Poniedziałkowa II tura wyborów przewodniczącego Polski 2050, w której ścierały się ministry Paulina Hennig-Kloska i Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, została unieważniona z powodów technicznych. Zarząd partii twierdzi, że doszło do ataku hakerskiego i zgłasza sprawę do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i prokuratury, choć wydaje się, że dowodów na atak nie ma.

Podczas głosowania online, jak wyjaśniała na antenie Polsatu News Pełczyńska-Nałęcz, odnotowano ponad 26 tys. wejść na stronę. W efekcie system miał się zawiesić, a połowa członków partii nie mogła zagłosować. Według I wiceprzewodniczącej partii „doszło do jakiejś próby ataku hakerskiego”. Jednak II wiceprzewodnicząca Adriana Porowska przyznała, że sam zarząd nie wie, co się właściwie stało. „W tym momencie po prostu nie wiemy, jaka była dokładna przyczyna zaistniałej sytuacji – i to jest fakt” – napisała na Facebooku. Teorię o hakerach stawia pod znakiem zapytania oświadczenie firmy, która obsługiwała wybory. „Na ten moment nie odnotowaliśmy żadnych błędów ani awarii po stronie naszej infrastruktury lub kodu” – czytamy. Firma dodaje, że partia Szymona Hołowni zdecydowała się skorzystać z modelu, w którym użytkownik samodzielnie zakłada konto, opłaca je i przeprowadza głosowanie: „Polska 2050 samodzielnie stworzyła głosowanie, skonfigurowała je i przeprowadziła”.

Hakerzy pod znakiem zapytania

Jedna z krążących w kuluarach teorii mówi, że winę za wyborczy blamaż ponosi zarząd partii. Głównym zarzutem było niewykupienie odpowiedniej liczby tokenów do głosowania. Zaprzeczył temu skarbnik partii Łukasz Osmalak w rozmowie z TVN24. Nieoficjalnie udało nam się potwierdzić, że zarząd faktycznie wykupił na platformie dodatkowy pakiet głosów. Co w takim razie było przyczyną wyborczej klapy? Najbardziej prawdopodobna wersja wydarzeń to… nadmierna ekscytacja samych głosujących. – Część członków partii, chcąc pochwalić się oddaniem głosu, udostępniała w serwisach społecznościowych zdjęcia z linkiem do głosowania. Internet to wyłapał i ludzie zaczęli masowo wchodzić na platformę. Wygenerowało to za duży ruch i serwer się zawiesił – słyszymy. Mimo to, zarząd nie rezygnuje z zamiaru zaangażowania ABW i prokuratury w wyjaśnienie sprawy. – Słowo się rzekło, więc zawiadomienie zostanie złożone. Jeśli okaże się, że żadnego ataku nie było, to skompromitujemy się całkowicie – mówi jeden z członków Polski 2050.

Jeden z naszych rozmówców uważa, że zarząd, decydując się na głosowanie online, nie zadbał o ich bezpieczeństwo. – Nie było żadnych instrukcji ani komunikatów dotyczących bezpieczeństwa wyborów. Wszyscy byli skupieni na walce wewnętrznej i zabrakło myślenia o partii jako o całości. Tu profesjonalne podejście po prostu się nie przyjęło, liczy się wyłącznie kontrola, a ten system ją dawał – słyszymy. Na piątek zaplanowano zjazd Rady Krajowej, która ma zadecydować o dalszych krokach. Na stole są dwie opcje: przeprowadzenie całych wyborów jeszcze raz lub powtórzenie wyłącznie II tury. W tej sprawie też zgody nie ma. Nie wiadomo nawet, w jakiej formie odbędzie się głosowanie rady, bo posiedzenie ma być wirtualne. – Tu wyrocznią jest Szymon Hołownia, bo statut nie przewiduje takich sytuacji – mówi osoba z otoczenia byłego marszałka.

Jeśli rada zdecyduje o ponownym rozpisaniu wyborów, za czym opowiada się Hołownia, najprawdopodobniej on sam w nich wystartuje. Choć oficjalnie tego nie potwierdził, na spotkaniu po feralnym głosowaniu mówił, że partia potrzebuje przewodniczącego, który nie będzie polaryzował środowiska. W takim scenariuszu z wyścigu o fotel mogą zrezygnować obie finalistki anulowanych wyborów. – Paulina zapowiedziała nam, że nie będzie startowała przeciwko Szymonowi. Myślę, że Katarzyna też wycofa swoją kandydaturę – słyszymy. Wśród członków Polski 2050 budzi to mieszane uczucia. Część twierdzi, że jeśli obecny przewodniczący zachowa pozycję, będzie to oznaczało powolne wygaszanie partii. – To jego projekt. On go stworzył i on go zakończy – mówi nasz rozmówca. Inni zarzucają Hołowni „niekonsekwencję i zmianę reguł w trakcie gry”.

