PAP: Dlaczego zdecydowała się Pani uczestniczyć w duszpasterstwie dla pielęgniarek prowadzonym przez ks. Popiełuszkę? Czy było coś, co go odróżniało od innych księży?
Elżbieta Murawska: Kiedy poznałam ks. Jerzego moje pierwsze wrażenie było takie, że jest to człowiek, któremu naprawdę zależy na tym, co robi. Interesował się zawsze ludźmi, którzy zostali mu powierzeni, tak było z pielęgniarkami. Starał się poznać nasze potrzeby, co nas interesuje. Pierwsze spotkanie z nim, to był rozmowa na temat naszych oczekiwań. Starał się wszelkimi możliwymi sposobami docierać do pielęgniarek z informacją, że jest duszpasterstwo, że są spotkania.
Traktował ludzi indywidualnie. Nie było tak, że jeśli przechodził do innej pracy, to zamykał za sobą drzwi i kontakt się urywał. Nasze duszpasterstwo z ks. Jerzym rozrastało się, składało się nie tylko z pielęgniarek, ale z lekarzy, studentów medycyny, farmaceutów, profesorów - staliśmy się środowiskiem medycznym. Były organizowane spotkania tematyczne, wykłady, panele dyskusyjne, wyjazdy. Mieliśmy wspólne msze św. Praca ks. Jerzego nigdy nie była oderwana od codziennego życia, ale w centrum był Bóg. Fundamentem całej jego pracy była modlitwa. To była wszechstronna formacja. Chciał jeszcze stworzyć duszpasterstwo dla salowych, ale tego już nie zdążył zrealizować.
PAP: Jak pani odbierała ks. Jerzego w osobistych rozmowach? Czy pamięta pani jakieś szczególne sytuacje?
E.M.: Wiele osób nie rozumie tego, że ks. Jerzy był jednym z najbardziej zwyczajnych i normalnych ludzi, jakich znałam. Nie było dystansu, jaki się niekiedy stwarza pomiędzy wykładowcą, nauczycielem, duszpasterzem, a osobami, które obejmuje on swoją działalnością. On interesował się ludźmi i troszczył się o nich. Można było zawsze do niego przyjść z każdym problemem. Był bardzo bezpośrednim człowiekiem, chciałoby się powiedzieć kumplem, ale był raczej kolegą, przyjacielem, byłam z nim po imieniu. Bywał u nas w domach, na imieninach. Pamiętam, że przyszedł kiedyś do mnie niespodziewanie z jakimś młodym człowiekiem i mówi: Elżbieta, może ty będziesz mogła pomóc, bo on ma bliską osobę w szpitalu i od wczoraj nie może się nic dowiedzieć. Kiedy umierała moja ciocia, miałam problem z wezwaniem kapłana do domu, zadzwoniłam do Jerzego, przyjechał. A on miał przecież bardzo mało wolnego czasu. W wolnych chwilach lubił się bawić ze swoim psem Tajniakiem. Jak wyjechaliśmy na pierwsze zimowisko zabrał grę Monopol, którą przywiózł od cioci z USA. Pamiętam też, że chodziliśmy na wycieczki w góry.
PAP: Ks. Popiełuszko przygotowywał pomoc dla potrzebujących m.in. medyczną, jak wyglądała jej organizacja?
E.M.: Pewnie nawet sam nie wiedział, ilu osobom pomagał. Nie robił tego ostentacyjnie. Ludzie przychodzili do kościoła św. Stanisława Kostki, ponieważ wiedzieli, że tam jest apteka z lekami z darów, które były rozdzielane. Wtedy szaloną trudnością było zdobycie leków specjalistycznych. Bardzo wiele osób prosiło go o pomoc w tej sprawie, to były prośby z całej Polski. Te leki ratowały ludziom zdrowie i życie. Studenci medycyny dostawali od ks. Jerzego słuchawki lekarskie, które były im potrzebne w czasie studiów, a kupienie nie zawsze było prostą sprawą.
PAP: Przyjaciele ks. Jerzego mówią, że prowadził on "dom otwarty", w którym zawsze było wielu różnych ludzi. Czy ma pani jakieś wspomnienia z tym związane?
E.M.: To prawda. Ten dom był otwarty. Ks. Jerzy przyjmował każdego. Nie zawsze był zachwycony wizytą jakiejś osoby, ale on nie krył się przed ludźmi. Każdy mógł do niego przyjść. A potrzeby były różne: komuś zabrakło pieniędzy na życie, ktoś nie miał butów dla dziecka, komuś było niezbędne lekarstwo, a komuś rozmowa, która często przeradzała się w spowiedź. Dzięki niemu wielu ludzi wróciło do Kościoła, ale on nigdy nie prawił kazań, chociaż zawsze w centrum stawiał Boga.
PAP: Czy zauważała pani "podejrzane" osoby w najbliższym otoczeniu ks. Popiełuszki?
E.M.: Od pewnego momentu nie było wątpliwości, że w otoczeniu księdza tacy ludzie się znajdują, ale równocześnie ks. Jerzy zabronił szukania ich. Niewykluczone, że on wiedział, kto to może być, natomiast absolutnie nie zgadzał się, żebyśmy szukali agentów. Częstował dyżurujących pod plebanią funkcjonariuszy SB herbatą. On mówił: przecież oni tam marzną. Kiedy pod koniec 1983 r. został aresztowany po rewizji w jego prywatnym mieszkaniu na ul. Chłodnej, to potem mówił nam tylko, że bardzo przydały mu się wełniane skarpetki, które od nas dostał. Nie chciał mówić o represjach, ale opowiadał, że człowiek, z którym był osadzony w celi, wyspowiadał się u niego, mimo że od lat nie był u spowiedzi.
PAP: Szczególną uwagę ks. Jerzy przywiązywał do mszy św. z ojczyznę. W jaki sposób się do nich przygotowywał?
E.M.: Po przygotowaniu homilii na mszę za ojczyznę zawsze dawał ją do przeczytania kilku różnym osobom, w tym hutnikom, wychodząc z założenia, że jeżeli robotnik zrozumie, to profesor także. Uwzględniał uwagi i dbał o to, żeby homilia nie trwała dłużej niż dziesięć minut.
Rozmawiał: Paweł Rozwód, Stanisław Karnacewicz (PAP)