Stawiając pomnik, dowodzimy swojej siły i władzy. Pokonani na własny monument mają szansę tylko wtedy, gdy zwycięzcy łaskawie pozwolą go postawić.
Reklama
Książę Józef Poniatowski przywykł do podróży, więc jeśli miałby się posunąć, żeby zrobić miejsce Lechowi Kaczyńskiemu, to pewnie by nie protestował. W przeciwieństwie do sporej części warszawiaków, których realizacja pomysłu posła PiS Jacka Sasina – by sprzed Pałacu Prezydenckiego usunąć pomnik Poniatowskiego, a zrobić miejsce dla monumentu upamiętniającego Kaczyńskiego – najpewniej doprowadziłaby do białej gorączki. Oczywiście największą wściekłość okazałaby część szczerze niecierpiąca partii rządzącej. Instynktownie wyczuwając, że dzieje się coś ważnego, mogącego kształtować przyszłość.

Reklama
To dlatego po 2010 r. wywodzące się z PO władze Warszawy tak konsekwentnie blokowały wszelkie możliwości postawienia tragicznie zmarłemu prezydentowi pomnika w centrum stolicy. Jego istnienie świadczyłoby o tym, że PiS może jeszcze podnieść głowę. Z kolei po ostatnich wyborach ów monument ma upamiętnić triumf Prawa i Sprawiedliwości.
Niestety, wpisanie każdej czynności publicznej w kontekst boju dwóch plemion sprawia, że cokolwiek się zrobi, i tak działa to na szkodę państwa. Tymczasem sedno sprawy jest niezmiernie istotne. Na co dzień pomniki są elementem przestrzeni publicznej. Gdy stoją przez lata, mało kto je zauważa. Ale kiedy nadchodzą momenty przełomu (a one zawsze nadchodzą), wówczas nagle nabierają życia. To, co przedstawiają, zaczyna przypominać wszystkim treści, jakie w monument wkomponowali autorzy. Dopóki istnieje wspólnota, której chciano je przekazać, kod kulturowy pozwala zrozumieć komunikat bez słów. To on cementuje wspólnotę, jaką zazwyczaj bywa naród, stając się wartością nie do przecenienia.
Tych prawideł Polacy zaczęli się uczyć bardzo późno, gdy zabrakło własnego państwa.
Z potrzeby politycznej
„Choć w przedrozbiorowej Rzeczypospolitej wznoszono liczne pomniki, były to jednak prawie wyłącznie figury świętych, służące kultowi religijnemu. Osoby świeckie uczczone wolno stojącym pomnikiem dałoby się na dobrą sprawę policzyć na palcach jednej ręki” – pisze Janusz Tazbir w książce „Walka na pomniki i o pomniki”. Zygmuntowi III Wazie kolumnę w Warszawie ufundował syn Władysław IV. Stawiając monument, będący wówczas ewenementem na skalę europejską. Potem zbawca Polski, z czasów szwedzkiego potopu, hetman Stefan Czarnecki doczekał się pomnika w Tykocinie.
Jednak prawdziwe emocje udało się rozniecić dopiero przy okazji uczczenia zwycięstwa pod Wiedniem Jana III Sobieskiego. Przypomniał sobie o nim, już po setnej rocznicy, Stanisław August Poniatowski. Tak się wówczas złożyło, że Rosja rozpoczęła wojnę z Turcją i polski monarcha wpadł na koncept, iż Rzeczpospolita się do niej przyłączy. Jak sobie roił – caryca Katarzyna II, w zamian za militarne wsparcie, miała pozwolić Polsce na pełną niezależność oraz daleko idące reformy ustrojowe. Dlatego Stanisław August postanowił przypomnieć rodakom o ostatnim wielkim triumfie oręża polskiego, a przy okazji podsycić chęć do nowej wojny z Turcją.
Rzeźbę Sobieskiego w rzymskim stroju, konno tratującego pohańca, wykonał nadworny artysta Franciszek Pinck. Odsłonięcie monumentu, postawionego naprzeciwko Pałacu Łazienkowskiego, zaplanowano w 105. rocznicę bitwy pod Wiedniem – 12 września 1788 r., czym wzbudzono wśród obywateli wielkie zainteresowanie. Na uroczystość przybyło ponoć 30 tys. gapiów. Pechowo propagandowe zadanie powierzone Janowi III Sobieskiemu całkowicie się zdezaktualizowało. Katarzyna II odrzuciła ofertę sojuszu z Rzeczpospolitą jako równoprawnym partnerem. Co więcej, Stanisław August, upierając się przy uchwaleniu konstytucji, ryzykował sprowokowanie zbrojnej interwencji Rosji. W takim wypadku naturalnym sojusznikiem Polski okazywała się Turcja.
