Poseł Marek Opioła startował w eurowyborach z dziesiątego miejsca na Mazowszu z listy Prawa i Sprawiedliwości. Nie miał żadnych szans na mandat. Co mógł jednak zyskać? Zwiększenie rozpoznawalności przed batalią, z punktu widzenia polskiej polityki znacznie bardziej istotną – jesiennymi wyborami do parlamentu. Tymczasem został politycznie „zabity” i ma zostać odwołany z funkcji przewodniczącego sejmowej komisji ds. służb specjalnych.
Wszystko dlatego, że wykorzystał w swoim spocie wyborczym policyjny śmigłowiec Black Hawk. Na jego tle przybija piątki z policyjnymi antyterrorystami. – Kilkunastosekundowe ujęcie było sytuacją statyczną i zainscenizowaną, natomiast obrazowało realne działania, które jako przewodniczący komisji ds. służb specjalnych realizowałem w ostatnich czterech latach, takie jak np.: projekt „Granica”, polegający na wizytacji przez komisję wszystkich odcinków granicy Polski, czy wizytacje komisji w Afganistanie, Iraku, Bośni i Hercegowinie czy w Kosowie – wyjaśniał w swoim oświadczeniu polityk. I spotu przestał używać.
Policja pokazała w mediach społecznościowych pismo, w którym Opioła zwraca się z prośbą o udostępnienie śmigłowca i wyjaśnia, że „materiał będzie wykorzystany w mojej bieżącej pracy przewodniczącego komisji do spraw służb specjalnych”. Głupio wyszło. I tego nie da się usprawiedliwić – polityk nie powinien tak robić i basta. Najwyraźniej u samego posła i w jego otoczeniu zabrakło krytycznego myślenia.
Dla mnie jednak znacznie ciekawszy był ostry list, który osiem dni po publikacji spotu napisał komendant główny policji, a oficjalny profil policji go udostępnił. Stało się to tuż po tym, gdy kwestia śmigłowca w spocie stawała się coraz głośniejsza. Oto jego fragment: „W piśmie (Opioły – przyp. red.) nie było mowy o angażowaniu Policji do celów kampanii wyborczej, co jest w mojej ocenie niedopuszczalne. (…) Apolityczność Policji to jeden z fundamentów funkcjonowania podległej mi służby. Nieangażowanie się policjantów w jakąkolwiek działalność polityczną, a także realizowanie zadań niezależnie od tego, co działo się i dzieje na polskiej scenie politycznej, to zasady bardzo skrupulatnie przestrzegane przez policjantów. (…) Mając na uwadze powyższe, czuję się oszukany i zbulwersowany tą sytuacją”.
Jestem z natury sceptyczny, trudno mi więc uwierzyć, że po tygodniu komendant policji odnalazł w swoim ciele twardy kręgosłup i postanowił postawić się politykom obozu rządzącego. Tym bardziej że – mówiąc wprost – na tak wysokich stanowiskach mundurowi też już są w pewnym sensie politykami. Mając pamięć sięgającą nieco dalej niż ostatni odcinek „Gry o tron”, przypominam sobie sytuację, jak policjanci z Białegostoku cięli kartoniki na konfetti, by przygotować imprezę, na której brylował wiceminister administracji Jarosław Zieliński. Wtedy na twórczość epistolarną komendanta głównego policji Jarosława Szymczyka się nie natknąłem. Nie czytałem też jego listów, gdy zaledwie dwa tygodnie temu minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński policyjnym śmigłowcem lądował na boisku sportowym, na którym akurat piłkę kopali młodzi następcy Lewandowskiego.
Naiwnym ten, który wierzy, że nagle kierownictwo policji postanowiło się odciąć od polityki. Można wręcz zaryzykować tezę, że jest dokładnie odwrotnie. Są tacy, którzy wierzą, że komendant list napisał z wyraźniej inspiracji ministra Brudzińskiego. Motywacje były zapewne dwie. Pierwsza, że na finiszu kampanii wyborczej trzeba było szybko przeciąć nabrzmiewający medialnie skandalik wykorzystania śmigłowca do spotu. Druga, że Brudziński mandat europarlamentarzysty na pewno zdobędzie, a Opioła był na giełdzie kandydatów, by go zastąpić. Teraz już go nie ma. A Brudzińskiego być może zastąpi jeden z jego faworytów.
Rozbawiły mnie więc komentarze o tym, że policja to taka charakterna, inaczej niż wojskowi. To nieprawda. Do kampanii wyborczej, w większości wbrew swojej woli, zostali wplecieni i jedni, i drudzy. Z tym że Wojsko Polskie ze znacznie większym rozmachem. Najbardziej jaskrawym przykładem jest zorganizowana trzy tygodnie temu defilada wyborcza. Ale dobrze to obrazują kolejne ogłoszenia ministra obrony Mariusza Błaszczaka – w swoim rodzinnym Legionowie stworzy wojskowy szpital, a w Nowym Sączu odtworzy garnizon, bo mieszkańcy regionu napisali petycję. A to wszystko w miesiącu wyborczym.
Powiedzmy sobie jasno – politycy będący u władzy zawsze wykorzystują aparat państwa, żeby się nieco podlansować i zyskać punkty u wyborców. I tak było też, choć jednak w mniejszej skali, przed 2015 r. Dlaczego więc to Opioła ponosi konsekwencje, a nie Brudziński czy Błaszczak? Odpowiedź jest prosta. Pozycja tego pierwszego jest w partii znacznie słabsza. Na dodatek ośmiela się on mieć czasem własne zdanie i pomysły PiS krytykować.
Mechanizm rytualnego zabijania kozła ofiarnego znany jest w wielu kulturach i stosowany od tysięcy lat. I teraz w jego rolę wcielił się poseł, który jest rzeczowy, kompetentny w swoim obszarze działania i potrafiący na pomysły swojego obozu spojrzeć z dystansem. Popełnił polityczny błąd, a tuż przed wyborami w partii nie ma zmiłuj. No chyba, że niczym jeden z bohaterów „Gry o tron”, Jon Snow, dostanie drugie życie (polityczne). Decyzja nie zostanie jednak podjęta w krainie baśni, czarów i smoków. No chyba, że Nowogrodzką nagle przeniesiono.