PAP

: Sondaże wskazują na to, że Ruch Palikota może wejść do Sejmu. Na jaki wynik pan liczy, ilu posłów chce pan wprowadzić do Sejmu?

Janusz Palikot: 11 proc. A to ilu posłów wprowadzimy, zależy od tego, jakie będą wyniki innych partii; to jest dosyć skomplikowane. W jednym przypadku te 11 proc. może oznaczać dwudziestu kilku posłów, a w innym 17. Rzecz w tym, że każdy poseł w przypadku Ruchu Palikota jest na wagę złota, ponieważ decyduje o tym, że wymusimy pewnego rodzaju zmiany na rzecz nowoczesnego państwa.

PAP: No właśnie, chciałby pan wejść do rządu, by realizować te zmiany?

J.P.: Jeśli powstanie koalicja na rzecz nowoczesnego państwa, to tak. Na pewno nie zrobimy koalicji z PiS.

Zanim jednak odpowiem na pytanie, powiem, że obawiam się takiego scenariusza, w którym lider PiS Jarosław Kaczyński zaproponuje prezesowi PSL Waldemarowi Pawlakowi stanowisko premiera, a szefowi SLD Grzegorzowi Napieralskiemu wicepremiera, a sam obejmie funkcję marszałka Sejmu. To jest do zaakceptowania dla elektoratu i PSL, i SLD, bo to nie byłby bezpośredni rząd z Kaczyńskim. A dla Kaczyńskiego to jest bezcenne, że Donald Tusk jest odsunięty od władzy.

W związku z tym każdy, kto nie chce powrotu PiS do władzy, a jest rozczarowany PO i SLD, powinien głosować na Ruch Palikota. Gdyż my dajemy 100 proc. gwarancji, że nie będzie koalicji jednocześnie z udziałem Ruchu Palikota i PiS.

PAP: Z kim ta koalicja na rzecz nowoczesnego państwa?

J.P.: Wszystko wskazuje na to, że może być albo koalicja z SLD, PO oraz Ruchem Palikota, albo opozycja. Taka koalicja modernizacyjna właśnie z udziałem Ruchu, PO i SLD to jest koalicja, która by trochę odpowiadała pulsowi dzisiejszych nastrojów społecznych, które się zdecydowanie przesuwają na lewą stronę.

PAP: A jakie z waszej strony byłyby warunki brzegowe takiej koalicji?

J.P.: Zawsze to jest program i sprawy merytoryczne - na pewno chcielibyśmy upierać się przy Ministerstwie Edukacji dla prof. Środy.

To jest kwestia większa niż tylko problem etyki w szkole. Chcielibyśmy poprzez edukację stworzyć nowy kapitał społecznego zaufania, nauczyć zdolności do pracy zespołowej. Chcemy odejścia od tych testów, indywidualizmu, bo to bardzo źle służy Polsce. Powoduje bowiem tworzenie się zatomizowanego społeczeństwa, którym łatwo jest manipulować poprzez napuszczanie na siebie różnych grup społecznych. Tkwimy w XIX-wiecznej szkole - zmiana tego jest zasadnicza.

Druga sprawa to gospodarka i uznanie, że kryzys jest szansą oraz postawienie na eksport. To wymaga wielu różnych działań na poziomie różnych ministerstw.

Chcemy też, aby zaakceptowano część naszych postulatów światopoglądowych, jak: opodatkowanie księży, liberalizacja ustawy antyaborcyjnej, zrównanie płac mężczyzn i kobiet, edukacja seksualna w szkole.

PAP: A osobistych aspiracji pan nie ma? Nie chciałby pan być np. wicepremierem?

J.P.: To jest zupełnie nieistotne. Gdybym miał takie aspiracje, to bym siedział w PO. Dawno już byłbym ministrem w rządzie Donalda Tuska i spokojnie czekał na wynik wyborów. A mi chodzi o zmianę, dlatego odszedłem z PO.

Ja się mogę podjąć najgorszego resortu - służba zdrowia, rolnictwo. Jest mi to obojętne, bo to wszystko polega na dobrym zarządzaniu. Na umiejętności zbudowania zespołu, dobraniu niepartyjnych fachowców i determinacji we wprowadzeniu rozwiązań w życie.

PAP: Wracając do warunków brzegowych. Mówi pan, że liberalizacja ustawy antyaborcyjnej to jeden z nich. Czy mamy rozumieć, że gdyby PO nie zgodziła się na zmianę obowiązującej ustawy, to pan nie wszedłby do koalicji?

J.P.: Nie wejdę do koalicji, w której nie będę mógł dokonać żadnych zmian w Ministerstwie Edukacji Narodowej oraz która nie przestawi polskiej gospodarki na eksport. To są bezwzględne warunki.

Natomiast z całego pakietu spraw światopoglądowych, których jest kilkanaście - edukacja seksualna w szkole, lekcje etyki, wyprowadzenie ze szkół lekcji religii itd. - można tu, że tak powiem, pohandlować - na coś się zgodzić, na coś nie zgodzić. W tej kwestii pewnym wzmocnieniem byłaby obecność w koalicji SLD, bo to zmusiłoby PO do tego typu zmian.