Plan naprawczy ma pomóc wyjść Europie z ekonomicznego dołka, ale przy okazji pogłębił nieufność pomiędzy państwami.
Reklama



Szczyt w Brukseli przeciągnął się do niedzieli. Zamiast w sali obrad większość czasu przywódcy rozmawiali w mniejszych grupach podczas niekończących się nieformalnych narad. Gdy zamykaliśmy to wydanie, szczyt nadal trwał, lecz kompromis – mimo wielu ostrych słów i teatralnych gestów przywódców – nadal nie był wykluczony. Od początku spotkania w piątek głównym celem stało się przełamanie oporu grupy oszczędnych. Chodzi o bogate kraje Północy, którym nieformalnie przewodzi Holandia. Po drugiej stronie są kraje Południa, wśród nich Hiszpania i Włochy, które mają być największymi beneficjentami planu naprawczego o łącznej wartości 750 mld euro. Zgodnie z prognozami ich PKB odnotuje też w tym roku największe spadki, o ok. 10 proc.
Kluczowym problemem na szczycie stał się nadzór nad wydawaniem pieniędzy. Haga walczyła o maksymalną kontrolę nad tym, co inne kraje zrobią z pozyskanymi środkami. Już przed szczytem przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel zaproponował, by to nie Komisja Europejska, lecz kraje członkowskie zajmowały się zatwierdzaniem planów narodowych, w których poszczególne stolice będą miały pokazać, na co chcą wydać pieniądze. Takie plany zgodnie z propozycją Michela byłyby akceptowane większością kwalifikowaną.

Reklama
Nie usatysfakcjonowało to oszczędnych. Stawkę podbił holenderski premier Mark Rutte, domagając się, by plany krajowe przyjmowano jednomyślnie przez wszystkie kraje, co dawałoby mu – i każdemu innemu przywódcy – olbrzymią kontrolę nad ratunkowymi funduszami. Atmosferę już na początku szczytu podgrzał austriacki kanclerz Sebastian Kurz, mówiąc, że nie powinno być pieniędzy z puli na odbudowę, jeśli miliardy „nie idą w parze z koniecznymi reformami w krajach, które są systemowo zepsute”. Potem tłumaczył, że nie chodziło mu o Włochy, ale jego wypowiedź już na starcie wprowadziła atmosferę dużej nieufności.
Negocjacje były bacznie obserwowane przez rynki finansowe
Premier Włoch Giuseppe Conte mówił o szantażowaniu Europy przez oszczędnych, a szef bułgarskiego rządu Bojko Borisow nazwał Ruttego policjantem Europy. Twarde warunki irytowały też francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona, który był gotowy opuścić szczyt przed czasem. Ale to niejedyna kwestia sporna. Oszczędni chcieli zwiększenia puli pożyczek w stosunku do bezzwrotnych grantów. Podważali także wielkość planu naprawczego i budżetu na kolejne siedem lat, które łącznie dają 1,8 bln euro.
Holandia nie chciała też zrezygnować z praworządności. Premier Węgier Viktor Orbán jeszcze przed przyjazdem do Brukseli groził wetem, jeśli taka propozycja będzie forsowana, a podczas szczytu oskarżył Ruttego o używanie komunistycznej nomenklatury. Polska przyjęła bardziej kompromisowe podejście. Premier Mateusz Morawiecki podkreślał, że Warszawa nie ma problemu ze wzmacnianiem mechanizmów nadzoru nad wydawaniem środków. – Nawet zachęcamy do ich wzmocnienia, ponieważ poziom nieprawidłowości, który w Polsce rejestrujemy, jest niski – mówił.
Morawiecki nie zgadzał się jednak na klauzulę praworządności, bo – jak objaśniał – jest ona zbyt ogólnie sformułowana i mogłaby być używana jako straszak. Tymczasem dla Budapesztu samo zwiększenie kontroli nad środkami UE to zła wiadomość, bo na Węgrzech istnieje duże podejrzenie defraudowania unijnych środków i to na najwyższych szczeblach władzy. Orbán przekonywał, że to Węgrzy powinni decydować o tym, jak wydają pieniądze. – Jeśli ktoś nie szanuje praworządności, powinien opuścić UE natychmiast, a nie być karany finansowo – mówił.
Przeciwko powiązaniu środków z praworządnością opowiedziało się także kilka innych stolic. Kanclerz Niemiec Angela Merkel jeszcze przed szczytem sugerowała odłożenie tej sprawy, natomiast Michel już w lutym zaproponował mechanizm w formie utrudniającej blokowanie wypłat. By to zrobić, potrzebna byłaby zgoda większości kwalifikowanej w Radzie Europejskiej. Do wczorajszego popołudnia przywódcy w ogóle nie zajęli się za to kwestią klimatu. Tymczasem zgodnie z propozycją Michela pułap kwot wydawanych z budżetu UE na walkę ze zmianami klimatu miałby zostać podniesiony z 20 do 30 proc. Dostęp do funduszy na sprawiedliwą transformację byłby dla Polski uwarunkowany jej zobowiązaniem do osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r.
Negocjacje były bacznie obserwowane przez rynki finansowe. Dlatego pojawiło się przypuszczenie, że rozmowy specjalnie zaplanowano na weekend, kiedy giełdy są zamknięte, by rynki zareagowały dopiero w poniedziałek. Sam plan naprawczy, zaproponowany w maju, giełdy przyjęły euforycznie. Kiedy 18 maja Francja i Niemcy wyszły z propozycją, by UE przeznaczyła na ratowanie gospodarek 500 mld euro, trend odbicia wartości akcji tylko się wzmocnił po marcowym załamaniu, które nastąpiło na fali strachu przed skutkami pandemii. Od 18 maja DAX, główny indeks na giełdzie we Frankfurcie, zyskał niemal 17 proc., paryski CAC-40 niemal 13 proc., a EuroStoxx 50, grupujący notowania największych europejskich spółek, 16 proc.
– Biorąc pod uwagę niedawne lepsze wyniki koniunktury w Europie, jest oczekiwanie, że coś zostanie uzgodnione – mówił Bloombergowi przed rozpoczęciem szczytu Laurent Douillet, strateg Bloomberg Intelligence, podkreślając, jak ważne jest to spotkanie dla podtrzymania dobrych nastrojów na rynku. Brak porozumienia przed poniedziałkową sesją groził dużą przeceną. Dla rynku ważne jest zresztą nie tylko samo utworzenie planu naprawczego, ale też jego wielkość i charakterystyka. Korzystniejszy – z tego punktu widzenia – byłby większy udział bezzwrotnych grantów, a mniejszy pożyczek. Dlatego naciski oszczędnych, by w funduszu pożyczki odgrywały większą rolę, również mogą prowadzić do nerwowych reakcji inwestorów.