Hołownia w pułapce

– Po ogłoszeniu decyzji o rezygnacji ze startu Szymon znalazł się w pewnym sensie w pułapce własnych słów. Najpierw padła publiczna deklaracja, a dopiero później dojrzewała decyzja. W międzyczasie pojawiły się silne naciski ze strony Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz i Pawła Śliza, co wywołało u niego poczucie przymusu. To może tłumaczyć, dlaczego dziś rozważa zmianę stanowiska i ponowny start – wyjaśnia osoba z otoczenia Hołowni. Jak słyszymy, Pełczyńska-Nałęcz nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła, że namawiała szefa do rezygnacji i publicznego ogłoszenia decyzji. – Ograniczyła się do stwierdzenia, że nie komentuje spraw wewnętrznych, ponieważ ich upublicznianie mogłoby zaszkodzić partii – mówi jeden z naszych rozmówców. I dodaje, że podpisy pod kandydaturą Hołowni zostały zebrane w komplecie i do ostatniej chwili pozostawały gotowe do złożenia na wypadek, gdyby zmienił zdanie.

Rada Krajowa może jednak uznać, że wystarczy powtórzyć II turę. Wydaje się, że większy entuzjazm wśród członków Polski 2050 budzi Hennig-Kloska. W partyjnych kuluarach słyszymy, że prowadziła merytoryczną i pozytywną kampanię. – Była cały czas atakowana przez ludzi Katarzyny. Nie jest tajemnicą, że dziewczyny się nie lubią, ale Paulina zachowała klasę – podkreśla osoba związana z partią. – Katarzyna, rękoma swojego zaplecza, robiła wszystko, by ją skompromitować – dodaje. W partii słychać też głosy niezadowolenia ze stylu przywództwa Pełczyńskiej-Nałęcz. Ministra funduszy i polityki regionalnej po wycofaniu się Hołowni miała przejąć struktury partyjne, a kluczowe stanowiska obsadzić swoimi ludźmi. Od miesięcy bezskutecznie ubiega się też o fotel wicepremiera. Część działaczy obawia się, że swoim bojowym nastawieniem doprowadzi do rozpadu koalicji. Inni nie mają złudzeń: za rok partii już nie będzie, zwłaszcza że w sondażach szoruje po dnie. Walka o władzę rozdziera partię na dwa obozy.

Kobosko oskarżony o zdradę

Ofiarą sporu padł jedyny europoseł Polski 2050 Michał Kobosko. Kiedyś jeden z zaufanych ludzi Hołowni, został właściwie zmarginalizowany. Sytuacja pogorszyła się, odkąd tuż przed II turą wyborów przyznał, że spotkał się z Donaldem Tuskiem. Chciał w ten sposób wesprzeć kandydaturę Hennig-Kloski, którą oskarżano o fatalne relacje z premierem. Wyjaśniał potem, że Tusk, mimo trudnych początków, jest zadowolony z pracy ministry. Miał też zasugerować, że ciężko będzie się mu dogadać z Pełczyńską-Nałęcz. Informacja o spotkaniu z premierem wyprowadziła Hołownię z równowagi. – Michał został na oczach całej partii oskarżony o zdradę. Kiedy Szymon spotykał się z Adamem Bielanem i Jarosławem Kaczyńskim, mówiliśmy, że to dla dobra Polski. Teraz okazuje się, że ta zasada dotyczy tylko jego – mówi nasze źródło. Dotarliśmy do oświadczenia, które europoseł skierował do członków partii. Kobosko wyjaśnia w nim, że do spotkania doszło na początku grudnia 2025 r. na prośbę premiera. Jak dowodzi, rozmowa dotyczyła głównie spraw międzynarodowych.

„Na koniec premier przedstawił swoją ocenę sytuacji w koalicji, zapytał mnie, czy będę kandydował na szefa partii (…). Sam z siebie przedstawił ocenę pracy naszych ministrów w rządzie. I tak, powiedział, że z Pauliną miał bardzo trudny start i to nie rokowało – ale dziś wysoko ocenia merytorycznie jej robotę w rządzie. Nie paktowałem z nim w żadnej sprawie (…), nie składał mi też żadnych moralnych czy niemoralnych propozycji. Spotkałem się z oskarżeniami, że sam fakt odbycia takiej rozmowy z premierem czyni ze mnie zdrajcę (…). Bo jak Kobosko śmiał się spotkać, bez wiedzy i zgody organów! Uważam inaczej. To jest nasz wspólny rząd, nasza koalicja, nasza odpowiedzialność przed wyborcami. Jeśli premier zaprasza mnie na spotkanie, to idę się spotkać (…). Jeśli nasz nowy Zarząd (ktokolwiek będzie go tworzył) uzna za stosowne wymierzenie mi sprawiedliwości za mój postępek, przyjmę i to. Ale ja nie taką partię współtworzyłem i nie na to się pisałem” – napisał europoseł do partyjnych kolegów.