Można założyć, że w tym roku największym nie tyle problemem, co wyzwaniem dla jego prezydentury pozostają listopadowe wybory do Kongresu. I to są wybory, które rozstrzygnie polityka wewnętrzna.
Wielu Amerykanów nie zdążyło jeszcze odczuć pozytywnych skutków reform obecnej administracji, czyli poprawy warunków życia. Dlatego sondaże pokazują, że rywalizacja przed wyborami połówkowymi do Kongresu między Republikanami i Demokratami będzie dość zacięta.
Nie przypominam sobie w ostatnich latach, a nawet dekadach prezydenta, którego pozycja czy szerzej oddziaływanie byłoby tak silne. Z jednej strony zdominował całkowicie Partię Republikańską. Z drugiej strony dysponuje ona większością w obu izbach Kongresu. W tym kontekście każda idea, która zrodzi się w Białym Domu, ma ogromne szanse na realizację.
Paradoks polega na tym, że Trump startował z hasłem „America first”, co bardzo wielu wyborców rozumiało jako potrzebę skupienia się na wewnętrznych problemach Ameryki.
Duża część jego prezydentury dotyczy polityki zagranicznej. Wszyscy w Europie baliśmy się, że „America first” będzie oznaczała izolacjonizm, wycofanie się USA z wielu miejsc na świecie, w tym z Europy.
Te plany zostały ostatecznie zdementowane i zrewidowane. Amerykanie pozostają bardzo aktywni nie tylko na zachodniej półkuli. Wenezuela czy, w tej chwili, Kuba. Szereg rozstrzygnięć wyborczych w Ameryce Południowej: w Argentynie, Chile, Boliwii również przebiegł po ich myśli. Ale spójrzmy także na bliższy rejon. Rozmawiamy akurat po historycznej wizycie wiceprezydenta J.D. Vance’a w Armenii i Azerbejdżanie, czyli na Kaukazie Południowym, który od dekad znajdował się w sferze wpływów Rosji i który właśnie stał się bardziej autonomiczny dzięki zaangażowaniu administracji Trumpa.
Gdyby Rosjanie nie byli osłabieni i zajęci wojną w Ukrainie, z pewnością interweniowaliby militarnie co najmniej w Armenii, ponieważ jej proamerykański kierunek to sytuacja dla nich nie do zaakceptowania. Ale teraz muszą się z tym pogodzić.
To się nigdy nie potwierdziło. Ukraina twardo negocjuje i jak dotychczas nie widać żadnych oznak, żeby Amerykanie mieli poświęcić najważniejsze kwestie w tych rozmowach, czyli suwerenność tego państwa.
Prezydent Stanów Zjednoczonych jest od lat tradycyjnie określany mianem przywódcy wolnego świata. To obrazuje skalę wyzwań, które stoją przed każdym lokatorem Białego Domu. Stany Zjednoczone pozostają globalnym mocarstwem, wbrew rozmaitym opiniom. Polityka Trumpa tylko potwierdza, że nie zamierzają z tej roli zrezygnować, przynajmniej dobrowolnie. Trump przyczynił się do wypchnięcia Rosji z Bliskiego Wschodu, do utraty wpływów w Syrii. Uderzył militarnie w wielkiego sojusznika Rosji, również obecnego na Ukrainie, czyli w Iran. To przecież dzięki dronom oraz rakietom produkowanym i dostarczanym Moskwie przez reżim ajatollahów rosyjskie oddziały w pewnym momencie uzyskały przewagę na polu walki.
Potocznie można to tak określić. Upadek Nicolása Maduro w Wenezueli to także olbrzymi cios i zarazem wielkie zaskoczenie dla rosyjskiego przywódcy. Najważniejszy sojusznik militarny w Ameryce Południowej odwrócił się, zmienił stronę.
Chcielibyśmy szybkich zmian w Wenezueli, przede wszystkim demokratyzacji tego kraju. Natomiast w sensie geopolitycznym Wenezuela odcięła dostawy ropy dla innego sojusznika Rosji, czyli Kuby, i dość szybko przechodzi z obozu rosyjsko-chińskiego do obozu amerykańskiego. To też ma kontekst ukraiński. W Ukrainie widzieliśmy najemników nie tylko z Korei Północnej, ale również z Kuby. Pacyfikowanie takich sprzymierzeńców Putina pośrednio, ale znacząco wspomaga Ukraińców na polu walki.
