"Jeśli w Durbanie ustanowiliśmy mapę drogową nowego porozumienia ws. zmian klimatu, a więc coś, co miało być ustalone w 2008 r. w Poznaniu, a skonsumowane w 2009 r. w Kopenhadze, to na pewno nie jest to sukces. Ustaliliśmy w Durbanie to, jak się będziemy dalej spotykać i o czym będziemy rozmawiać. Dla mnie to nie jest żaden sukces, póki nie ma zobowiązań państw do redukcji emisji gazów cieplarnianych. Nie zrobiliśmy żadnego kroku do przodu, tylko wytyczyliśmy drogę, którą mamy przejść.

Nie stawiam oczywiście żadnych zarzutów polskiemu Ministerstwu Środowiska, czy polskiej prezydencji - zrobiła co mogła. Ale obiektywnie biorąc, ustalenia z Durbanu nie są żadnym przełomem.

Podzielmy świat dla uproszczenia na trzy grupy - państwa rozwinięte należące do OECD, Rosję i Chiny oraz resztę świata. Uzyskamy interesujący obraz emisji CO2. Państwa OECD to niecałe 20 proc. ludności świata, emitujące 43 proc. całkowitej światowej emisji CO2, państwa Rosja i Chiny to kolejne 20 proc. ludności i emisja na poziomie 20 proc., a reszta świata to 60 proc. ludności i emisja ok. 27 proc. Wynika z tego, że najbiedniejsze państwa emitują połowę tego, co państwa OECD, Rosja i Chiny. Gdybyśmy założyli, że każdy człowiek powinien mieć taki sam przydział emisji CO2, to ten układ nie jest sprawiedliwy. Bez decyzji państw OECD, Rosji i Chin o ograniczeniu emisji nie będzie nowego porozumienia klimatycznego. Nie są one niestety skłonne płacić grupie (non-OECD bez Rosji i Chin) ok. 95 mld dol. rocznie za wykorzystywanie "ich" praw do emisji CO2 (przy cenie 10 dol./tonę).

Nie sądzę, żeby plan zasilenia tzw. zielonego funduszu w przyszłości jednorazową kwotą 100 mld dol poprawiłby sytuację. Decyzje dotyczące zarządzania emisjami w leśnictwie i użytkowaniu gruntów, które stwarzają dodatkowe możliwości włączenia leśnictwa w handel emisjami jest ukłonem w stronę najbiedniejszych krajów świata z wyłączeniem BRIC. Tam głównie są lasy, to jest dla nich jakiś gest. Ten gest nie zmieni jednak tego, że pewna grupa państw pozwala sobie na większe emisje, niż inne. Nie wiemy jednak, co UE zrobi z tą decyzją i czy to będzie dla Polski korzystne, czy niekorzystne.

Nie można porównywać uprawnień emisyjnych z Kioto z uprawnieniami europejskimi. W zakresie tych pierwszych Polska ma nadwyżki emisji, a w zakresie europejskich ogromny deficyt. Nadwyżkami kiotowskimi nie da się jednak w żaden sposób zapełnić unijnego deficytu, bo jest dużo większy. Sprzedaż nadwyżek kiotowskich w bardzo niewielkim stopniu zniweluje ogromne koszty, jakie Polska będzie musiała ponieść, musząc zakupić uprawnienia do emisji na rynku europejskim.