Pastor Piotr Gaś - proboszcz stołecznej ewangelickiej parafii św. Trójcy - nie skłamał, oświadczając, że nie był tajnym współpracownikiem SB - orzekł w czwartek Sąd Okręgowy w Warszawie. Werdykt jest nieprawomocny.

Pastor Gaś skorzystał z możliwości autolustracji po tym, jak na forum internetowym ewangelików pojawił się wpis, w którym stwierdzono, że w pierwszej połowie lat 80. XX wieku został on zarejestrowany przez SB jako tajny współpracownik o kryptonimie August; 52-letni obecnie duchowny pracował wtedy w ewangelickiej parafii w Szczecinie. Pastor zaprzecza, by był agentem, choć przyznaje, że w tamtym czasie SB próbowała uzyskiwać od niego różne informacje, on jednak zbywał funkcjonariuszy ogólnikami.

O orzeczenie stwierdzające, że pastor Gaś zaprzeczając współpracy z SB złożył prawdziwe oświadczenie lustracyjne wnosił zarówno lustrowany duchowny, jak i prokurator IPN. "Dlatego rozstrzygnięcie było oczywiste" - podsumował w czwartek przewodniczący składu orzekającego sędzia Wojciech Małek.

Różne były jednak motywacje prokuratora i obrońcy lustrowanego, którzy złożyli taki sam wniosek końcowy. Prokurator IPN Jarosław Skrok chciał, by sąd podkreślił przede wszystkim, że w sprawie nie zachowały się materiały archiwalne pozwalające ocenić, czy pastor, który w latach 80. został zarejestrowany jako TW "August", podjął współpracę, czy też nie. Gaś chciał natomiast potwierdzenia przez sąd swoich wyjaśnień, że nie zgodził się na żadną współpracę, a o jego kontaktach z SB wiedziała cała parafia, nie było więc tajnej współpracy.

Reklama

"Lustrowany ma rację, że mogły tam być dokumenty świadczące na jego korzyść"

"Prawdą jest, że nie było tak, że funkcjonariusze co do zasady fałszowali rejestry i fikcyjnie rejestrowali swoich współpracowników, ale też to racja, że niektóre wpisy w rejestrach nie odpowiadały prawdzie. To też fakt, że dokumenty archiwalne istotne dla sprawy Piotra Gasia zostały zniszczone w 1990 r. i trudno oczekiwać, że sąd - nie mając innej wiedzy niż z obecnych akt sprawy oraz wystąpień stron - zajął jednoznaczne stanowisko" - mówił sędzia Małek w ustnym uzasadnieniu orzeczenia oczyszczającego pastora Gasia z zarzutu agenturalności.

Reklama

Jak powiedział, zniszczone materiały archiwalne (są nimi teczka pracy i teczka osobowa TW August oraz teczka obiektowa o kryptonimie "Reformacja" z informacjami na temat rozpracowywania środowiska ewangelickiego) mogłaby być podstawą niekorzystnych, ale także korzystnych ustaleń na temat duchownego. "Lustrowany ma rację, że mogły tam być dokumenty świadczące na jego korzyść" - dodał sąd.

Zarazem sędzia podkreślił, że w procesie udowodniono, iż pastor Gaś powiedział członkom ewangelickiej parafii w Szczecinie, że przychodzi do niego funkcjonariusz SB, co powoduje, iż nawet jeśli uznać, że współpraca była, to nie była ona tajna - co jest jednym z wyznaczonych przez Trybunał Konstytucyjny kryteriów do stwierdzenia faktu bycia tajnym współpracownikiem SB.

Czwartkowe orzeczenie jest nieprawomocne i teoretycznie każda ze stron może się od niego odwołać. Pastor Gaś w rozmowie z PAP wyraził satysfakcję, że sąd potwierdził prawdziwość oświadczenia oraz to, że o jego spotkaniach z SB wiedzieli ludzie z parafii. Jego obrońca mec. Agnieszka Gołaszewska zapowiedziała, że po zapoznaniu się z pisemnym uzasadnieniem zastanowi się nad apelacją, która jej zdaniem mogłaby mocniej uwypuklić fakt, iż nie ma podstaw do kwestionowania słów pastora o braku zgody na współpracę z SB i fikcyjną rejestrację go jako agenta.

W styczniu Sąd Najwyższy ostatecznie uznał, że nowy właściciel "serka" nie może być wpisany do księgi wieczystej tej nieruchomości

Mec. Gołaszewska powiedziała PAP, że ma nadzieję, iż wyrok zakończy pomówienia pod adresem jej klienta. Sam pastor Gaś jest w tej sprawie bardziej sceptyczny. Jego zdaniem, jego przeciwnicy wewnątrz Kościoła ewangelickiego nadal będą akcentować to, że SB zarejestrowała go jako agenta.

Jak mówił na poprzedniej rozprawie, próby skompromitowania go mają związek z tym, że jako proboszcz parafii św. Trójcy ujawnił przestępstwo usiłowania wyprowadzenia wielkiego majątku z parafii. Chodzi o sprawę sprzedaży przez parafię Św. Trójcy atrakcyjnej działki w stolicy (nazwanej ze względu na trójkątny kształt działki "serkiem wolskim").

W styczniu Sąd Najwyższy ostatecznie uznał, że nowy właściciel "serka" nie może być wpisany do księgi wieczystej tej nieruchomości. Są jeszcze dwa inne procesy w tej sprawie: cywilny o uznanie nieważności umowy sprzedaży "serka" między parafią i prywatną firmą (wygrany przez parafię w I instancji) oraz karny, w którym oskarżeni są adwokaci i notariusze, odpowiadający za nieprawidłowości w umowie - ten proces czeka na rozpoczęcie przed warszawskim sądem.