Karol Wasilewski, Centrum Inicjatyw Międzynarodowych / Dziennik Gazeta Prawna
Tureccy politycy robią wiele, aby nikt nie miał wątpliwości, że zdecydowali się na zakup systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej od Moskwy. „Wariują, bo zawarliśmy porozumienie na S-400. Co mieliśmy zrobić? Czekać na was? Potrafimy o siebie zadbać!” – tak prezydent Recep Tayyip Erdogan komentował zaniepokojenie natowskich sojuszników wrześniową decyzją o nabyciu przez jego kraj systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej od Rosji.
Erdogan oznajmił też, że porozumienie w tej sprawie zostało już podpisane, i dodał, że „według jego wiedzy” zaliczka została wpłacona. To ostatnie sformułowanie wprawiło w konsternację część tureckich analityków i dziennikarzy. Prezydent bowiem nie zwykł używać słów, które mogą sugerować, że nie sprawuje pełnej kontroli nad tak ważnymi procesami. Rzecz jasna nie zwykł tego robić, jeśli za jego deklaracjami nie ukrywał się jakiś głębszy cel.
Przekonanie o ukrytym motywie Erdogana wzmocniły okoliczności, w jakich padło interesujące sformułowanie. Głowa państwa wypowiedziała je w rozmowie z dziennikarzami na pokładzie prezydenckiego samolotu w trakcie podróży powrotnej z Kazachstanu. W tych minikonferencjach prasowych uczestniczą tylko ci dziennikarze, których prezydent darzy zaufaniem. Ma zatem pełną kontrolę nad przekazem i może być pewien, że jego słowa zostaną oddane dokładnie tak, jak sobie tego zażyczy. Recep Tayyip Erdogan wielokrotnie wykorzystywał tę formułę do wpływania na dyskurs publiczny.
Chyba najbardziej znanym tego przykładem jest działalność dziennikarska Abdulkadira Selviego z gazety „Hürriyet”. Dzięki częstym podróżom prezydenckim samolotem wyrobił sobie opinię człowieka, który wie, co się dzieje w kręgach władzy, i nie wzbrania się przed uchylaniem rąbka ich tajemnic. I choć często myli się w prognozach, czym wzbudza wątpliwości części czytelników, dla obozu rządzącego odgrywa bardzo pożyteczną rolę. To m.in. on zapewnia w swoich tekstach, że władze ciągle pamiętają o konieczności rozwiązania problemu kurdyjskiego i przystąpią do tego, gdy tylko okoliczności będą bardziej sprzyjające. Utrzymywanie takiego przekonania ma duże znaczenie dla aktualnej strategii politycznej prezydenta Erdogana, która zakłada nie lada akrobację polityczną – jednoczesne pozyskiwanie głosów wyborców nacjonalistycznych i części kurdyjskich.
Wyobraźnię tureckich komentatorów rozpaliły też inne okoliczności. W tygodniu, który poprzedzał deklarację prezydenta o wpłaconej zaliczce za S-400, doszło do serii niesprzyjających dla relacji turecko-amerykańskich wydarzeń. Władze w Ankarze jeszcze nie zdążyły okrzepnąć po nowych zarzutach dla ochroniarzy Erdogana, którzy w trakcie jego majowej wizyty w USA pobili kilkunastu protestujących, a już musiały zmierzyć się z nie mniej poważnym problemem.
7 września 2017 r. okazało się, że jednym z oskarżonych w amerykańskim śledztwie, które dotyczy pomagania Iranowi w omijaniu sankcji związanych z programem nuklearnym, jest Zafer Çaglayan – turecki minister gospodarki w latach 2011–2013. Obok niego na ławie oskarżonych ma również zasiąść paru menedżerów państwowego banku Halkbank. Ta sprawa od dawna wywołuje zaniepokojenie tureckich polityków i jest przedmiotem napięć w relacjach między Ankarą a Waszyngtonem.
Wszystko dlatego, że bohaterem afery jest przebywający w amerykańskim więzieniu od marca 2016 r. Reza Zarrab, turecki biznesmen irańskiego pochodzenia. Ten sam przedsiębiorca był głównym podejrzanym w skandalu korupcyjnym, który wstrząsnął turecką polityką pod koniec 2013 r. Nic zatem dziwnego, że Recep Tayyip Erdogan od dawna próbuje doprowadzić do uwolnienia go, raz po raz apelując o to w rozmowach z amerykańskimi partnerami.
Jakby tego było mało, w tym samym dniu, gdy akt oskarżenia poszerzył się o nazwisko Çaglayana, Amerykanie ponownie przypomnieli Turkom o zachowaniu ochroniarzy prezydenta Erdogana. Jedna z senackich komisji zaproponowała zakaz sprzedaży przez Amerykanów broni służbom, które chronią tureckiego prezydenta. Od maja wielu kongresmenów apelowało o zajęcie stanowczego stanowiska wobec afery, wątpliwe więc, aby propozycja została odrzucona.
W takich okolicznościach doszło do rozmowy telefonicznej między Donaldem Trumpem a Recepem Tayyipem Erdoganem. Biorąc pod uwagę to, że oświadczenie Białego Domu po tych konsultacjach zmieściłoby się w jednym tweecie, trudno uznać, że rozmowa była przełomowa. Niedługo później turecki prezydent mówił o wpłaconej zaliczce na S-400, a część dziennikarzy zaczęła się zastanawiać, czy te słowa nie są zawoalowanym ostrzeżeniem dla Stanów Zjednoczonych.
Tureckie władze robią wiele, aby nikt nie miał wątpliwości, że zdecydowały się na zakup systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej od Rosji. Częstotliwość zapewnień – ostatnie słyszeliśmy pod koniec listopada – że Turcja nabędzie S-400, wprost zmusza do doszukiwania się w sprawie drugiego dna. Być może w ten sposób Turcy chcą skłonić zachodnie firmy, które również brały udział w przetargu, do złożenia bardziej konkurencyjnych ofert. Niewykluczone również, że ma to służyć zyskaniu przychylności Rosji dla tureckich planów wobec południowo-zachodniej Syrii.
Może to być także po prostu gra na użytek wewnętrzny, której celem jest przedstawienie Turcji jako niezależnego aktora, nieprzejmującego się obawami sojuszników z NATO i ograniczeniami przez nich narzucanymi. Najmniej prawdopodobna wydaje się, jak to zwykle w polityce bywa, opcja oficjalna. Zbyt wiele bowiem wskazuje na to, że do finalizacji umowy między Turcją a Rosją jeszcze daleka droga. Można się jednak spodziewać, że tak długo jak Ankara będzie na sprawie chciała ugrać coś poza zakupem systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, tak długo będziemy słyszeć zapewnienia, że umowa z Rosjanami została dopięta.