Trump posunął się do czegoś, przed czym wzbraniał się Joe Biden. Nałożył największe, najbardziej rygorystyczne restrykcje na rosyjskie firmy naftowe. Przekazał Ukraińcom newralgiczne dane wywiadowcze umożliwiające ataki na cele w głębi Rosji, dzięki czemu od połowy ubiegłego roku Ukraińcy skutecznie ostrzeliwują rosyjskie rafinerie, obniżając zdolności produkcyjne Rosji w zakresie ropy i gazu.
Bez porównania, jego dokonania są znacznie większe niż Baracka Obamy. A pamiętajmy, że tamten prezydent otrzymał Nobla już w pierwszym roku swojego urzędowania, nie robiąc niczego poza rezygnacją z tarczy antyrakietowej w rocznicę paktu Ribbentrop–Mołotow, co będziemy zawsze pamiętać negatywnie.
Wiele będzie zależało od ostatecznego kształtu umowy pokojowej z Rosją, chociaż nawet pomijając ten aspekt, lista osiągnięć Trumpa i tak jest już imponująca. Choćby pokój azerbejdżańsko-armeński jest tego dowodem. Także zawieszenie broni w konflikcie palestyńskim. Z naszego punktu widzenia aktualny amerykański prezydent z pewnością jest bardziej skuteczny od swoich poprzedników: Joego Bidena czy wspomnianego Obamy, jeśli chodzi o ograniczenie wpływów rosyjskich.
W Polsce pokutuje takie przeświadczenie – bazujące na jego wypowiedziach, w których określa Putina swoim przyjacielem – że ma on słabość do Putina i Rosji. To niezrozumienie polityki, ale również stylu działania Donalda Trumpa.
Trump mianem przyjaciela określa wielu dyktatorów, choćby przywódcę Korei Północnej. To zabieg mający ułatwić mu negocjowanie z nimi. Jeżeli spojrzymy na twarde dane dotyczące relacji amerykańsko-rosyjskich w rozmaitych regionach świata, Trump, mimo tej z naszego punktu widzenia kontrowersyjnej retoryki, jest bardzo skuteczny. Biden niestety doprowadził do tego, że Ukraińcy nie byli w stanie skutecznie wypędzić Rosjan ze swojego terytorium w 2022 r., ponieważ wespół ze swoim doradcą ds. bezpieczeństwa Jakiem Sullivanem dali się zaszantażować przez Moskwę ewentualnym użyciem broni nuklearnej i nie przekazali Ukraińcom na czas odpowiedniego wyposażenia.
Absolutnie nie. Fakty są takie, że Kijów otrzymał broń, o którą zabiegał, zbyt późno ze względu na strachliwość Bidena. W przypadku Trumpa nie można takich wyraźnych błędów wskazać. Już w trakcie pierwszej kadencji przekazał Ukrainie pociski przeciwpancerne, słynne Javeliny, które okazały się niezwykle skuteczne w pierwszej fazie wojny. Później administracja Bidena kontynuowała dostawy tego sprzętu. Otwarte pozostaje pytanie, czy zdecydowałaby się na to, gdyby nie zapoczątkował ich Trump.
Sprawiedliwy pokój będzie równoznaczny z porażką Putina, a historia uczy, że rosyjski władca, który ponosi porażkę w wojnie, traci władzę i życie. Putin walczy dosłownie o życie i żeby taki pokój podpisał, trzeba by go do tego zmusić.
Przejęciem inicjatywy na polu walki i kwestiami gospodarczymi. Nałożenie bardzo mocnych, brutalnych sankcji na rosyjskie koncerny naftowe, co zrobił Trump kilkanaście tygodni temu, jest dobrym krokiem w tym kierunku.
Wciąż niestety nie.
Jeżeli nie dojdzie do przełomu na froncie, Putina do ustępstw mogą skłonić tylko olbrzymie problemy gospodarcze. Trump, który często powołuje się na Ronalda Reagana, chce zmusić Putina do ustępstw w podobny sposób, jak Reagan Michaiła Gorbaczowa. Czyli m.in. poprzez obniżenie cen ropy w porozumieniu z krajami arabskimi i skuteczną walkę z rosyjską flotą cieni. Takie działania mogą sprowadzić na Rosję bankructwo. Wierzę, że wtedy Putin byłby skłonny do ustępstw. Dobrze pamięta lata 90. i sytuację gospodarczo-społeczną, w jakiej dochodził do władzy i której postanowił położyć kres.
