I co teraz? Po tygodniu zamieszania aż kusi, by poddać się nastrojowi grozy. Impulsywność i ignorancja prezydenta USA, lekceważenie przez niego sojuszników i podlizywanie się przeciwnikom wywołało w Waszyngtonie burzę na skalę niespotykaną od czasów afery Watergate.
GazetaPrawna.pl
Po tajemniczym spotkaniu sam na sam prezydentów Trumpa i Putina na swoistej liście Amerykanów, z którymi Rosjanie są skłonni rozmawiać, znalazł się były ambasador USA w Moskwie Michael McFaul. Przyjęto nowy plan pokojowy, ale mówią o nim tylko Rosjanie. Trump od niechcenia zauważa, że nie podoba mu się pomysł wysyłania amerykańskich wojsk do obrony sojusznika z NATO – Czarnogóry. Artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego sypie się w oczach.
Nie dziwi więc, że w amerykańskiej administracji nasila się rozłam. John Kelly, szef personelu Białego Domu, wezwał wpływowych republikanów z prezydenckiej administracji do wywarcia presji na prezydenta. Główny amerykański specjalista ds. wywiadu Dan Coats wydał bezprecedensowe oświadczenie, w którym wyraził intencję mówienia rządzącym całej prawdy przez środowisko wywiadowcze. Nawet sojusznicy prezydenta z Fox News publicznie go krytykują, a krytycy otwarcie mówią o zdradzie. Tymczasem dochodzenie Roberta Muellera trwa bez względu na wszystko i postępuje zaskakująco szybko, obnażając skalę wpływów Rosji (teraz w wyniku zadziwiającej wolty niechętnie uznawanych przez samego Donalda Trumpa). Weźcie popcorn, usiądźcie wygodnie i oglądajcie największy horror polityczny wszech czasów.
Reklama
Kuszące jest, by skoncentrować się na pozytywach. Przecież Donald Trump w wielu kwestiach ma rację. Wydatki sojuszników z NATO są stanowczo zbyt małe. Podejście Niemiec do bezpieczeństwa energetycznego bez wątpienia jest szokująco złe. Berlin jest przesiąknięty rosyjskimi wpływami w o wiele większym stopniu, niż wielu chciałoby przyznać. Niemcy również mają zbyt duży eksport i zbyt małą konsumpcję, przez co destabilizują europejską gospodarkę. Porozumienie w sprawie Iranu ma wiele wad i woła o rewizję. Owszem, Trump jest w tych sprawach nieprzyjemnie szorstki, ale poprzednie administracje próbowały grzeczności i niczego nie osiągnęły.

Reklama
Co więcej, jakiekolwiek byłyby osobiste wady i słabości amerykańskiego prezydenta, system rządów w USA działa dobrze. Im więcej błędów popełnia głowa państwa, tym mocniej działają mechanizmy korygujące. Wpływowych ludzi jest sporo – to nie tylko gen. Kelly w Białym Domu, jest również James Mattis w Pentagonie i Wess Mitchell w Departamencie Stanu. Przy wszystkich wybrykach Trumpa Helsinki nie były drugą Jałtą. Poprzednie administracje również robiły złe rzeczy (wystarczy przypomnieć zaproponowaną przez Baracka Obamę politykę resetu w relacjach z Rosją). Przeżyliśmy to. Przeżyjemy i tym razem. Kongres utrzyma sankcje. Uczestnicy szczytu NATO wydali rozsądne oświadczenie. Obecność militarna USA w Europie wzmacnia się. Wspólne wydatki na obronę rosną. Dlatego „keep calm and carry on” – zachowajcie spokój i róbcie swoje.
Oba te podejścia są złe. Bierność i pobożne życzenia w czasach kryzysu są równie niebezpieczne. Władimira Putina rozzuchwali dyplomatyczny detoks zafundowany przez Donalda Trumpa. Amerykański prezydent poświęcił w Helsinkach swój własny prestiż dla utrzymania przyjaznych stosunków z kleptokratą z Kremla. To nie pozwoli mu skutecznie zareagować na kolejny eksces Rosji, którym mogą być na przykład działania na Ukrainie, otrzymującej szokująco słabe wsparcie dyplomatyczne. Albo działania na Bałkanach Zachodnich (zwłaszcza po niefortunnej wypowiedzi Trumpa na temat Czarnogóry). Albo na Białorusi, w państwie, którym Zachód niespecjalnie się przejmuje i którego nie będzie chciał bronić. Coś paskudnego na pewno się wydarzy i wydarzy się niedługo.
