Porównań między Brukselą a Moskwą w przeszłości używali także francuska polityczka Marine Le Pen, eksszef MSZ Wielkiej Brytanii Jeremy Hunt i orędownik brexitu Nigel Farage. W kontekście upadku imperiów takiego porównania niedawno użył także miliarder George Soros. Wszystkich zaś przelicytował minister edukacji Przemysław Czarnek, według którego Unia dzisiaj to „cywilizacja śmierci”.
Tym, co łączy większość tych przekazów, jest specyficzne postrzeganie UE. Politycy ci często zarzucają Unii oligarchiczny charakter rządów, jednorodną lewicową lub lewicującą tożsamość, dekadencję i tendencję do narzucania woli państwom członkowskim wbrew ich tożsamości narodowej. Według tej perspektywy nacjonaliści to dla UE wrogowie, federalizm jest tajnym celem, a wymuszenie – sposobem działania. Nic bardziej mylnego. Jedyny element, z którym można się zgodzić, to kontynentalna skala oddziaływania. UE jest podmiotem relacji światowych na równych prawach z USA i Chinami. W czasie zimnej wojny ZSRR miał podobny status. Ale na tym podobieństwa się kończą.