Wizyta sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo w Mińsku może świadczyć o tym, że Waszyngton poważnie obawia się anszlusu Białorusi przez Rosję. Trudno jednak powiedzieć, jak realnie Zachód mógłby pomóc jej zachować suwerenność. Dla Polski relacje z Białorusią pozostają jednym z większych niezrealizowanych wyzwań.
Pod koniec lat 90. ich klimat odbiegał nie tylko od litery, ale i ducha Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 1992 r. Dla Polski aspirującej do NATO i UE największym problemem było nasilenie autorytarnych tendencji Alaksandra Łukaszenki, łamanie praw człowieka i zasad demokratycznego państwa prawa. Jednak bliskie sąsiedztwo oraz zamieszkiwanie na terytorium sąsiada kilkusettysięcznej mniejszości polskiej spowodowały, że władze musiały być elastyczne wobec Łukaszenki. Kwestią otwartą pozostaje pytanie, czy robiły to skutecznie. Moim zdaniem nie.
Deklaracje Łukaszenki wobec Polski były i są niejednoznaczne. Ulegały też zmianom, zwłaszcza po przystąpieniu Polski do UE. Łukaszenka zarzucał nam niesamodzielną politykę przejawiającą się w bezkrytycznym wypełnianiu poleceń Brukseli i Waszyngtonu. Jak mantra wracało pytanie, czy w ogóle rozmawiać z Łukaszenką. Prezydent Aleksander Kwaśniewski w 1995 r. dążył, na ile to możliwe, do poprawy relacji z Białorusią. Miał jednak świadomość, że będzie to trudne z uwagi na swoją polityczną proweniencję, krytyczną ocenę Łukaszenki przez Zachód i ówczesną postsolidarnościową opozycję. Obawiał się, że jego ewentualna wizyta może zostać źle odebrana, a w konsekwencji nadwyręży jego wizerunek orędownika wejścia Polski do struktur euroatlantyckich.
Mimo obaw spotkał się z Łukaszenką 30 marca 1996 r., kilka dni przed podpisaniem układu stowarzyszeniowego Rosji i Białorusi, który w 1999 r. zastąpiono umową o utworzeniu Państwa Związkowego. Głównym przesłaniem tej wizyty było uświadamianie białoruskiemu przywódcy, że nie jest skazany na Moskwę. Spotkanie odbyło się w Wiskulach. Potem w Mińsku prezydent spotkał się z białoruską opozycją.
Jako rzecznik prezydenta byłem pełen obaw, czy Łukaszenka jest gotów do dialogu i czy nie jest to zagranie w rozgrywkach z Moskwą. Rozmowy odbywały się w pałacyku wybudowanym w latach 60. z polecenia Nikity Chruszczowa, który po polowaniu z Josipem Brozem-Titą stwierdził, że nie ma gdzie przyjmować gości w Puszczy Białowieskiej. To tam 7–8 grudnia 1991 r. przywódcy Białorusi, Rosji i Ukrainy przypieczętowali upadek ZSRR.
Rozmowy zaczęły się od wymiany poglądów w cztery oczy. Ochrona Łukaszenki z ponurym kagebistą o nazwisku Załamaj na czele zabraniała nam wstępu do pokoju, gdzie rozmawiali. Nawet szef polskiego protokołu był zmuszony antyszambrować pod drzwiami. Strefą zero była objęta toaleta, do której dopiero po awanturach wpuszczano nas za potrzebą. Rozmowy bez świadków, co było podstępem Łukaszenki, który częstował swego gościa mocnymi trunkami, trwały z godzinę. Po nich nastąpiły rozmowy plenarne.
Rozpoczął je Łukaszenka, uderzając wielką jak bochen chleba pięścią w stół i oznajmiając, że to przy nim zlikwidowano ZSRR. Zabrzmiało to groźnie i groteskowo zarazem. Kwaśniewski usłyszał od gospodarza, że „liczą się kontakty osobiste głów państw”. Łukaszenka zapewnił, że „będzie wypełniał wszystkie zobowiązania wobec mniejszości polskiej wynikające z traktatu”. Zapis tych rozmów odtwarzam z moich notatek i udostępniam jej pierwszy raz. Zasadniczym tematem była integracja Rosji i Białorusi. Łukaszenka przekonywał, że będzie się ona dokonywać z zachowaniem suwerenności stron.
