sposób, jak robi to w ciągu ostatnich tygodni z ustawami podatkowymi.
Władza nie szanuje praw obywateli, bo uważa, że ich przestrzeganie powoduje imposybilizm. Mechanizm lekceważenia praw obywateli, przedsiębiorców, podatników jest taki sam jak prawdopodobny mechanizm łamania praw opozycji. Ta władza wierzy, że może robić to, co uważa za słuszne, że nie musi się nikomu tłumaczyć i że nie ma jej kto kontrolować. I to ostatnie jest niestety prawdą. Zbyt wiele instytucji stało się bowiem w ciągu ostatnich lat niezależnymi jedynie z nazwy parodiami samych siebie. A najważniejszą z nich, kluczową dla kontrolowania władz i służb specjalnych jest Sejm.
To właśnie parlament powinien być miejscem, w którym mający do dyspozycji ekspertów posłowie z szacunkiem dla nas, profesjonalnie przygotowują prawo. To Sejm ma kontrolować władzę wykonawczą, a nie odwrotnie. To przed Sejmem mają drżeć służby specjalne, a nie odwrotnie. Dziś obserwujemy jednak jakąś smutną rekonstrukcję polskiego parlamentaryzmu z XVIII w. z najgorszymi jego cechami – podobnie jak wtedy pozbawieni szacunku do samych siebie posłowie dają się traktować przez politycznych magnatów jak marionetki.
A my obywatele nic nie robimy. Od lat pozwalamy na zalew prawnego bełkotu. Oburzają nas ceny energii rosnące jak szalone, ale parę lat wcześniej wzruszeniem ramion traktowaliśmy parodie sejmowej debaty o energetyce, podczas której posłowie mieli sekundy na wypowiedzi. Martwi nas konflikt z Unią, ale pozwalaliśmy uchwalać kluczowe ustrojowe ustawy w nocnych maratonach głosowań, po których panowie posłowie i wiceministrowie niczym gimnazjalistki wrzucali do sieci radosne selfie. Akceptowaliśmy żenujące sceny w Sejmie, oglądając je, jakby to był cyrk – dokładnie tak jak nasi przodkowie w XVIII w. Teraz pewnie większość z nas potraktuje sprawę podsłuchów senatora Brejzy jako element politycznego cyrku. Nie widząc tego, że istnieje bezpośredni związek między tym, jak władza traktuje prawa demokracji, a tym jak traktuje nasze prawa – prawa podatników, przedsiębiorców, rodziców i obywateli.
Ta władza skończyła się już dawno temu – gdy zamiast reformować państwo, stała się pogrążoną w wewnętrznych wojnach populistyczną partią władzy. Jej rządy coraz bardziej przypominają schyłek SLD, gdy tym, co pozwalało trwać, był strach o stołki. Spodziewam się, że ta władza zabierze polską prawicę tam, gdzie SLD zabrało polską lewicę.
Tamta ekipa upadła nie z powodu afery Rywina, ale przede wszystkim z powodu katastrofy bezrobocia. Obecną będą pogrążać pewnie problemy energetyczne i brak pieniędzy z Unii. Ale to właśnie niszczenie państwa jest praprzyczyną problemów gospodarczych, kapitulacji przed pandemią czy słabości szkoły. Nawet jeżeli wielu wyborców wierzy w to, że w pewnych warunkach rządy silnej ręki są lepsze od demokracji, to odpowiedzią na wyzwania współczesności jest dobre, spokojnie uchwalane prawo, a nie żadne przełamywanie imposybilizmów. ©℗