Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz stwierdził, że „Francja jest chorym człowiekiem Europy, ciągnie Europę w dół”. To, że jest to wypowiedź mało dyplomatyczna, jest oczywistością. Warto przy okazji zadać sobie jednak kilka pytań. Po pierwsze: czy to, co powiedział szef naszej dyplomacji, jest prawdą? Po drugie: nawet jeśli tak jest w istocie – czy należy coś takiego publicznie mówić? Po trzecie – skoro Polska jest krytykowana, czy aby nie mamy prawa odpłacić pięknym za nadobne? I wreszcie czemu minister takie słowa wypowiedział?
Ostatnie pytanie jest najprostsze. Minister Czaputowicz, którego nominację Jarosław Kaczyński określił kiedyś mianem „pewnego eksperymentu”, ma bardzo słabą pozycję w rządzie. Co gorsza, nie próbował o nią nawet walczyć. Po słowach prezesa PiS powinien był albo publiczne zareagować, albo podjąć próbę zbudowania swojej pozycji. Ani jednego, ani drugiego nie zrobił. W efekcie szef dyplomacji nie kontroluje nawet własnego ministerstwa. Żadnego z ambasadorów, którzy zasłynęli z zachowań wprost szkodliwych czy też „jedynie” nieodpowiedzialnych, nie spotkała najmniejsza reprymenda. Świetnie ma się ambasador, który sfinansował z budżetu placówki antyislamską konferencję w kraju, którego minister spraw wewnętrznych, wiceszef dyplomacji oraz burmistrz stolicy są muzułmanami. Podobnie z ambasadorami w kilku ważnych stolicach europejskich, którzy mają wszelkie „dobrozmianowe” zalety poza umiejętnością zbudowania dobrych relacji z elitą władzy kraju, w którym pracują.
Wiceministrami zostają ludzie bez żadnego stażu w dyplomacji. Albo ze stażem, po którym w USA, Niemczech, Wielkiej Brytanii albo Rosji można zostać co najwyżej naczelnikiem wydziału.
Przy tym stanowiska wiceministra pełnione są krótko tylko po to, by mieć punkt w CV przed wyjazdem na stanowisko ambasadora. Podobnie jest skądinąd z kolejnymi dyrektorami generalnymi MSZ. Obecny zamiast reformy zdoła jedynie – 30 lat po upadku komunizmu – „zdekomunizować” MSZ, zanim wyjedzie na stanowisko ambasadora na południu Europy. Z punktu widzenia władz PiS wszystko to jednak w połączeniu z twardym odgrażaniem się „zgniłemu Zachodowi” zapewne uczyni z szefa dyplomacji coś więcej niż krótkotrwały eksperyment.
Problem polega na tym, że minister Czaputowicz jest szefem dyplomacji nie po to, by budować swoją antykomunistyczną wiarygodność w oczach prezesa PiS, ale po to, by budować silną pozycję Polski w Europie. Słowa o Francji to dowód, że te dwa cele są niestety sprzeczne. Nawet jeśli bowiem uznać, że Francja w istocie jest krajem w kłopotach, to nadal publiczne mówienie o tym przez szefa dyplomacji jest zupełnie pozbawione sensu. Szczególnie że ostatnio Paryż wysłał do Warszawy sygnały o chęci dialogu. Obrońcy ministra Czaputowicza o tym jednak nie wiedzą. Za to podnoszą argument, że w przeszłości politykom francuskim zdarzały się wypowiedzi mało dyplomatyczne. To prawda. Stanowisko Paryża w sprawach takich jak dyrektywa o pracownikach delegowanych jest niczym innym niż protekcjonizmem i wyrazem tego, że Francja nie radzi sobie w walce konkurencyjnej z Polską.
Jeden z byłych prezydentów Jacques Chirac będzie na długo zapamiętany w Warszawie za słowa o tym, że Polska „straciła okazję, by milczeć”, co było aroganckie i obraźliwe. Skądinąd od dnia, w którym słowa te padły, minęło prawie 20 lat, a były one pierwszymi, które przyszły mi na myśl, gdy zaczynałem pisać ten tekst. Słowa obraźliwe zapadają bowiem w pamięć. Szkoda, że zapomniał o tym nasz minister. Zadaniem szefów dyplomacji jest budowa dobrych lub naprawianie złych relacji, a nie ich psucie.
Francję można i być może nawet należy krytykować. Nie po to jednak, by sobie ulżyć, ale po to, by zmieniła swoje stanowisko lub przynajmniej je zmodyfikowała, albo po to, by ją osłabić i stępić ostrze jej polityki tam, gdzie jest ona dla nas niekorzystna. Nazwanie Francji „chorym człowiekiem Europy” nie pełni żadnej z tych funkcji.
W wypowiedzi ministra Czaputowicza nie mniej od wysoce niestosownej formy zadziwiająca jest również treść. Oto polityk polskiej prawicy, która jeszcze rok temu epatowała swoich zwolenników filmami z podparyskich przedmieść – pokazując zbyt słabą reakcję sił porządkowych na zamieszki i masowe podpalenia samochodów – jako dowód upadku Francji, dziś potępia Paryż za reakcję stanowczą. Same protesty „żółtych kamizelek” są oczywiście znaczące, ale ani nie doszło do strajku generalnego, ani też państwo nie chyli się ku upadkowi. Póki co to Francja, a nie Polska jest mocarstwem nuklearnym, to Paryż, a nie Warszawa, jest zdolny do prowadzenia wojen, podczas gdy nasza armia ledwie daje sobie radę z manewrami. To Francja, a nie Polska nadaje ton debacie europejskiej, i to Pałac Elizejski, a nie nasze władze są tymi, które rozmawiają z Berlinem o przyszłości kontynentu, a z Rosją o przyszłości Ukrainy. I wreszcie na koniec to dla nas, a nie dla Paryża kluczowe przy okazji brexitu były prawa obywateli państw UE mieszkających w Wielkiej Brytanii, bo to z Polski, a nie z Francji ludzie z biedy uciekają za pracą do Londynu. Tego nie jest jednak w stanie zrozumieć polska prawica, dla której walka z gender i chęć, jak to ujął premier Morawiecki, „rechrystianizowania Europy” są ważniejsze od tego, co realne, konkretne i wymierne. Z drugiej strony trudno się dziwić oderwaniu od rzeczywistości w polityce zagranicznej, skoro w samym MSZ, które od lata wymaga gruntownej sanacji, jedyną „reformą” ma być jego „zdekomunizowanie”.