– 90 proc. społeczeństwa białoruskiego nie chce rozszerzenia NATO o Polskę i obawia się tego. Dlatego widzi w Rosji sojusznika, który zapewni Białorusi bezpieczeństwo – mówił. Pokazując mapę stwierdził, że „poprzednie [polskie] rządy koncentrowały wojsko przy naszej granicy. Niepokoi mnie, że nic się nie zmieniło. Wzrosła liczba czołgów i sprzętu zmechanizowanego na kierunku białoruskim. Białoruś za to zredukowała stan liczebny wojska o 20 proc. Nie ma już w kraju taktycznej broni [nuklearnej], a strategiczna do końca [1996] r. zostanie zniszczona”. Łukaszenka przyznał, że gospodarczo, zwłaszcza jeśli chodzi o nośniki energii, Mińsk jest uzależniony od Moskwy, więc integracja wydaje się dobrym rozwiązaniem.
Kwaśniewski próbował rozwiać jego obawy. – Polska nie chce wchodzić do NATO, bo się kogoś boi. Trzeba stworzyć nowe struktury bezpieczeństwa, w których będzie miejsce i dla Białorusi, i Rumunii, i Bułgarii – mówił. Z grymasu na twarzy Łukaszenki można było wywnioskować, że ta argumentacja go nie przekonała. Równie niechętnie godził się na spotkanie z opozycją. Kolumna prezydencka co rusz zatrzymywała się zdezorientowana, dokąd jechać, na spotkanie z opozycją czy planowany obiad.
Dzięki nieustępliwości Kwaśniewskiego do spotkania doszło. Było ono pożyteczne, bo prezydent usłyszał to, czego się domyślaliśmy – że wizyta może być traktowana jak element łukaszenkowskiej gry z Moskwą. Opozycjoniści stwierdzili, że dopóki rządzi Łukaszenka, nie ma mowy o demokratyzacji. – On się boi demokracji, bo wtedy może stracić władzę – powiedział jeden z liderów. Podobną strategię wykorzystywania wizyt gości z Zachodu Łukaszenka stosował i potem, by wzmocnić pozycję negocjacyjną w kryzysach z Kremlem, zwłaszcza odkąd jego lokatorem został Władimir Putin.
Żadnego efektu nie przyniosły wyrażone podczas spotkania w Wiskulach sugestie, by Łukaszenka zaczął rozmawiać z opozycją o zmianach konstytucji. Prezydent bez konsultacji z nią wprowadził je później w życie. Rozwiązał Radę Najwyższą, przywrócił symbolikę z czasów ZSRR i bezprawnie wydłużył swoją kadencję do 2001 r. Zmiany zatwierdziło sfałszowane referendum. Sprawa była na tyle poważna, że na temat postępowania wobec Białorusi w grudniu 1996 r. rozmawiali ówcześni prezydenci Polski, Litwy Algirdas Brazauskas i Ukrainy Łeonid Kuczma.
Kluczowe pytanie postawione przez Kwaśniewskiego brzmiało, czy izolować władze białoruskie, czy nadal z nimi rozmawiać. Brazauskas dowodził, że trudno będzie przekonać Łukaszenkę do zmiany postępowania, bo „czuje się pewnie, uważa, że postępuje dobrze, i jest przekonany, że tylko on gwarantuje Białorusi suwerenność w ścisłym sojuszu z Moskwą”. – Obawia się anarchii, która może doprowadzić do tego, że stanie się ona kolejną rosyjską gubernią. Warto jednak porozmawiać – proponował prezydent Litwy.
Kuczma zauważył, że „nie możemy udawać, że na Białorusi nic się nie stało”. – Trzeba rozmawiać, ale na pewnych warunkach – proponował. Kwaśniewski zgodził się, że „nie można zaakceptować łamania swobód obywatelskich. Musimy popierać zasady demokratyczne, ale i pokazywać, że ten pociąg jedzie nie tylko do Moskwy, ale może jechać też do Europy”. Uczestnicy rozmów mieli świadomość, że szanse, iż Łukaszenka weźmie sobie ich apele do serca, są znikome. – Tego, co się stało, nie da się już odwrócić, a Łukaszenka się nie zmieni – mówił Brazauskas. Przyszłość pokazała, że miał rację.
Polska dyplomacja od końca lat 90. realizowała różne strategie od wspierania opozycji po ostrożne rozmowy z władzami i próby przeniesienia ich na wyższy poziom. Nastąpiło to zwłaszcza po atakach z 11 września 2001 r. Rząd RP zaprosił białoruskie władze do udziału w warszawskiej konferencji prezydentów państw Europy Środkowej i Wschodniej w sprawie zwalczania terroryzmu w listopadzie 2001 r. Potem kontynuowano dialog na wysokim szczeblu o współpracy gospodarczej i bezpieczeństwa. Nie dopilnowano jednak, by Łukaszenka wywiązał się z obietnic danych w Wiskulach, że będzie wypełniał zobowiązania wobec mniejszości polskiej.