Nie powinniśmy również uważać, że pojawienie się miliardera w polityce międzynarodowej jest odchyleniem od normy. Prowadzona przez Amerykanów polityka zagraniczna była zaburzona na długo przed tym, zanim Trump został prezydentem. Te problemy nie zniknęły. Biorąc pod uwagę izolacjonizm i urazę względem świata, eksploatowane i podsycane przez Donalda Trumpa w USA, może się okazać, że będziemy mieli z nim do czynienia jeszcze nie przez kolejne dwa lata, tylko przez sześć.
Co gorsza, jego następca, ktokolwiek to będzie, może być w równym stopniu obojętny wobec wad i zalet Pax Americana. Powtarzane przez Trumpa sentencje w stylu „czasem naszym najgorszym wrogiem jest tak zwany przyjaciel lub sojusznik” wywołały zatrważający spadek poparcia dla NATO w partii republikanów, która obecnie jest podzielona na pół w kwestii pozostania lub wyjścia z Sojuszu. Coś, co dotychczas uważano za niepodważalny konsensus amerykańskiej polityki, zaczyna pękać. Nierozważnie byłoby liczyć na to, że ten konsensus zostanie szybko odbudowany, jeśli w ogóle się to uda.
Nieprzyjemny wniosek, który nieuchronnie się nasuwa, jest następujący: mimo szumnych deklaracji Donalda Trumpa na temat handlu w przewidywalnej przyszłości USA nie staną się przeciwnikiem obecnych sojuszników w Europie, Azji czy gdziekolwiek na świecie. Jednak Ameryka nie jest już niekwestionowanym hegemonem na Zachodzie. Przywództwo polega na wiarygodności, a prezydent Trump ją zniszczył. Po raz pierwszy od stworzenia 70 lat temu mostu powietrznego z Berlinem Zachodnim europejscy alianci nie mogą liczyć na Stany Zjednoczone.
Całkowity rozpad nie jest jednak nieunikniony. Wielka Brytania i inne państwa europejskie muszą teraz podjąć walkę o uratowanie transatlantyckiego sojuszu, używając wszelkich możliwych środków do ugłaskania prezydenta i wzmocnienia poparcia dla NATO ze strony Kongresu, innych filarów amerykańskiego systemu i opinii publicznej. Nie wszystko stracone, tę bitwę jeszcze można wygrać. Ale porażka jest możliwa i dlatego musimy się przygotować na kosztowne i ryzykowne nowe czasy zapewniania bezpieczeństwa w warunkach postatlantyckich.
Amerykański prezydent poświęcił w Helsinkach swój własny prestiż dla utrzymania przyjaznych stosunków z kleptokratą z Kremla. To nie pozwoli mu skutecznie zareagować na kolejny eksces Rosji, którym mogą być na przykład działania na Ukrainie, otrzymującej szokująco słabe wsparcie dyplomatyczne
Żeby ocenić przyszłość, wystarczy spojrzeć na ostatnie tendencje. Granice istniejących struktur rozmywają się. Kiedyś NATO i Unia Europejska ledwo ze sobą rozmawiały. Teraz współpraca prężnie się rozwija. Szwecja i Finlandia, choć nie są członkami Paktu, coraz bardziej zbliżają się do niego. Współpraca militarna Zachodu z Ukrainą jest o wiele mocniejsza niż się wydaje, w znacznej mierze dzięki zdobytemu krwią cennemu doświadczeniu Kijowa w walce z konwencjonalną i hybrydową agresją ze strony Rosji. Wielka Brytania i Francja stworzyły własne inicjatywy militarne dla umożliwienia szybkiej i elastycznej dyslokacji wojsk; do 2020 roku ma powstać kolejny brytyjsko-francuski korpus ekspedycyjny. Szwecja i Finlandia zaczęły bezprecedensową dwustronną współpracę wojskową i wymianę danych wywiadowczych. Inne państwa również podejmują kroki ku współpracy i współdzieleniu skromnych istniejących środków.
Postęp jest powolny, ale tabu są szybko łamane. Przez dziesięciolecia wojowniczy zwolennicy Sojuszu, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, sprzeciwiali się wszelkim niezależnym europejskim inicjatywom obronnym, uważając je za spisek (zwykle kierowany przez Francję) przeciwko NATO. Teraz te inicjatywy są powstrzymywane wyłącznie przez Turcję, która sprzeciwia się wszelkiej współpracy pomiędzy NATO a Unią Europejską dlatego, że to wymaga udziału rządu Cypru. W rzeczy samej, im bardziej autokratyczny reżim Turcji spycha ją na margines dyplomatyczny, tym bardziej kwitnie kooperacja na linii NATO–UE.
