Okazuje się, że dotychczas w ten sposób sprzedano w Polsce co najmniej dwa tysiące facebookowych dusz.

Do tej pory to psycholodzy głowili się, dlaczego internauci gonią za coraz większą liczbą wirtualnych przyjaciół. Tym bardziej że już blisko ćwierć wieku temu brytyjski antropolog Robin Ian MacDonald Dunbar określił, że maksymalna liczba znajomych, których możemy bliżej poznać, to 150 osób. Tymczasem na Naszej-Klasie, Facebooku, MySpace i innych portalach społecznościowych konta z setkami znajomych wcale nie są rzadkością. Fenomen wyjaśnili... ekonomiści, a marketingowcy zaczęli na nim zarabiać. Okazuje się, że chodzi nie tylko o potrzebę bycia lubianym. Nie mniej ważne jest to, że na e-fanach i e-znajomych można zbić majątek. Witajcie w świecie socjonomii, w której naczelną wartością jest liczba ludzi, którzy nas obserwują, komentują nasze zdjęcia i wpisy w internecie. I są tacy, którzy za ich aktywność są gotowi sporo zapłacić.

Zakolegować się z firmą

– Dbam o popularność fanpage’ów (profili na serwisach społecznościowych – red.) ośmiu firm. Sześć z nich to międzynarodowe korporacje, dwie to przedsiębiorstwa polskie – mówi nam Adam, jeden z polskich moderatorów kont na Facebooku. Na czym polega jego zajęcie? Stworzył i codziennie obsługuje blisko 50 fałszywych użytkowników Facebooka. Każdemu wymyślił imię, znalazł zdjęcie, napisał odpowiedni, czyli pasujący do profilu poszukiwanych przez firmy klientów życiorys, zaprzyjaźnił z przynajmniej setką prawdziwych ludzi i na koniec każdego z tych avatarów uczynił fanem przynajmniej kilku z firm, dla których pracuje. – Za nimi poszli kolejni. Docelowo mam mieć około setki avatarów, którzy codziennie aktywizują innych, prawdziwych użytkowników. Komentują wpisy, zdjęcia, piszą, jak bardzo podobają im się produkty – tłumaczy Adam i zapewnia, że firmy, dla których pracuje, albo nie wiedzą, albo nie chcą wiedzieć, w jaki sposób podbija się ich popularność. – Umowę podpisałem na pomoc w rozbudowaniu profilu. Nikt oficjalnie przecież nie chciałby przyznać, że ich fani to sztuczne twory – mówi.

W Polsce biznes oparty na handlu lajkersami (od „I like”, czyli „Lubię to” na Facebooku) czy followersami (od „follow”, czyli „Śledzę” na Twitterze) dopiero startuje. Na świecie jednak staje się coraz poważniejszym elementem kampanii reklamowych. Nie ma już szanującej się firmy, która by nie prowadziła swojego konta w serwisach społecznościowych, ale samo konto już nie wystarcza. Ważne, by miało jak największą bazę fanów, którzy aktywnie na nim działają. – W założeniu fani mają być trendsetterami danej firmy, ambasadorami marki, produktów czy usług. Dzięki tak rozumianym kluczowym liderom opinii w internecie produkty lub marka firmy zdobywa pozytywny rozgłos – tłumaczy ekspert ds. PR z firmy Citybell Consulting Krystian Cieślak. Czyli fan zadowolony w internecie w rzeczywistości będzie opowiadał, co takiego mu się na profilu firmy spodobało i czym go skuszono.

Właśnie dzięki portalom społecznościowym wypromowano kilka miesięcy temu niskobudżetowy horror „Paranormal Activity”. Film, którego produkcja kosztowała zaledwie 15 tys. dol., bez żadnej niemalże reklamy, tylko dzięki wsparciu fanów z Twittera i Facebooka, zarobił ponad 7 mln dol. To skłoniło wiceprezesa Paramount Pictures Roba Moore’a, by jego firma zaczęła aktywnie działać w społecznościach.

Jeszcze dalej poszli menedżerowie producenta komputerów firmy Dell, który ma już ponad 30 firmowych kont na Twitterze, kolejnych kilka na Flakerze, ponad 20 grup fanów na Facebooku, kilkanaście blogów, osiem forów dyskusyjnych i kilkaset filmów umieszczonych na YouTube. Ten arsenał obsługuje blisko 40 pełnoetatowych pracowników. Ale, jak się okazuje, warto było zainwestować. Dell pod koniec ubiegłego roku ogłosił, że tylko dzięki Twitterowi sprzedał komputery o wartości ponad 6,5 mln dol.