W weekend ujawniono kolejną transzę dokumentów ze sprawy Jeffreya Epsteina. Za oceanem wzmogły się teorie spiskowe i spekulacje o tym, na ile był to cios wymierzony w prezydenta Donalda Trumpa. Albo przeciwnie – czy to aby nie próba przykrycia znacznie głębszej afery? W Europie temat elektryzuje nieco mniej. Ot, rodzina królewska w Wielkiej Brytanii przeżywa kolejny kryzys ze względu na obecność wśród znajomych Epsteina księcia Andrzeja. Z podobnych powodów były szef słowackiego MSZ Miroslav Lajčák podał się do dymisji z posady rządowego doradcy. Nad Wisłą premier Donald Tusk postanowił powołać komisję ds. polskich wątków w tej aferze, choć trochę nie wiadomo, dlaczego i po co. Chyba tylko, żeby bić polityczną pianę.
Historyczne analogie ze sprawą Epsteina
Zarazem z perspektywy globalnej temat ma swój ciężar. Patrząc historycznie, sprawa Epsteina przywodzi na myśl niepokojące analogie. Jeżeli bowiem cofniemy się do 20-lecia międzywojennego i zaczniemy szukać źródeł popularności ideologii skrajnych, zarówno prawicowych, jak i lewicowych, to zobaczymy, że zaczęła się ona od pogłębiającej się kompromitacji elit. Rzecz się działa w trakcie i tuż po I wojnie światowej. Wtedy właśnie stary, imperialno-arystokratyczny porządek świata legł w gruzach. Dawne elity dla przeważającej części opinii publicznej stały się synonimem zgnilizny. Szczególnie widoczne było to w Rosji, gdzie charyzmatyczny Grigorij Rasputin oplótł rodzinę carską i uzależnił od siebie Mikołaja II, organizując przy okazji dzikie orgie wzmagające gniew ludu.
Czy ujawnienie akt Epsteina to zapowiedź nadejścia nowego porządku, który brutalnie wymiecie ten obecny? To nazbyt śmiała teza, ale nie wykluczam, że może to być jedna z jaskółek zapowiadających zmiany. Ujawnione archiwa Epsteina pokazały, że wśród znajomych nowojorskiego milionera było mnóstwo wpływowych ludzi zachodniego świata. Wielu z nich bywało też na jego wyspie, gdzie dochodziło nie tylko do orgii, ale też m.in. do gwałtów na nieletnich.
Jednocześnie okazało się, że podziały, którymi żyją ludzie na prawicy i lewicy, są różnicami dobrymi dla wyborców, ale nie dla elit. Bo przecież „oni wszyscy się dobrze znają” – demokraci i republikanie – a polityczna walka między nimi jest tylko na pokaz. Czy tak jest w rzeczywistości, to odrębna kwestia, ale ważniejsze jest to, że taki odbiór medialny wokół tej afery się wytworzył.
Jak długo jeszcze Trump będzie wiarygodnym antysystemowcem dla ludzi MAGA?
Wszystko to zbiega się w czasie ze wzrostem siły radykalnej prawicy (zwanej w USA alt-prawicą) oraz lewicy – środowisk, które reprezentują nie tylko skrajny światopogląd, ale również można je uznać za siły antysystemowe. Kluczowy podział polityczny przesunął się z osi liberalna lewica–konserwatywna prawica na oś system–antysystem; kto jest za utrzymaniem status quo, a kto „myśli niezależnie” i chce wywrócenia stolika.
Antysystemowość ma dziś ponadto coraz więcej wymiarów: od radykalnych poglądów politycznych po kwestionowanie medycyny i ustaleń naukowych. System (porządek świata) jest notorycznie krytykowany, a każdy skandal daje paliwo tym, którzy twierdzą, że to nie wyjątek, tylko cały system jest zdegenerowany. Tak jak jednostkowe ujawnienie nieprawidłowości przy produkcji leków pozwala tym siłom podkopywać cały system szczepionkowy, tak sprawa Epsteina podbija narrację, że „oni wszyscy są umoczeni”.
W taki oto sposób akta Epsteina mogą zaszkodzić samemu Donaldowi Trumpowi, choć to przecież jego zwolennicy i ludzie MAGA domagali się najgłośniej odtajnienia akt. Bo skoro prezydent także znał Epsteina, to znaczy, że był i nadal jest częścią elit, reprezentantem starego, gnijącego świata. A zatem potrzeba nowego, prawdziwie antysystemowego polityka. Kto nim zostanie? To pytanie, na które lepiej, abyśmy nie musieli poznać odpowiedzi. ©℗