Dziennik Gazeta Prawna
Mamy za to nowego premiera i spodziewamy się wymiany niektórych ministrów. Jedno i drugie oznacza pewne – okaże się jeszcze, niekoniecznie szybko, czy i jak znaczące – wewnętrzne przegrupowanie w obozie rządzącym. Ale bez wyrzekania się przezeń jakichkolwiek ważnych celów politycznych i chyba bez istotnej zmiany priorytetów. Innymi słowy, choć wszelkim tego typu roszadom towarzyszą wielkie emocje polityków, współdzielone także przez opinię publiczną i podsycane przez media, to projekt polityczny PiS pozostaje nienaruszony. Role wśród członków załogi statku się zmieniają (zobaczymy jeszcze, jak bardzo), zwłaszcza wśród oficerów – przy czym nowy jest pierwszy oficer, a nie kapitan – ale załoga jest ta sama, kierunek rejsu także. Może sposób nawigacji będzie trochę inny.
To wszystko nie oznacza też jednak, że zmiana jest całkiem błaha. Nie podejmuję się analizy, czy i jak rekonstrukcja Rady Ministrów wpłynie – zwłaszcza w dłuższym okresie – na układ sił w sprawującej władzę koalicji i pozycję poszczególnych frakcji czy polityków. Zresztą to jest zapewne sprawa otwarta. Będzie to raczej zmienna w czasie funkcja wielu czynników, w tym oczywiście woli prezesa Kaczyńskiego. Jednak jak w każdej zmianie, tak i w tej, którą obserwujemy, należy z nadzieją dopatrywać się szansy.
Mateusz Morawiecki będzie chyba znacznie sprawniejszym premierem (w każdym razie ma ku temu predyspozycje). I znacznie trudniejszym, a przez to i silniejszym, partnerem nawet dla tych członków rządu, którzy mają bardzo mocną pozycję polityczną. Udowodnił już zresztą jako wicepremier, że nie boi się brać władzy i odpowiedzialności, nawet za cenę konfliktów z, wydawałoby się, bardziej wpływowymi od niego. Jego atuty są znane i mogą być rzeczywiście dobrze wykorzystane dla polskiej gospodarki i dla naszej polityki zagranicznej – w granicach, w jakich będzie mógł z nich korzystać. Jego polityczne słabości (jak brak partyjnego zaplecza) nie przeszkodziły mu stać się wiodącą postacią w rządzie, w tym kluczowym decydentem w sferze gospodarczej. Wbrew temu, co mówi opozycja, nie jest – bynajmniej – hochsztaplerem ekonomicznym. Owszem, chętniej powołuje się na Mazzucato niż na adeptów szkoły chicagowskiej i wprost mówi o poważnej roli państwa w gospodarce oraz potrzebie egoistycznego dbania o własne (polskie) interesy ekonomiczne zarówno w kraju, jak i na globalnym rynku, ale to kwestia poglądów (nie wszyscy muszą się z nimi zgadzać), wcale nie radykalnych, a nie szarlatanerii.
Z tego też powodu niedorzeczne jest przypuszczenie, że nowy premier zmodyfikuje z liberalnym zacięciem politykę społeczną rządu. Widać nie był dość uważnie słuchany przez oponentów. Z drugiej strony rozumie biznes. Między innymi dlatego, że do gospodarki, i nie tylko do niej, ma – na szczęście przecież – podejście bardzo racjonalne. Zrozumienie nie oznacza jednak pobłażania. Za majstersztyk, nawet wśród przedsiębiorców, uważa się przyciągnięcie do Ministerstwa Finansów ludzi z rynku, czyli z drugiej strony barykady, którzy znają z autopsji wyrafinowane techniki optymalizacji podatkowej dokonywanej kosztem finansów publicznych. To oczywiście przykład do szerszego naśladowania w administracji.
Z kolei argumentowi, że Strategia na rzecz odpowiedzialnego rozwoju pozostaje w przeważającej mierze na papierze, można przeciwstawić ten, że to z niej wypłynął pomysł – kontrowany dotąd w rządzie – transferu 75 proc. (czyli dziś ok. 130 mld zł) aktywów OFE na prywatne konta Polaków, zamiast ich połknięcia w całości przez ZUS.
Niezależnie od wszystkiego jednak pozycja i ocena Mateusza Morawieckiego jako premiera będą zależeć od tego – jestem przekonany, że także w oczach Jarosława Kaczyńskiego – na ile będzie potrafił w ramach narzuconych przez polityczny projekt PiS-u nie tylko atrakcyjnie nazwać i opisać, ale i zrealizować zamysł modernizacji Polski. Jako szef rządu zyskuje ku temu dodatkowe, poważne narzędzia i, co ważne, bierze też za to odpowiedzialność.