Politykę transakcyjną uprawia większość państw na świecie. Każdy przywódca w pierwszej kolejności dba o interes swojego kraju.
Amerykański prezydent bardziej otwarcie mówi o tym, co wielu światowych przywódców, również przywódców demokratycznego Zachodu, myśli i robi. Kieruje się przy tym przede wszystkim interesem Ameryki, co jest w pełni zrozumiałe.
W interesie Ameryki, jak kiedyś zauważył [były premier Wielkiej Brytanii] Boris Johnson, nie jest sprawienie, żeby Związek Radziecki był znowu wielki. Trump nie został wybrany, żeby Związek Radziecki był wielki, ale żeby Ameryka była wielka. I dlatego, gdy przychodzi do szczegółowych rozwiązań, mocno ogranicza wpływy rosyjskie. Śledziliśmy w Europie negocjacje między przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen a Donaldem Trumpem w sprawie umowy handlowej. Bardzo ważnym punktem tej umowy jest zobowiązanie Unii Europejskiej, że do końca kadencji Trumpa kupi amerykańskie węglowodory, głównie gaz skroplony, warte 750 mld dol. To oznacza, że amerykański gaz skroplony całkowicie zastąpi rosyjski. Czy to jest dobre dla koncernów amerykańskich? Tak, ponieważ zyskują kolejny ogromny rynek zbytu. Ale jest to przede wszystkim dobre dla Europy, która na tym polu w końcu uniezależni się od Rosji. Nawet teraz, cztery lata po ataku na Ukrainę, Putin wciąż sprzedaje węglowodory do krajów europejskich. Trump stanowczo przymusza Europę, żeby zrobiła coś dobrego również dla siebie. I chwała mu za to.
Polska latami apelowała na forum NATO o wydawanie 5 proc. PKB na obronność, przestrzegając przed rosyjskim zagrożeniem. Jednakże dopiero swego rodzaju szantaż Trumpa, przekonującego, że wycofa wojska amerykańskie i zostawi Europę samą z rosyjskim niedźwiedziem, podziałał trzeźwiąco i sprawił, że kraje europejskie na ten postulat się zgodziły.
Metody stosowane przez amerykańskiego prezydenta często są dość brutalne, ale skuteczne i to w kwestiach dla nas istotnych.
Prezydentowi Trumpowi bardzo zależy na tym wyróżnieniu i nie rozumiem, dlaczego Polska, tak bardzo potrzebująca amerykańskiego wsparcia militarnego, musiała prowokować amerykańskiego przywódcę. Mamy dzisiaj w fotelu marszałka Sejmu komunistycznego dinozaura. Człowieka, który czasem mówi językiem znanym z jego publikacji z lat 80. A wówczas Włodzimierz Czarzasty w swoim studenckim czasopiśmie atakował imperializm amerykański i wychwalał Związek Radziecki.
To z jednej strony ostentacyjny brak poparcia, a z drugiej harce uprawiane przez Czarzastego i jego współpracowników, którzy na każdym kroku starają się prowokować Amerykanów. To całkowicie niezgodne z polską racją stanu. Dziwię się, że tacy politycy jak Władysław Kosiniak-Kamysz i Polskie Stronnictwo Ludowe żyrują tę skrajnie antypolską politykę.
Wielu Amerykanów przeciera oczy ze zdumienia. Oni do końca nie zdawali sobie sprawy, że mamy w Polsce rząd wspierany przez postkomunistów czy komunistów. Czarzasty jest dumny ze swoich komunistycznych korzeni. To dla Amerykanów prawdziwy szok.
My im oczywiście staramy się tłumaczyć, że to wynika z trudnej pozycji Donalda Tuska, który przegrał wybory parlamentarne i jest zależny od szabel Lewicy w Sejmie. Ale czym innym jest grupka kilkunastu posłów wspierających rząd, a już inną wagę ma funkcja marszałka Sejmu.
