W Rosji trwa dyskusja ekspertów poświęcona zmianom w polityce zagranicznej państwa po COVID-19. To, że sytuacja się zmieni i przyspieszy obserwowane od pewnego czasu trendy, jest pewne. Odpowiedzi na to, w jaką stronę winna podążać Moskwa, różnią się w szczegółach. Wydaje się, że kształtujący się konsensus rosyjskiej elity analityków wpłynie na charakter polityki państwowej w nadchodzących latach.
Reklama
Dmitrij Trenin, prezes Moskiewskiego Centrum Carnegie napisał, że Rosja kilka lat temu prawidłowo odczytała znaki czasu i odpowiednio wcześnie dostosowała swą politykę zagraniczną do zmieniającej się natury światowej rozgrywki. W jego opinii już ok. 2010 r. dało się zauważyć wzrastającą rolę państw narodowych, większy nacisk na suwerenność i to, że kluczowe znaczenie w układzie sił będzie mieć odporność gospodarek na wstrząsy oraz siła więzi społecznych i jakości administracji publicznej. Wyprzedzając to, co dziś określa się mianem zmierzchu światowego porządku liberalnego – Rosja zmodyfikowała swą politykę.
Pogląd Trenina jest generalnie podzielany przez innych uczestników debaty. M.in. przez Siergieja Karaganowa, Dmitrija Susłowa z Klubu Wałdajskiego i Moskiewskiej Wyższej Szkoły Gospodarki. Za sukces uważa się zatrzymanie ekspansji NATO na Wschód, czemu służyły wojny z Gruzją i Ukrainą.
Zdaniem rosyjskiej elity, niezależnie od retoryki – dziś na Zachodzie nikt poważnie nie myśli o rozszerzeniu NATO. A współpraca z Chinami pozwoliła w sposób trwały zmienić światowy układ sił. Karaganow pisze, że dzięki wsparciu Rosji dla chińskiego segmentu obrony przeciwrakietowej udało się zakwestionować wojskową dominację Zachodu na świecie.
Trenin, ostrożniejszy w ocenach, uważa, że chińsko-rosyjska współpraca, która nie przybiera charakteru sojuszu wojskowego, działa w interesie Rosji, wzmacniając jej pozycję globalną. Dzięki tej współpracy – politycznej i wojskowej – Federacja Rosyjska, mając „zabezpieczone tyły”, mogła przystąpić do fazy realizacji aktywniejszej polityki zagranicznej, w której może wykorzystać swe atuty wojskowe i gospodarcze, np. na Bliskim Wschodzie, lub położenie geograficzne (regiony arktyczne).
Obecnie ten czas relatywnej koniunktury, którą Rosja potrafiła wykorzystać, zbliża się do końca. Trenin jest zdania (i nie jest to pogląd w Rosji odosobniony, podobne diagnozy formułują inni, np. były minister spraw zagranicznych Igor Iwanow czy Andriej Kortunow, dyrektor generalny think tanku Rada ds. Polityki Zagranicznej), że świat po COVID-19 będzie świadkiem zaostrzającej się polaryzacji, w której z jednej strony stanie blok anglosaski, z drugiej – państwa orbitujące wokół Chin.
Jak w takiej sytuacji ma się zachować Rosja? Trenin jest zdania, że nie jest możliwe, ani tym bardziej celowe, porozumienie z Waszyngtonem. Po pierwsze, trudno będzie przełamać nawarstwione przez lata wzajemne uprzedzenia i niechęci. Rosja nadal jest i w dającej się przewidzieć perspektywie będzie postrzegana w Stanach Zjednoczonych jako przeciwnik strategiczny. Po drugie, ewentualny zwrot Moskwy, nawet jeśli realny, zwielokrotniałby zagrożenie ze strony Chin, które dziś mają większe możliwości szkodzenia Rosji niźli Stany Zjednoczone. Zarówno z powodu dysproporcji organizmów gospodarczych, siły wzajemnych związków handlowych, jak i politycznego potencjału i wspólnej granicy. Porozumienie z Zachodem oznaczałoby kapitulację, na co nikt w Rosji dziś się nie zgodzi. Inni uczestnicy tej debaty, od lat tak jak Klub Wałdajski propagujący rosyjski „zwrot na Wschód”, są zdania, że strategicznie nie ma między Rosją a Chinami płaszczyzn sporów, bo wektor chińskiej ekspansji skierowany jest do Azji Południowo-Wschodniej. Obszar interesów Rosji to raczej Zachód i Południowy Zachód. Niemniej jednak rywalizacja amerykańsko-chińska i powstanie systemu bloków stanowi dla Moskwy fundamentalne wyzwanie, z którym trzeba będzie się mierzyć. Polega ono na tym, że przejście do któregokolwiek z obozów, nawet jeśli dziś wydaje się to opcją teoretyczną, jest dla Rosji potencjalnie groźne. Jeśli zasili ona blok chiński, to na trwałe stanie się junior partnerem. Jeśli amerykański, to wystawi się na cios ze strony Pekinu.
