Na wojnie, w ratuszu i w rządzie

Kaczyński poznał Kluzik-Rostkowską w „Tygodniku Solidarność”, którym kierował w latach 1989 i 1990. Była dziennikarką działu politycznego. Pracowali ze sobą krótko, bo on szybko poszedł do polityki. Został szefem kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy. Ona została w „Tygodniku”. Później pracowała w miesięczniku „Konfrontacje”. A w 1992 r. rozpoczęła pracę w „Expressie Wieczornym”, kierowanym wówczas przez Andrzeja Urbańskiego. Była zastępcą kierownika działu krajowego i reportażu oraz kierownikiem działu reportażu. Jako korespondentka wojenna relacjonowała to, co dzieje się w Czeczenii i Bośni. Gdy w Bośni fotografowała zdjęcia spalonych dzieci, żołnierz chciał jej zabrać aparat fotograficzny. Zamiast go oddać, zaczęła się z nim kłócić. Wyciągnęła kliszę i dzięki temu żołnierz dał jej spokój.

W drugiej połowie lat 90. przeszła do „Wprost”. Później pracowała w „Nowym Państwie”, przez trzy lata była wicenaczelną „Przyjaciółki”. Z dziennikarstwa zrezygnowała, bo uznała, że ten zawód nie ma jej już nic ciekawego do zaoferowania. – Skończyłam 40 lat. Urodziłam trzecie dziecko. I doszłam do wniosku, że czas na zmiany – tłumaczy swoją decyzję.

Kiedy prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński, Kluzik-Rostkowska zgłosiła się do niego z propozycją utworzenia portalu Warszawianka.waw.pl. – Postrzegałam ją jako osobę, która bardzo dobrze zna środowiska kobiece i jest specjalistką od spraw społecznych – mówi Jakubiak, wtedy dyrektor Biura Prezydenta Warszawy.

Po katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem Kluzik-Rostkowska opowiadała dziennikarzom, że wchodząc do sekretariatu Lecha Kaczyńskiego, mówiła, że musi na niego „napaść na trzy minuty”. – Mówił do mnie często „Kluzico”, „znowu narozrabiałaś, Kluzico” – opowiadała „Gazecie Wyborczej”. Mówiła, że długo trwało, zanim przeszła z Lechem Kaczyńskim na ty. – Był prezydentem Warszawy, współpracowaliśmy ze sobą, a ja wciąż mówiłam do niego „panie prezydencie”. W końcu nie wytrzymał i pyta, czy możemy sobie mówić po imieniu. I dalej: „Ja ci przecież tyle dawałem znaków, czekałem, aż mi zaproponujesz, w końcu się ośmieliłem”.

Po wyborczym zwycięstwie w 2005 r. Kluzik-Rostkowska nie przenosi się do Pałacu Prezydenckiego wraz z innymi współpracownikami Kaczyńskiego. Startuje z warszawskiej listy PiS do Sejmu, ale mandatu nie zdobywa. Gdy powstaje rząd Kazimierza Marcinkiewicza, zostaje wiceministrem pracy. Przejmuje kompetencje pełnomocnika rządu do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn. I po raz pierwszy dochodzi do politycznej awantury wokół jej osoby. LPR – koalicjant PiS – głośno protestuje. Partii Romana Giertycha nie podobają się liberalne, jak na partie prawicowe, poglądy dotyczące m.in. aborcji i zapłodnienia in vitro. Wrzawę gasi po kilku tygodniach premier, powołując na swojego doradcę do spraw rodziny Hannę Wujkowską, działaczkę ruchów obrony życia. Jeden z ówczesnych liderów LPR Wojciech Wierzejski komentując tę nominację, mówi, że to dobre antidotum na Kluzik-Rostkowską.