Mark Fiejgin, obrońca ukraińskiej wojskowej Nadii Sawczenko, która czeka na proces przed rosyjskim sądem za rzekome zabójstwo dwóch dziennikarzy i nielegalne przekroczenie granicy, twierdzi, że jej proces został sfingowany.
Reklama
Proces Nadii Sawczenko miał się rozpocząć 30 lipca. Ale się nie rozpoczął. Dlaczego?
Złożyliśmy wniosek o przeniesienie procesu z Doniecka do Moskwy. Prokuratura skierowała sprawę do sądu w tym niewielkim mieście na granicy z Ukrainą (nie mylić z ukraińskim Donieckiem – red.), uznając, że jeden z zarzucanych jej czynów, czyli nielegalne przekroczenie granicy, miał miejsce właśnie tam. My ze względu na dwa szczególnie ciężkie zarzuty – zabójstwo i próbę zabójstwa – dotyczące wydarzeń, do jakich doszło poza granicami Rosji, chcemy, by tę sprawę rozpatrywał sąd w Moskwie. W stolicy znajdują się świadkowie, obrona, ukraińscy dyplomaci, biegli, nie mówiąc o tym, że przeniesienie procesu do Doniecka jest niebezpieczne – tam przebiega granica z tzw. Ługańską Republiką Ludową.

Reklama
No i pewnie symbolicznie ważne – do Rosjan pójdzie przekaz, że Sawczenko skazał sąd w Doniecku. Mało kto będzie dociekał, o który Donieck chodzi.
To zbyt postmodernistyczna rekonstrukcja tej decyzji, zakładająca, że na Kremlu siedzą ludzie o jezuickiej mentalności, którzy myślą takimi kategoriami. „Zróbmy tak, żeby ją sądzili w Doniecku, tak jakby to byli sędziowie z miasta, które walczy z banderowską juntą”. Może i miało to znaczenie, ale na pewno nie decydujące. Według mnie chodziło raczej o to, by przestraszyć Sawczenko i jej adwokatów (których mogą tam zabić jako obrońców wroga) i odizolować ją od świata, od zagranicznych dziennikarzy. Od samego Rostowa nad Donem, gdzie jest lotnisko, trzeba jechać 160 km. To przygraniczny, odległy od Moskwy obszar, roi się tam od broni czy ludzi z doświadczeniem wojskowym. Trudno byłoby mi tam pracować w normalnych warunkach.
W jakich warunkach Sawczenko czeka na proces?
Siedzi w areszcie nr 3 w Nowoczerkasku. To stare, 200-letnie więzienie z czerwonej cegły, 30 km od Rostowa. Warunki jak na rosyjskie więzienie są wręcz luksusowe. Nadija siedzi w jednoosobowej celi, ma w niej lodówkę i telewizor, prowadzą ją pod prysznic z ciepłą wodą. Dyrektor więzienia zapewniał mnie, że będzie miała idealne warunki. I tak chyba jest, bo Nadija się na nie nie skarży. Boją się jej. Stała się zbyt znana na świecie jako symbol ukraińskiej walki w obronie niepodległości. Dlatego władze nie chcą jej traktować w sposób niepoprawny.
Jak wygląda sprawa dostępu do rodziny, adwokatów?
Nikt nam nie przeszkadza, sąd pozwolił na odwiedziny jej matce i siostrze, a także – raz na miesiąc – ukraińskiemu konsulowi. Problemem jest geografia. Z Moskwy do Nowoczerkaska jest 1000 km. Adwokaci spotykają się z nią raz na tydzień, przywożą dokumenty, ustalają taktykę.
Niektórzy przedstawiciele władz ukraińskich wspominali, że Sawczenko po porozumieniu z Mińska znalazła się na liście jeńców podlegających wymianie. Wie pan coś o rozmowach na ten temat?
Umowa dotyczy wymiany jeńców między Ukrainą a DRL/ŁRL. Rosja nie uznaje jej za zakładnika ani jeńca, a za osobę podlegającą procedurze karnej. Ewentualną podstawą prawną jej przekazania po wyroku mogłaby być umowa o wzajemnej pomocy prawnej z 1993 r., która przewiduje możliwość, że obywatel Ukrainy skazany w Rosji może być przekazany Ukrainie i tam odsiedzieć zasądzoną karę. W zamian Ukraina na tej samej podstawie mogłaby przekazać Aleksandra Aleksandrowa i Jewgienija Jerofiejewa, dwóch funkcjonariuszy rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU, którzy czekają na proces za terroryzm. Doszłoby do takiej nieoficjalnej wymiany jeńców. Rosja się waha, bo waha się Putin. To do niego należy ostateczna decyzja. Zobaczymy po wyroku. Sądzę, że głównym partnerem do rozmów w tej sprawie będzie Waszyngton. Sekretarz stanu John Kerry rozmawiał niedawno w Soczi z Putinem m.in. o sprawie Sawczenko.