Pomnik stał się dla Stanisława Augusta kłopotem. Zaraz po odsłonięciu zaczęły krążyć złośliwe pamflety, porównujące wielkiego Sobieskiego do żałosnego Poniatowskiego. Pierwszy umieszczono na pomniku już w noc po uroczystości. „Bohaterowi Wiednia, co chrześcijan zbawił/ Piękny pomnik z kamienia Stanisław wystawił,/ Dwakroć złotych kosztował – trzykroć bym dołożył/ By Stanisław skamieniał, a Jan III ożył” – napisał nieznany autor. Potem fraszkę tę przerabiano na wiele sposobów, dodając frazy o zdradzie króla, który nie miał odwagi bronić ojczyzny i przystąpił do Targowicy.
Okazały monument wręcz zdyskredytował fundatora. Niemiecki podróżnik, Johann Gottfried Seume, gdy w 1805 r. zawitał do Warszawy, wybrał się na spacer po zupełnie opuszczonych Łazienkach. Widząc pomnik Sobieskiego, odnotował, że stoi on dokładnie naprzeciwko dawnych apartamentów Króla Stasia. „Znakomitszej satyry nie mógłby ten dobry człowiek na siebie wymyślić” – zauważył Seume.
Pragmatyzm lub romantyzm
Po kongresie wiedeńskim, za sprawą cara Aleksandra I, powstało Królestwo Polskie obdarzone konstytucją i szeroką autonomią. Jego polityczne elity chciały okazać wdzięczność dobroczyńcy i postawić mu w Warszawie okazały pomnik. Zaprojektowanie dzieła zlecono w 1820 r. sławnemu w Europie duńskiemu rzeźbiarzowi, specjalizującemu się w klasycyzmie, Bertelowi Thorvaldsenowi. „Aleksander I miał stanąć na pomniku w stroju antycznym, z postacią symbolizującą sprawiedliwość u boku” – pisze Janusz Tazbir.
Nim jednak doszło do realizacji zlecenia, car zmarł, a jego następca Mikołaj I zaczął ograniczać Polakom swobody. Czym błyskawicznie ostudził wszelkie chęci do okazywania wdzięczności Kremlowi. Również Thorvaldsen miał pilniejsze zlecenia z Warszawy. Jeszcze przed narodzinami Królestwa Polskiego rzucono pomysł, że pomnik w stolicy musi mieć Józef Poniatowski. Książę Pepi do końca wiernie służył Napoleonowi i zginął w bitwie pod Lipskiem, gdy dowodził oddziałami osłaniającymi odwrót francuskiej armii. Tymczasem car Aleksander demonstracyjnie okazywał wybaczenie niedawnym przeciwnikom. Pomysł uhonorowania Poniatowskiego poparł były minister spraw zagranicznych Rosji i doradca cara podczas kongresu wiedeńskiego, książę Adam Jerzy Czartoryski. Acz na negocjacje z imperatorem wydelegowano piękną siostrzenicę poległego bohatera, księżnę Annę Potocką z domu Tyszkiewicz. Co okazało się trafną decyzją, bo car nie wyraził sprzeciwu i wkrótce mógł powstać komitet fundacyjny pomnika. Na jego czele stanął książę Czartoryski, a sprawami organizacyjnymi zajął się towarzysz broni księcia Pepiego z czasów insurekcji kościuszkowskiej, gen. Stanisław Mokronowski.