W grę wchodzi próba budowy „trzeciego filaru”. Jak i na jakich zasadach winien on być skonstruowany, jest właśnie przedmiotem dyskusji. Andriej Kortunow, dyrektor Rady ds. Polityki Zagranicznej, wpływowego think tanku, którego współzałożycielem był resort spraw zagranicznych, napisał artykuł poświęcony relacji Rosji z Unią, którego główną tezą jest myśl, iż po COVID-19 wzmocnią się siły głównych światowych graczy, takich jak Chiny czy Stany Zjednoczone, a Rosja i Unia osłabną. I to właśnie przekonanie o własnej słabości i niedostatkach środków, którymi się dysponuje, powinno skłonić elity Rosji i państw Unii do bliższej kooperacji. Ten „bilans słabości”, bo tak zatytułowany jest artykuł, zmieni wzajemne relacje. Trenin jest podobnego zdania, choć uważa, że ta opcja na Unię musi być równoważona chęcią współpracy z Indiami i Japonią.
Argumentuje, że o ile nie ma sensu „rozmowa” Rosji z Brukselą, o tyle szukanie płaszczyzn współpracy z rządami poszczególnych państw już tak. Wymienia je, a kolejność jest w tej wyliczance ważna, bo obrazuje ich znaczenie w rosyjskiej optyce. Są to Berlin, Paryż, Rzym, stolice państw skandynawskich i na końcu Polska. Relacja z naszą częścią Europy jest w rosyjskiej debacie kwestią sporną. Eksperci skupieni wokół Klubu Wałdajskiego (Karaganow, Susłow, Bordaczow) są bardziej sceptyczni jeśli chodzi o sens i perspektywy współpracy z państwami Unii Europejskiej i jawnie wrogo nastawieni wobec możliwości odmrożenia relacji z Polską oraz Państwami Bałtyckimi.
W ich ujęciu głównym zadaniem dla Rosji na najbliższe lata winna być próba zbudowania politycznej platformy „państw nieangażujących się” w rywalizację bloku anglosaskiego i chińskiego. Moskwa miałaby stać się z jednej strony dyplomatycznym, a z drugiej strony wojskowym oparciem dla państw chcących pozostać poza sporem. Oczywiście nie rezygnując w żadnym razie ze swych geopolitycznych ambicji, a nawet zaostrzając je, kreśląc wyraźne „czerwone linie”, takie jak integracja Ukrainy czy Gruzji z obozem Zachodu, przekroczenie których może doprowadzić do wybuchu gorącego konfliktu zbrojnego, a z pewnością do rewizji rosyjskiej doktryny wojskowej przez oficjalne przyjęcie zasady „wyprzedzającego uderzenia nuklearnego”.
W ich propozycji współpraca z państwami Unii, głównie z zachodniej części kontynentu, może ulec intensyfikacji niejako w drugiej fazie, po tym jak Rosja zbuduje już „ruch niezaangażowanych”, a Polska winna być izolowana i pozostawiona na uboczu. Trenin nie proponuje powrotu do idei „wspólnego europejskiego domu”, bo ma świadomość, że jest to nierealne. Nikt tego dziś nie chce ani w Rosji, ani w stolicach państw zachodnich. Ambicje winny zostać odpowiednio zredukowane. Raczej trzeba mówić o kooperacji gospodarczej i udziale Europy w modernizacji Rosji. Równolegle jego zdaniem Moskwa musi rozwijać – właśnie po to, aby nie uzależnić się od nikogo – relacje z Japonią i Indiami.