Polityczka mówiła także, że „w obecnej sytuacji gazociąg nie może uzyskać zezwolenia, ponieważ nie spełnia wymogów europejskiego prawa energetycznego, a kwestie bezpieczeństwa pozostają nierozwiązane”. Chodzi o napiętą sytuację wywołaną przez gromadzenie wojsk Federacji Rosyjskiej przy granicy z Ukrainą i groźbę wybuchu kolejnej wojny.
Także dwa dni wcześniej podczas wizyty w Warszawie Baerbock nie broniła kontrowersyjnego projektu. – Cieszymy się z takiego jednoznacznego stanowiska związanego z realizacją tego gazociągu i liczymy, że znajdzie to konkretny wyraz w działaniach rządu niemieckiego – stwierdził Zbigniew Rau, polski minister spraw zagranicznych. Będąc delikatnym optymistą, można zaryzykować tezę, że w przypadku agresji Rosji na Ukrainę otwarcie tego gazociągu się znacznie opóźni. Choć szansa na to, że nie ruszy nigdy, wydaje się iluzoryczna, bo głupio tak po prostu utopić kilka miliardów dolarów. Tak czy inaczej ten nowy klimat wokół inwestycji jest jasnym dowodem, że Nord Stream 2 to projekt polityczny, a nie tak jak przez laty próbowała wmówić wszystkim kanclerz Angela Merkel czysto gospodarczy. Jeśli politycy mogą go zatrzymać teraz, to mogli to zrobić również wcześniej. Otwartym pozostaje oczywiście pytanie, na ile to liderka Zielonych będzie miała w tej sprawie głos decydujący, a na ile kanclerz Olaf Scholz wywodzący się z tradycyjnie „rozumiejącej Rosję” socjaldemokracji. Jednak przynajmniej w sferze deklaracji coś się zmieniło. I warto, by polski rząd na tym budował, by zamieniło się to w konkrety.
Reklama
O ile w tym wypadku decyzja będzie po stronie Berlina, to jeśli chodzi o relacje polsko-niemieckie i kwestię reparacji, „konkretny wyraz w działaniach”, o którym wspominał minister Rau, jest zdecydowanie po stronie Warszawy. Bo to, że będąc w Berlinie, premier Mateusz Morawiecki informuje o powołaniu Instytutu Strat Wojennych, konkretem nie jest. Czytając zarządzenie nr 321 powołujące instytut, jedyne, do czego można mieć pewność, to fakt, że znajdzie tam zatrudnienie kilkadziesiąt osób, zapewne niezbyt krytycznych wobec Prawa i Sprawiedliwości. Sama Rada Naukowa ma liczyć od 10 do 30 osób, które będą otrzymywały wynagrodzenie – a to jest polityką odmienną od chociażby takich miejsc jak Ośrodek Studiów Wschodnich czy Polski Instytut Spraw Międzynarodowych. Do tego dojdą pracownicy kilku biur.
Problemem jest to, że choć stronie polskiej udało się ten temat wprowadzić do debaty, to politycy nie robią nic, by go skonkretyzować. Po stronie niemieckiej mamy jasne słowa: „sprawa jest załatwiona”. Po polskiej rażące brakiem powagi wystąpienia posła Arkadiusza Mularczyka, ale brak realnych propozycji. Nieważne, czy na kolejnej konferencji prasowej usłyszymy, że te straty wojenne to bilion czy 800 mld euro – te fantastyczne liczby mogą zrobić wrażenie jedynie na najbardziej zatwardziałych germanofobach. Prawdziwą polityczną sztuką byłoby przełożenie tego na kilka czy kilkanaście miliardów euro, które by Polska od Niemiec faktycznie uzyskała. Choćby w postaci finansowania odbudowy zabytków czy przekazania uzbrojenia (na tym by skorzystał też niemiecki przemysł). Konkretem w tej sprawie byłoby wysłanie noty dyplomatycznej albo chociażby połączenie reparacji z miejscem pamięci, do budowy którego zobowiązali się niemieccy politycy, także obecnej koalicji rządzącej. Jednak na to rząd PiS mimo wojowniczej retoryki, najwyraźniej przeznaczonej na użytek wewnętrzny, się nie zdobył.
Nie ma się co oszukiwać, że wraz z nowym niemieckim rządem relacje Berlin – Warszawa nagle się polepszą. Nawet nie ma sensu rozwodzić się tu nad jałowością polskiego uporu w temacie praworządności. Ale trzymajmy się konkretów. Mamy dużą i wciąż rosnącą wymianę gospodarczą, być może uda się spowolnić nieco otwarcie Nord Stream 2, zawalczmy o konkrety w kwestii reparacji. Bo gadanie polskich polityków, czy to w Berlinie o powoływaniu nowych instytutów, czy na zamkniętych posiedzeniach klubowych o powstawaniu kolejnej rzeszy niemieckiej, grubości naszych portfeli i bezpieczeństwa energetycznego Polski nie zwiększy. ©℗