Kryzys jest trudny do opanowania ze względu na dużą decentralizację kraju i brak zaufania ludzi do władz.
Reklama
W poniedziałek Donald Trump po raz pierwszy przyznał, że epidemia choroby COVID-19 jest bardzo poważną sprawą, a jej opanowanie może trwać miesiącami. Nie wykluczył, że będzie to możliwe dopiero na początku sierpnia. Wcześniej prezydent USA, zarówno w oficjalnych przekazach medialnych, jak i na swoim Twitterze, bagatelizował skalę zagrożenia.
Teraz zaapelował jednak do lokalnych samorządów i wspólnot oraz przedstawicieli biznesu, by na jakiś czas pozamykać szkoły, bary, restauracje, siłownie i baseny oraz wszystkie inne miejsca, gdzie mogą gromadzić się ludzie w dużych grupach. Po raz pierwszy też przyznał, że amerykańska gospodarka stoi u progu recesji. Stronił jednak od odpowiedzi na pytania dziennikarzy o skalę potencjalnego kryzysu ekonomicznego i o to, ile przedsiębiorstw jest narażonych na bankructwo.
Tymczasem liczba potwierdzonych przypadków choroby w USA zaczęła szybko rosnąć. Gdy zamykaliśmy to wydanie DGP, wynosiła ona 4748. Z pewnością jest to jednak tylko ułamek prawdziwej liczby zakażonych. 12 marca dyrektor Departamentu Zdrowia stanu Ohio oszacowała, że w stanie liczącym 11,7 mln mieszkańców chorych jest już 1 proc. mieszkańców, czyli ponad 100 tys. osób.

Reklama
Amerykańskie giełdy zareagowały proporcjonalnie do tych pesymistycznych wieści i znowu zanotowały kilkuprocentowe spadki. Tym bardziej że powodów do optymizmu nie dał naczelny lekarz kraju, wiceadmirał Jerome Adams. – Jeśli spojrzymy na analizy tego, w którą stronę pójdzie sytuacja, to wiele wskazuje na to, że czeka nas scenariusz włoski. W związku z tym apeluję o zamykanie miejsc, gdzie może się szerzyć wirus – powiedział w oświadczeniu.
Problem polega jednak na tym – z czego zdają sobie teraz sprawę władze federalne i lokalne – że nie ma żadnych narzędzi prawnych, żeby zmusić Amerykanów do siedzenia w domu, a ci z kolei przejawiają większą niż społeczeństwa Europy tendencję do niezależności oraz kwestionowania informacji, jakie przekazuje rząd. Wynika to z utrwalonej przez wieki tradycji nieufania władzom.
Krytycy Donalda Trumpa z Partii Demokratycznej – oraz z tych mediów, które są mu niechętne – nie pozostawili na prezydencie suchej nitki. David Leonhardt, publicysta „New York Timesa”, ujął te zarzuty tak: „Trump musiał dokonać serii wyborów. Mógł podjąć agresywne działania, aby spowolnić rozprzestrzenianie się wirusa. Mógł nalegać, aby USA przyspieszyły produkcję najnowszych testów. Mógł podkreślać ryzyko związane z wirusem i nalegać, aby Amerykanie przestrzegali zasad ostrożności, jeśli mają powód wierzyć, że są chorzy. Mógł wykorzystać władzę, którą daje urząd prezydenta, aby zmniejszyć liczbę osób, które się ostatecznie rozchorują. Nic z tego nie zrobił”.
Demokratyczni politycy zarzucają Trumpowi nie tylko zaniechanie, ale i aktywne wprowadzanie w błąd opinii publicznej. – Zamknijcie w końcu tego bełkoczącego prezydenta – mówił w niedzielę jeden z dwóch głównych kandydatów demokratów na prezydenta Bernie Sanders podczas telewizyjnej debaty z Joe Bidenem, drugim pretendentem do tego, aby zmierzyć się z Trumpem w listopadowych wyborach. Biden zaś mówił o potrzebie lepszych przygotowań i konieczności zwiększenia liczby dostępnych testów.
– Amerykanie nie mają płatnych zwolnień chorobowych, a ledwo wiążąc koniec z końcem, będą stawiać się w pracy mimo choroby. Bojąc się niebotycznych rachunków, raczej nie będą się też zgłaszać do lekarzy i szpitali. Całkowity koszt epidemii w Stanach Zjednoczonych dopiero poznamy – powiedział noblista Joseph E. Stiglitz, doradca Billa Clintona.
Tymczasem mieszkańcy USA nadal gromadzą zapasy środków czystości i jedzenia. Po telekonferencji z szefami największych sieci supermarketów Trump ocenił jednak, że przesadzają. – Nie musicie tyle kupować. Spokojnie. Podobno ludzie kupują więcej niż na Boże Narodzenie. Zrelaksujcie się. Radzimy sobie z sytuacją. To wszystko minie – uspokajał szef państwa.
W narastającym chaosie okazję dostrzegł Amazon, potentat na rynku przesyłek. Wobec tego, że ludzie przestają odwiedzać sklepy i zwracają się ku handlowi internetowemu, prezes firmy Jeff Bezos szacuje, że przedsiębiorstwo znacznie zwiększy aktywność. We wtorek jego biuro prasowe ogłosiło, że planuje dodatkowo zatrudnić 100 tys. pracowników na czas trwania epidemii. Żeby zainteresować potencjalnych pracobiorców, firma zaproponowała podniesienie stawki godzinowej do końca kwietnia o 2 dol.