Tusk jedno mówi, a co innego robi. Już po wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, kiedy wiedział, że prezydentem ponownie został Trump, wysłał na placówkę w Waszyngtonie Bogdana Klicha, co dla Amerykanów było oczywistą prowokacją. Do dzisiaj nie został zaproszony do Waszyngtonu, nie ma żadnych relacji z obecnym amerykańskim prezydentem, więc jego czyny są zupełnie inne niż słowa, które pani przed chwilą przytoczyła.
Bzdura. Przypominam, że posłowie Prawa i Sprawiedliwości głosowali przeciwko powołaniu Czarzastego na funkcję marszałka Sejmu i zwracali uwagę na jego komunistyczną przeszłość.
Przestrzegaliśmy przed powierzaniem mu tego stanowiska i jeszcze przed jego starciem z amerykańskim ambasadorem wzywaliśmy do dymisji za związki z putinowskimi biznesmenami.
Prawie wszystkie ostatnie rosyjskie afery szpiegowskie w Stanach Zjednoczonych i zachodniej Europie łączą kobiety, które pracują dla rosyjskiego wywiadu i potrafią różnymi metodami zinfiltrować środowiska polityczne. Tutaj też pojawia się taki schemat, kobieta, która robi biznes.
Dowiadujemy się, że jej wspólniczką jest pani, która budowała pałace dla Putina. Jednocześnie pracuje w domu aukcyjnym, który handluje autografami rosyjskiego dyktatora. Ta sama kobieta jest wpuszczona w rodzinny biznes Czarzastych, czyli hotel w Spale. To jest w oczywisty sposób odpowiedź na pytanie, dlaczego Czarzasty nigdy nie wypełnił ankiety bezpieczeństwa, a ma dostęp do największych tajemnic państwa. I jest, jak słusznie podkreślił prezydent Karol Nawrocki, jedno uderzenie serca od prezydentury. Przypomnę, że głównym celem operacji rosyjskiej w pierwszej fazie wojny w Ukrainie, w lutym 2022 r. było pojmanie bądź zabicie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i osadzenie w jego fotelu rosyjskiej marionetki. Gdyby Rosjanie zaatakowali Warszawę i udało im się porwać bądź zabić polskiego prezydenta, zwierzchnikiem Sił Zbrojnych zostałby Czarzasty. To straszne i w moim odczuciu ogromnie niebezpieczne dla Polski.
Nie. Chodzi o to, że taki scenariusz trzeba rozważać. Ja w takiej sytuacji nie czułbym się bezpiecznie.
Tak. Nie widzę powodu, żeby tego nie robić. Nic nas to nie kosztuje. To inicjatywa, na której mocno zależy osobiście Donaldowi Trumpowi, i możemy na tym tylko zyskać.
Trump jest jednym z najbardziej propolskich prezydentów w ostatnich latach. Udowodnił to wielokrotnie, wysyłając żołnierzy do Polski czy blokując budowę Nord Stream 2. Prowokowanie, irytowanie Trumpa w tak błahej skądinąd sprawie jest niepotrzebne i dowodzi antyamerykańskiej obsesji, jaka zapanowała w obecnych kręgach rządowych w Polsce. Biorąc pod uwagę naszą sytuację bezpieczeństwa, jest to całkowicie niezrozumiałe.
To bardzo kontrowersyjny program. Przede wszystkim nie do końca wiemy, jak będzie wyglądało oprocentowanie. Mówi się, że między 3 a 4 proc., a to jest kolosalna różnica. Jednocześnie program jest obwarowany wieloma warunkami, które są dla nas trudne.
Konieczność kupowania broni tylko w krajach europejskich, wykreślenie z tej listy Koreańczyków czy Amerykanów. To tak jakby bank udzielił komuś pożyczki gotówkowej, jednocześnie określając, w których konkretnie sklepach można robić zakupy.
Ale Amerykanie produkują najnowocześniejszą broń. Dzisiaj, kiedy Ukraina walczy z Rosją, Europejczycy też kupują broń w Stanach Zjednoczonych, żeby ją wysłać do Kijowa. Jednocześnie program SAFE zakazuje krajom przyfrontowym, w tym Polsce, robienia tego samego. Czy to ma sens? Możemy sami pożyczać na, z dużym prawdopodobieństwem, bardziej atrakcyjnych warunkach i sami decydować, co, od kogo i za jaką kwotę kupujemy.