Organizacje wspierające bezdomnych alarmują, że problem gruźlicy w tej grupie nie został rozwiązany. Co gorsza, nie znamy jego skali.
Reklama
Agnieszka Fill kieruje warszawską przychodnią Lekarzy Nadziei, do której trafiają osoby niemające stałego schronienia. Z jej obserwacji wynika, że liczba zachorowań na gruźlicę w tej grupie rośnie. – Miesięcznie kierujemy 10–15 osób na zdjęcie RTG. Akcję zbierania funduszy na badania nieubezpieczonych pacjentów nazwaliśmy naszą małą walką z gruźlicą – opowiada. Przychodnia wydaje skierowania, ale nie ma pewności, ilu ludzi wróci z wynikami. A to warunek rozpoczęcia leczenia.
Adriana Porowska z Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej, też przyznaje, że do prowadzonego przez nią schroniska regularnie trafiają osoby z gruźlicą. Takie sygnały płyną również z Katolickiej Wspólnoty Chleb Życia, która ma pod opieką kilka domów dla bezdomnych.
Profesor Maria Korzeniewska-Koseła kieruje Zakładem Epidemiologii i Organizacji Walki z Gruźlicą przy Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie. Mówi, że w 2018 r. zarejestrowano 5487 zachorowań. Nie wiadomo, ile jest w tej grupie osób bezdomnych.
Nie ma danych, bo, jak mówi nam prof. Korzeniewska-Koseła, z formularza zachorowania (lekarz, który podejrzewa lub rozpoznaje gruźlicę, ma obowiązek zgłosić ten fakt do państwowego powiatowego inspektora sanitarnego) znikła rubryka mówiąca o statusie społecznym pacjenta. Profesor wykorzystała dane z Krajowego Rejestru Zachorowań na Gruźlicę. Przeanalizowała przypadki z lat 2004–2013, kiedy zaznaczano ów status. Łącznie: 2349 osób bezdomnych. W tej grupie leczenie zakończyło się sukcesem u 44 proc. chorych, 24,8 proc. przerwało leczenie, 4 proc. zmarło z powodu gruźlicy, a 3,2 proc. z innej przyczyny, 5,2 proc. zostało przeniesionych i wyniki leczenia nie są znane, a wyniki 17,9 proc. chorych nie zostały nadesłane. – Te statystyki nie uległy zmianie – ocenia. – Bezdomni są grupą ryzyka. Piją alkohol, są niedożywieni, wyniszczeni. Dodatkowo nie obserwują u siebie objawów, przez co późno trafiają do lekarza, czyli długo stanowią dla innych źródło zakażenia.

Braki w wiedzy

Brakuje więc wiedzy, dzięki której można by lepiej rozplanować pomoc i ocenić, czy ta obecna jest wystarczająca. Kolejny problem sygnalizuje Renata Trzeszczak, kierownik warszawskiego schroniska z usługami opiekuńczymi dla chorych. – Jeśli przyjmujemy kogoś z ulicy, kto kaszle, pluje krwią, wysyłamy jego zgłoszenie do szpitala zakaźnego w Otwocku, gdzie trafiają chorzy z całego województwa – mówi. I, jak przekonuje, człowiek na przyjęcie musi czekać nawet 2–3 tygodnie. W tym czasie mieszka w schronisku razem z 80 innymi osobami. Stwarza zagrożenie również dla opiekujących się nim osób.
– Jako szpital staramy się minimalizować szkody. Z medycznego punktu widzenia bezdomną osobę można by wypisać już po dwóch tygodniach, ale trzymamy ją nieraz znacznie dłużej po to, by zwiększyć szanse na wyleczenie. Szczególnie gdy chodzi o osobę uzależnioną. Bo oczywiście przy wypisie mówimy pacjentowi, że ma łykać leki i kontrolować się w poradniach chorób płuc i gruźlicy. Czy to robi? Nie wiemy – tłumaczy przyczynę oczekiwania dr Jacek Jagodziński, ordynator oddziału gruźlicy i chorób płuc otwockiego szpitala. Precyzuje, że szpital ma 140 łóżek, obłożenie jest stuprocentowe, czasem trzeba wykorzystywać dostawki.
Temat był poruszany na radzie opiekuńczej, czyli Branżowej Komisji Dialogu Społecznego ds. Bezdomności, która skupia organizacje pozarządowe. – Spytaliśmy wojewodę mazowieckiego, czy jest możliwość utworzenia specjalistycznej placówki dla chorych na gruźlicę lub z jej podejrzeniem. Po to, by czekając na przyjęcie do szpitala, nie stwarzali zagrożenia epidemiologicznego. To musiałaby być placówka kierowana przez władze publiczne, bo organizacje pozarządowe nie udźwignęłyby kosztów jej stworzenia. Ten pomysł nie spotkał się z uznaniem – opisuje Renata Trzeszczak.
Poprosiliśmy o komentarz wojewodę. Biuro prasowe urzędu odpisało, że pochyla się z troską nad problemem bezdomności, ale tworzenie placówek ponadgminnych jest zadaniem powiatu.
Sprawa trafiła natomiast do rzecznika praw obywatelskich, który wziął problem pod lupę. – Brakuje rozwiązania prawnego regulującego sytuację, istniejące schroniska nie mają możliwości stworzenia izolatek – mówi Agnieszka Jarzębska z zespołu prawa pracy i zabezpieczenia społecznego w biurze RPO.

Fikcja prawna?

Dr Monika Madalińska, pulmonolog, od lat jako wolontariuszka leczy bezdomnych. Ostatnio wrócił do niej dawny pacjent, by się pochwalić, że jest bakteriologicznie czysty. – Ale to rzadkość – mówi dr Madalińska. – Bo to pacjenci szczególni. Nie znoszą reżimu szpitalnego, dlatego często nie kończą leczenia. Gdy tylko nadarzy się okazja, wychodzą i ruszają w Polskę. Tymczasem gruźlica niewyleczona do końca wraca, często w leko opornej postaci.
Ustawa o zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi precyzuje, że obowiązkowej hospitalizacji podlegają osoby chore na gruźlicę w okresie prątkowania oraz osoby z uzasadnionym podejrzeniem o prątkowanie.
– W przypadku bezdomnych to fikcja – mówi dr Madalińska. Jak, jej zdaniem, walczyć z problemem? Gruźlica rozwija się wśród osób wyczerpanych, zaniedbanych. Nie ma innego wyjścia, jak zapewnić im łóżko, dostęp do łazienki, wyżywienie, pomoc medyczną.
Tymczasem miejsc w schroniskach z usługami opiekuńczymi w stosunku do potrzeb jest za mało.