"Wyszedłem z Unii Wolności wcześniej niż moi przyjaciele, którzy zakładali Platformę Obywatelską - opuściłem ją razem z Bronisławem Komorowskim i Janem Rokitą. Przez jakiś czas byłem związany z SKL, później przeszedłem do tzw. biznesu - pracowałem w wydawnictwach. Pod koniec 2004 roku zadzwonili moi przyjaciele, Donald Tusk i Grzegorz Schetyna, namawiając mnie, bym wrócił do dawnej współpracy z nimi i wystartował w wyborach do Sejmu w 2005 roku. Przekonywali, że trzeba zebrać dobrych ludzi, aby wreszcie zrealizować projekt dojścia do władzy. Uznałem, że warto to zrobić, przede wszystkim ze względu na to, co się wtedy działo w polityce. To był czas rządów SLD, które symbolizowała afera Rywina.
Pomyślałem, że to dobry czas, żeby się ponownie zaangażować w politykę. Piętnaście lat to wystarczająco długo, aby gruntownie zmieniła się świadomość społeczna, okrzepły trochę kapitalizm i wzmocniła demokracja. Uznałem, że nastał wreszcie podatny grunt na nasze idee, które jeszcze w 1990, 1991 roku wyglądały na zbyt śmiałe, wręcz obrazoburcze. W maju 2005 roku pożegnałem się więc z wydawnictwem Prószyński i zaangażowałem w bezpośrednią pracę w partii. Tak się zaczęła moja przygoda z PO i mój udział w tworzeniu tego nowoczesnego - jak na polityczne otoczenie - projektu.
Jestem dziś, oglądając się wstecz, bardzo zadowolony z ostatnich pięciu lat - udało się nam zrealizować praktycznie wszystkie cele, jakie postawiliśmy sobie w 2005 roku - chociaż zaczęliśmy od bolesnej przegranej. Z woli wyborców, którzy nam zaufali, którzy nie chcieli dłużej żyć w państwie strachu, jakie utworzył PiS, przejęliśmy władzę dwa lata później, a rok wcześniej już także w wielu samorządach. Zarówno premier, jak i prezydent są z Platformy. To maksimum, jakie można było osiągnąć - z jednym wyłączeniem - nie możemy rządzić samodzielnie. Ale to byłby już luksus.
Chyba najtrudniejszym dla mnie momentem w ramach mojej działalności w Platformie był czas tzw. afery hazardowej, którą ja nazywam aferą CBA i w następstwie moje odejście z kancelarii premiera. Stanęliśmy wówczas przed wyzwaniem, na które w jakimś sensie przygotowywaliśmy się psychicznie, choć oczywiście nie wiedzieliśmy, co to będzie. Często rozmawialiśmy między sobą, że prędzej czy później ktoś z wewnątrz naszej partii popełni błąd na taką skalę, że także my będziemy mieli swoją aferę. Niestety nasze przewidywania się częściowo sprawdziły. Kamiński przygotował kolejną po sprawie posłanki Beaty Sawickiej, prowokację przeciwko naszemu środowisku politycznemu, by zrobić miejsce dla Jarosława Kaczyńskiego.
Nie pozostało nam nic innego, jak w jakimś sensie poświęcenie samych siebie w tej sprawie, razem z Grzegorzem Schetyną i Sławkiem Nowakiem. To na pewno było trudne. Z perspektywy czasu uważam, że wykazaliśmy chyba za mało wiary we własny elektorat - bojąc się, że Polacy nie dostrzegą politycznego aspektu tego wydarzenia, że poczują się wykorzystani, że stracimy ich zaufanie. Okazało się, że ludzie doskonale widzieli, że to Mariusz Kamiński dokonał prowokacji. Wydaje mi się dziś, że nasze działanie było nieco przesadnie ostrożne, ale w takiej sytuacji zawsze lepiej zrobić za dużo, niż za mało.
Wyzwania na przyszłość? Chciałbym, żeby Platforma pozostała trwałym elementem pejzażu politycznego wolnej Polski, żeby za 90 lat obchodziła swoje 100-lecie. Taką Platformę staram się wraz z przyjaciółmi budować, bo myślę, że właśnie trwałość jest jedną z wartości najbardziej potrzebnych w polskiej polityce tak ciężko doświadczanej historycznie. Platforma jest dziś silniejsza i taką będzie też w przyszłości, niż którykolwiek z jej liderów, stąd tak dobrze znosiła pojedyncze odejścia sławnych polityków. Jest silniejsza od każdego z nas, gdyż spełnia oczekiwania dużej grupy Polaków i w istocie jest ich własnością, nie naszą. My jesteśmy w niej tylko po to, mówiąc nieco staroświecko, ale zgodnie z głębokim przekonaniem, by służyć Ojczyźnie.
Zależałoby mi na tym, żeby ten obywatelski projekt rozwijał się wewnętrznie, żeby pojawiali się w Platformie - wraz z nowym pokoleniem - ludzie dobrze przygotowani do rządzenia, do funkcjonowania wewnątrz systemu demokratycznego, wierzący w wolny rynek. Żeby nie zostało zepsute to, co zbudowaliśmy w ostatnich dziesięciu latach. A z tego, w czym my byliśmy zbyt słabi, może zbyt poddani naszym złym doświadczeniom z czasów PRL-u, które odcisnęły się na naszym sposobie myślenia czy postępowania - by z tego Platformę oczyszczać".