Kulminacyjnym punktem konfliktu było unieważnienie przez resort sprawiedliwości decyzji zjazdu Związku Polaków na Białorusi, który w marcu 2005 r., wbrew oczekiwaniom władz, wybrał na przewodniczącą Andżelikę Borys. Białoruskie władze zarzuciły Polsce, że konflikt w ZPB wywołały polskie służby specjalne. Z powodu braku kworum na powtórzonym w sierpniu 2005 r. zjeździe ZPB władze polskie nie zaakceptowały wyboru Józefa Łucznika na nowego prezesa ZPB. Kryzys pogłębił impas i doprowadził do rozpętania antypolskiej kampanii. Nastąpiła seria wydaleń dyplomatów z obydwu stron. Dyskredytowano dziennikarzy pracujących na Białorusi i polskie organizacje pozarządowe.
W 2008 r. pojawiła się szansa, że w ramach zainicjowanego przez Polskę i Szwecję Partnerstwa Wschodniego Białoruś skorzysta na zbliżeniu z UE, np. otwartym dostępie do rynku europejskiego w wyniku powołania strefy wolnego handlu, projektach dotyczących walki z nielegalną emigracją, skutkujących złagodzeniem reżimu wizowego. Stosunki zaogniło utworzenie Karty Polaka. W lutym 2008 r. Mińsk oskarżył Warszawę o brak konsultacji i zagroził, że podejmie kroki celem powstrzymania wydawania dokumentu białoruskim Polakom. Skończyło się na groźbach.
W czerwcu odbył się szczyt gospodarczy z udziałem premiera Donalda Tuska i wicepremiera Andreja Kabiakoua, rozpoczynający serię spotkań na wysokim szczeblu w sprawach gospodarczych. Spotkanie szefa dyplomacji Radosława Sikorskiego z białoruskim odpowiednikiem Siarhiejem Martynauem zostało odebrane jako kolejne ocieplenie stosunków. Podjęto tematy współpracy energetycznej i udziału w białoruskiej prywatyzacji. Rezultatem było przekazanie listy przedsiębiorstw objętych trzyletnim programem prywatyzacji.
W 2008 r. w związku z wojną rosyjsko-gruzińską UE po latach nieskutecznej izolacji weryfikowała politykę. Porzuciła schemat, że Białoruś leży w strefie wpływów Moskwy i zaczęła zadawać pytania o trwałość białoruskiej suwerenności. Pojawiły się obawy, że skoro Rosja nie zrezygnowała z siłowego rozwiązywania konfliktów, to może uczynić to w innym miejscu. Złagodzono sankcje wobec Mińska, a Łukaszenka uwolnił więźniów politycznych.
Ważnym momentem było podpisanie w 2009 r. memorandum o współpracy elektroenergetycznej. Warszawa dostrzegła, że Białoruś ma własne, sprzeczne z rosyjskimi, a zbieżne z naszymi interesy gospodarcze. Jak choćby gazociąg Nord Stream, nazwany przez Łukaszenkę „najgłupszym projektem w historii Rosji”. Łukaszenka pozytywnie wypowiadał się o możliwości przedłużenia do Płocka gazociągu Odessa–Brody. Ta zbieżność interesów w zakresie bezpieczeństwa energetycznego jest aktualna także dziś, kiedy jesteśmy świadkami kolejnej wojny o ropę między Rosją a Białorusią, mającej na celu zmiękczenie Mińska w kwestii pogłębionej integracji z Moskwą.
Białoruś powinna być uwzględniana jako partner w dążeniach do zapewnienia stabilności w regionie i ograniczania rosyjskich apetytów na kolejną neokolonię, jaką mogłaby się stać po zjednoczeniu z Rosją. Nie ma tu miejsca, by analizować rok po roku kolejne etapy wzajemnych relacji. Była to sinusoida nadziei i rozczarowań, zachwytów eksmarszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że Łukaszenka to „ciepły człowiek”, i potępiania „ostatniego dyktatora Europy”, izolowania i rozmów. Widać w polskiej polityce brak konsekwencji i określenia strategicznych celów. Od samego mówienia o ociepleniu kontaktów nie stały się one lepsze.
Dyplomacja powinna zrozumieć, co chce ugrać. Zadaniem jest wypracowanie stylu postępowania, który pozwala na realizację polskich interesów i obronę suwerenności Białorusi przy jednoczesnym krytycznym stosunku do autorytarnych działań Mińska. Izolacja reżimu spowoduje całkowite uzależnienie ekonomiczne od Rosji i doprowadzi do utraty suwerenności gospodarczej i politycznej. A Polsce powinno zależeć na istnieniu demokratycznej, ale przede wszystkim niepodległej Białorusi.
Rozmowy bez świadków były podstępem Łukaszenki, który częstował gościa mocnymi trunkami
Wypowiedzi cytowane w tekście pochodzą z notatek autora