Jak na formację z poparciem szorującym po dnie, to dostarczyła newsów, jakby grała co najmniej dwie ligi wyżej. Choć nie było to zainteresowanie, o jakim marzyli jej liderzy. W powszechnym odbiorze problemy z wyłonieniem przywódcy spowodowały, że partia ta stała się memem, a przecież w polityce nie ma nic gorszego. Mogą się ciebie bać, mogą cię nienawidzić, ale nie mogą się z ciebie śmiać. A tak się stało z Polską 2050. I pewnie niebezpodstawnie, bo krajowa polityka dawno nie widziała, aby wybory na szefa partii unieważniono z powodu problemów technicznych.
Mało kto przewidywał, że w kolejnych dniach będzie jeszcze ciekawiej, a w roli głównej wystąpi sam Szymon Hołownia. Były marszałek sejmu najpierw z fotela przewodniczącego zrezygnował, ale z tej decyzji chyba się nie cieszył, bo potem próbował ją odkręcić. Jego „last dance”, zamiast uspokoić nastroje, wywołał dodatkowy ferment. Ostatecznie nie udało mu się przekonać kierownictwa do tego, żeby wybory „zresetować”, ale na pocieszenie zostało mu zwycięstwo Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, do której jest mu bliżej niż do Pauliny Hennig-Kloski. Po tych perypetiach łatwo zrozumieć, że zakończenie sagi wyborczej to dla Polski 2050 sukces większy, niż mogłoby się wydawać.
Krzywdzące śmichy-chichy z Polski 2050 Szymona Hołowni
Wszyscy wskakiwali na tę partię jak na pochyłe drzewo. Tymczasem mało kto dostrzegł, jakie były pierwotne źródła problemów Polski 2050. Organizacyjno-techniczne usterki były bowiem ich przejawem, a nie źródłem. Otóż te wybory były na serio. Startujący nie byli kukiełkami odgrywającymi teatrzyk, ale politykami realnie zabiegającymi o poparcie w partii. I właśnie dlatego, że uruchomiono realną demokratyczną rywalizację, pojawiły się problemy. Polska 2050 stała się więc po części ofiarą własnej demokratyzacji, czyli procesu, podkreślmy, z którym wiele politycznych formacji nie ma nic wspólnego. W polskich partiach przecież od lat dominuje model wodzowski, w którym wybory na szefa są formalnym przypieczętowaniem pozycji samca alfa. Ma to swoje liczne zalety dla sterowności ugrupowania, ale dla Polski rodzi to negatywne konsekwencje. Bo jak zazwyczaj się rządzi partią, tak potem rządzi się państwem.
Sam fakt, że Polska 2050 zdecydowała się na nieudawane wybory, zasługuje na uznanie
Problem z wyłonieniem lidera był pokłosiem decyzji, aby następcę Szymona Hołowni wyłonić w autentycznej rywalizacji, a nie wkładając mu koronę na głowę. Jednocześnie prawdziwa konkurencja uruchomiła dynamikę, nad którą trudno było zapanować. Różne postacie z partii wykonywały nerwowe ruchy, co sprawiało wrażenie trzęsienia ziemi. Pewnie to był rodzaj kataklizmu, a natura demokracji ewidentnie zaskoczyła samych organizatorów. Niektórych błędów można było uniknąć, ale pewne przypadłości „wieku dziecięcego” trzeba przechorować – demokracja w tej partii jest przecież noworodkiem.
Polski komentariat tego nie dostrzegł i zarezerwował dla Polski 2050 jedynie drwiny. Nie dziwię się, bo niby skąd może wiedzieć, jak wyglądają demokratyczne wybory w partii? Tymczasem proces wyłaniania lidera w ugrupowaniu założonym przez Hołownię zasługuje na uznanie. Postawili sobie wysoko poprzeczkę i w kolejnym podejściu jej nie strącili. Ich porażka byłaby niewychowawcza dla wszystkich innych formacji. Na lata pogrzebałaby w polskiej polityce ideę demokracji wewnątrzpartyjnej.