Atutem nowych rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa jest ich szybkość i elastyczność. Nowe koalicje łączą państwa postrzegające zagrożenia w podobny sposób. Sojusznicy mogą liczyć na to, że będą je likwidować błyskawicznie i skutecznie. To wielka różnica względem wymagającej udziału 29 państw i przez to ociężałej natowskiej struktury (w której częste są weta i zwlekanie z decyzją ze strony krnąbrnych lub niezdecydowanych członków).
Można pójść znacząco dalej. Europejska współpraca nie musi bazować tylko na państwach. Od kilku lat działam na rzecz stworzenia Legionu Europejskiego. On mógłby przyciągnąć chętnych do walki rekrutów z krajów, w których nie istnieją możliwości kariery militarnej, takich jak Austria, Irlandia lub Portugalia. Można również przyjmować zgłaszających się uchodźców i imigrantów ekonomicznych. Nagrodą po jakimś okresie służby może być nadanie obywatelstwa. Dowództwo i organizację można powierzyć Francji, która już ma Legię Cudzoziemską. Inne państwa mogą partycypować w kosztach. Będziemy potrzebowali znacznie więcej podobnych inicjatyw obronnych. Część może być organizowana z udziałem USA, część bez Amerykanów. Niektóre z tych sojuszy będą luźne, inne, jak te dotyczące walki przeciwko terroryzmowi, będą bardzo ścisłe. Wymiana danych wywiadowczych również powinna mieć miejsce, choć dziwne relacje Trumpa z Rosją mogą być powodem do niepokoju: sojusznicy przestają mieć ochotę na to, by zdobywane przez nich z trudem informacje pojawiały się w codziennym przeglądzie wywiadowczym przedstawianym prezydentowi USA. Boją się o dalsze losy przekazywanych danych.
Trzeba przyznać, że wszystkie istniejące lub planowane europejskie inicjatywy obronne są słabe pod względem militarnym. Plany awaryjne NATO przewidują przerzucenie do Europy amerykańskiego ciężkiego sprzętu i innych sił dla obrony lub wyzwolenia w przypadku agresji ze strony Rosji. Kulejąca logistyka i polityczna niepewność podważają wiarygodność tych założeń, ale żadne z europejskich państw nie ma, i w najbliższej przyszłości nie będzie miało, wystarczającej siły militarnej, która mogłaby zastąpić amerykańską siłę uderzenia i zdolność manewru.
Powodem do niepokoju jest również broń jądrowa. USA i Rosja to nuklearne supermocarstwa. Wielka Brytania i Francja nimi nie są. Bez amerykańskich rakiet szale terroru atomowego przechylają się na stronę Kremla. Oba te problemy można rozwiązać, ale wyłącznie kosztem zwiększenia wydatków na obronę. Nie chodzi nawet o to, by wydawać więcej, ale by wydawać lepiej. Europa ma czterokrotnie większy budżet obronny niż Rosja (nawet jeśli weźmie się pod uwagę większą efektywność wydawanych przez Rosję środków). My jednak wydajemy nie na to co trzeba – na budynki i pensje, zamiast na skuteczną broń i logistykę.
Jednak obrona terytorialna – i mroczne wizje powrotu zimnowojennej równowagi strachu – to tylko jedno z zagadnień związanych z bezpieczeństwem w XXI w. Broń jądrowa nie jest skuteczną odpowiedzią na bogaty rosyjski arsenał do prowadzenia wojny hybrydowej. Nawet niepełny przegląd jej możliwości wskazuje na możliwości stosowania celowanej korupcji, cyberataków, dyplomatycznej strategii dziel i rządź, rozgrywania gospodarczych, etnicznych, językowych, regionalnych, religijnych, społecznych i innych podziałów, stosowania sankcji gospodarczych w postaci ograniczania importu, eksportu i tranzytu, eksploatacji zasobów energetycznych, wywoływania paniki na rynkach finansowych, wykorzystywania historii dla podważenia reputacji wybranego państwa i ukrywania zbrodni Kremla, prowadzenia tajnych operacji wywiadowczych – w postaci ataków hakerskich czy stymulowania przecieków, prowadzenia wojny prawnej – poprzez nadużywanie lokalnych i międzynarodowych procedur prawnych (np. stosowanie międzynarodowych nakazów aresztowania wobec krytyków, prowadzenie oszczerczych i dokuczliwych spraw sądowych), stosowania wojskowego blefu i wymachiwania szabelką, prowadzenia wojny w sposób konwencjonalny i niekonwencjonalny, posługiwania się przestępczością zorganizowaną do demoralizowania i zastraszania, otwartego i ukrytego opłacania zwolenników w partiach politycznych, think tankach, mediach i instytucjach akademickich, zastraszania (fizycznego i poprzez ataki cyfrowe) oponentów i krytyków, wykorzystywania uczuć religijnych, zwłaszcza wśród młodzieży prawosławnej, do podejmowania przez nią konkretnych działań, dopuszczania się sabotażu i wandalizmu, obalania norm społecznych, zaufania publicznego i instytucji państwowych, popierania przemocy i zachowań antyspołecznych.