Przejdźmy do zarzutów. Sawczenko jest oskarżona o zabójstwo dwóch rosyjskich dziennikarzy i próbę zabójstwa osób, które razem z nimi trafiły pod ostrzał artyleryjski. Obrona twierdzi, że Sawczenko dostała się do niewoli jeszcze przed ostrzałem. Najważniejsze jest więc ustalenie dokładnej godziny jej zatrzymania przez ługański batalion Zaria. Jakie macie dowody?
Dziennikarze zginęli o 13 koło podługańskiego Metalistu. Dramatyczna, przypadkowa śmierć. Oni nie byli celem, nie mieli nawet kamizelek z napisem „Press”. Trafili w złym momencie na miejsce, gdzie batalion Zaria trzymał pozycję, mając po drugiej stronie frontu ukraiński batalion Ajdar. Rozkaz otwarcia ognia wydał dowódca Ajdaru Serhij Melnyczuk, ponieważ 2,5 km od Metalistu, w rejonie wioski Stukałowa Bałka trwały starcia obu stron. Sawczenko trafiła do niewoli między 10 a 10.30 właśnie pod Stukałową Bałką. Stamtąd nie da się naprowadzać ognia na cel, co zarzuca jej prokuratura, bo po prostu nie widać pozycji Zorii pod Metalistem. Prokuratura argumentuje w związku z tym, że Sawczenko weszła na 40-metrowy maszt i korygowała ogień za pomocą lornetki. Jeszcze jedna uwaga: zarzucają jej zabójstwo, a do tego potrzebny jest zamiar bezpośredni. Bez niego powinien być inny paragraf. Ale to i tak mniej ważne, bo – czego dowodzą billingi – w momencie ostrzału Sawczenko była już od półtorej godziny przetrzymywana w WKU w Ługańsku, w bazie batalionu Zaria.
Prokuratura mówi, że jej telefon łapały stacje bazowe w Ługańsku, ponieważ te bliżej Metalistu były zniszczone.
Stacja bazowa nie ma znaczenia, ponieważ do ustalenia pozycji telefonu używa się triangulacji. Zmiana stacji bazowej, przez którą przechodził sygnał, nie zmieniała lokalizacji telefonu. Po drugie mamy film, który podczas jej zatrzymania nakręcił Jehor Ruski. To bojownik, którego ŁRL zrobiła potem merem miasteczka Łutuhyne. Analiza pozycji słońca i cieni dowodzi, że film został nakręcony właśnie około 10.30. Zresztą także dane pliku wskazują, że został on w tym czasie zapisany.
Przeciwko będzie pan miał solidarne zeznania świadków ze strony ŁRL, cytowanych w materiałach prokuratury, z przywódcą ŁRL Ihorem Płotnyckim na czele.
Niech mają i tysiąc świadków, którzy widzieli ją siedzącą na tym maszcie. Chociaż w tym czasie dookoła Stukałowej Bałki trwały walki, a obok leżeli martwi żołnierze Ajdaru, po których zresztą pojechała i trafiła w zasadzkę. Jak w takich warunkach można naprowadzać ogień? Zwłaszcza że była już lekko ranna w rękę. Ta sprawa jest sfabrykowana od początku do końca. Swoją drogą nie możemy się doczekać zeznań Płotnyckiego. Szykujemy się do nich.
Jest jeszcze trzeci zarzut – o nielegalne przekroczenie granicy.
Nadija Sawczenko trafiła do niewoli 17 czerwca 2014 r., a 23 czerwca została przekazana Rosjanom, wywieziona do Rosji i na pewien czas umieszczona pod strażą w motelu „Jewro” pod Woroneżem. Prokuratura tymczasem próbuje nam wmówić, że separatyści po prostu ją wypuścili na wolność – choć w przypadku ajdarowców się to nie zdarza – a ona sama przeszła granicę z Rosją, w której nigdy nie była, zamiast wracać do Kijowa. Co więcej, w motelu w Woroneżu miała przebywać z własnej woli i rozliczać się za pokój z własnych pieniędzy. To fabuła robiona dla idioty – niby w jaki sposób kobieta w przedziurawionym przez kulę mundurze wrogiego Ajdaru z ukraińskimi znakami rozpoznawczami miałaby się dostać spod Ługańska do oddalonego o 400 km Woroneża, nieniepokojona przez nikogo? Śledczy twierdzą, że nie ustalili, po co miałaby wjeżdżać do Rosji. Nie są w stanie wymyślić scenariusza, który miałby choćby cokolwiek wspólnego z logiką.