Sprawy jeszcze bardziej komplikuje to, że te narzędzia nie są wykorzystywane w sposób statyczny czy liniowy. Rosyjski wywiad nie jest głupi. On wymyśla nowe podejścia, kombinacje i sekwencje stosowanych metod, zmieniając je w zależności od tego, co działa, a co nie. Wydaje się nam, że przyglądamy się pewnemu obrazowi. Przeciwnik tymczasem wciąż pisze scenariusz.
Walka z tym zagrożeniem wymaga radykalnej zmiany nastawienia rządzących i społeczeństwa oraz rewizji tradycyjnego myślenia o kontrwywiadzie, odpowiedzialności karnej, nadzorze finansowym, bezpieczeństwie w sieci i regulacjach dotyczących środków masowego przekazu. Przebudowy wyświechtanej koncepcji bezpieczeństwa. W szczególności nowe zagrożenia wymagają pobudzenia współpracy transgranicznej. Coś, co w jednym państwie zdaje się mało istotnym procederem prania pieniędzy, dla drugiego może okazać się poważnym zagrożeniem.
Potrzebujemy nowego sposobu myślenia. Słabość człowieka polega na tym, że łatwiej nam przyglądać się problemowi, niż go rozwiązywać. Łatwiej skupić się na tych zagrożeniach, które widać, niż tych, które pozostają dla nas niewidoczne. Łatwiej wykorzystywać narzędzia, które mamy pod ręką, niż te, których rzeczywiście potrzebujemy. W szczególności nadmiernie skupiamy się na dającej się stosunkowo łatwo dostrzec kremlowskiej propagandzie, zwłaszcza prowadzonej po angielsku lub w innych zachodnioeuropejskich językach. Tymczasem wojna informacyjna – rozpowszechnianie fake newsów, wykorzystywanie trolli i botów – to tylko jedna z broni w opisanym wyżej arsenale.
Wielu na Zachodzie trzyma się irytującego przekonania, że to dość świeży problem. Nieprawda. Wszystkie opisane wyżej narzędzia stosowane dziś przez Rosję były wypróbowane w różnych państwach świata lata temu, w wielu przypadkach już na początku lat 90. Mieszkańcy tych państw – Estonii, Łotwy, Litwy, krajów Europy Środkowej, Gruzji, Ukrainy i innych – usiłowali zaalarmować swych sprzymierzeńców, jednak bezskutecznie. Wszechwiedzący w krajach starego Zachodu nie słuchali, twierdząc, że rozumieją Rosję znacznie lepiej niż kraje kiedyś podporządkowane Moskwie.
Arogancja dużo nas kosztowała, a dziś jest wyjątkowo niebezpieczna. Operacje polegające na wywieraniu wpływu mogą być bardziej zgubne niż regularna wojna. Jeśli okażą się skuteczne, odpowiedź militarna będzie bezcelowa. Słaba rosyjska armia może wygrać wojnę tylko z najbliższymi sąsiadami. Jednak gdy idzie o sianie zamętu, Rosja ma na liście zwycięstw Berlin, Bratysławę, Budapeszt, Londyn, Pragę, Rzym i Waszyngton.
Odpowiedź na zagrożenie będzie kosztowna i trudna, będzie także oznaczała bolesne kompromisy. Zjednoczona Europa jest o wiele bogatsza i silniejsza niż Rosja. Problem w tym, że nie jesteśmy zjednoczeni. Przydałoby się amerykańskie przywództwo, ale będziemy musieli obejść się bez niego. Wyzwania ze strony Rosji (a wkrótce także Chin) są coraz większe. Rosną w tym samym tempie, w którym topnieją zaufanie i polityczna spójność. Nasze przepychanki na temat brexitu, imigracji i innych drugorzędnych problemów coraz bardziej brzmią jak przedśmiertne rzężenie.