Ogłoszono też zbiórkę narodową na monument. Wbrew nadziejom szła ona opornie, podobnie jak współpraca z Thorvaldsenem. Sławnego artystę zaczął regularnie odwiedzać gen. Mokronowski, wymuszając korekty projektu tak, by zaspokoił gusta Polaków. Poniatowski musiał nosić strój rzymski, zupełnie jak Sobieski, i dosiadać kłusującego rumaka. Generałowi tak zależało na tym, by koń był podobny do ulubionego wierzchowca księcia, że zabrał Thorvaldsena do Neapolu, gdzie swoich dni dożywał ogier Szumka. Wyhodowany niegdyś przez kniazia Eustachego Sanguszkę specjalnie dla Poniatowskiego. Takie dyrygowanie procesem tworzenia artysta znosił z coraz większym trudem. Kiedy więc w 1821 r. namolny generał zmarł, Duńczyk z radością przerwał pracę. Po jakimś czasie rozeszła się w Warszawie plotka, że Thorvaldsen przestał rzeźbić księcia, ponieważ pierwszeństwo ma pomnik cara Aleksandra. Opinia publiczna zawrzała. Preferowanie cara, a nie naszego bohatera narodowego pachniało zdradą. U rzeźbiarza musiał osobiście interweniować Adam Czartoryski. Długo jednak nie potrafił przełamać oporu artysty, który nie chciał kuć dzieła w zupełnie już niemodnym, barokowym stylu. W końcu gotówka zrobiła swoje i jesienią 1828 r. gipsowego księcia Józefa na Szumce zaprezentowano widzom.
To natychmiast rozpaliło w Warszawie nowy spór. Młodsze pokolenie zaczytujące się w romantykach uznało, że Poniatowski w zbroi rzymskiej stanowi zaparcie się przez elity polityczne Królestwa ich własnej przeszłości. Ucharakteryzowanie napoleońskiego marszałka na rzymskiego cesarza Marka Aureliusza traktowano jako chęć podlizania się Rosjanom. Niewiele pomógł napoleoński orzeł na pancerzu zbroi księcia Pepiego. Z powodu awantury termin odlania z brązu pomnika opóźniał się. Kiedy wreszcie zajął się tym zakład Klaudiusza i Emila Gregoire’ów, wybuchło powstanie listopadowe. Po jego klęsce car Mikołaj zezwolił na dokończenie rzeźby. Po czym upokorzył Polaków, darowując ją feldmarszałkowi Iwanowi Paskiewiczowi. Najbardziej zasłużonemu w tłumieniu rebelii dowódcy. Ten zabrał Poniatowskiego aż do Homla, gdzie postawił na dziedzińcu przed własnym pałacem, jako najokazalsze z wojennych trofeów.
Znaczenie terytorium
„Apuchtina powiesiłbym na pomniku Paskiewicza, Hurkową wbiłbym na pal: na pomnik Saskiego Placu” – marzył w 1888 r. Stefan Żeromski. Rozpoczynający wielką karierę pisarz dawał wyraz nie tylko swoich odczuć wobec rosyjskich urzędników, lecz także monumentów stawianych przez okupanta.
Dopiero gdy Rzeczpospolita utraciła niepodległość, zaczęto dostrzegać, do czego narodowi potrzebne są pomniki. Zaborcy solidarnie zabronili czczenia polskich władców, sławnych mężów i bohaterów. „Stawiano na to miejsce obficie pomniki niemieckie i rosyjskie; okazywano przez to swą siłę i władzę wbrew pokonanym, a z drugiej strony nadawano krajowi charakter obcy” – pisze Stanisław Dobrzycki w monografii „Z historii literatury polskiej”.
Na dziedzińcu wzniesionej w Warszawie po powstaniu listopadowym Cytadeli stanęła rzeźba Aleksandra I, opatrzona napisem: „Cesarzowi Wszechrosji, zwycięzcy i dobroczyńcy Polski”. Szczęściem dla Polaków procentowała zapobiegliwość Stanisława Staszica. Z jego inicjatywy Bertel Thorvaldsen zaprojektował także pomnik Mikołaja Kopernika. Astronoma, z cyrklem i sferą armilarną w dłoniach, ustawiono w maju 1830 r., przed Pałacem Staszica, gdzie miało swą siedzibę Towarzystwo Przyjaciół Nauk.
Po powstaniu Rosjanie nie interesowali się neutralnym w swej wymowie monumentem. Natomiast sukcesywnie dokładali własne, choćby po to, żeby wskazywały pokonanym właściwą postawę. Na placu Saskim, dokładnie 29 listopada 1841 r., w przededniu 11. rocznicy wybuchu powstania, odsłonięto obelisk ku czci siedmiu polskich generałów. Zostali oni zabici przez podchorążych, ponieważ odmówili przyłączenia się do rebelii. W Petersburgu uznano, że należy ich uczcić za lojalność wobec cara. Po jakimś czasie nawet lojalni generałowie, którzy mimo wszystko byli Polakami, okazali się politycznie zbyt podejrzani. Monument, nazwany przez warszawiaków „samowarem”, bo to urządzenie im przypominał, przeniesiono na dzisiejszy plac Dąbrowskiego. Tam miejscy ogrodnicy obsadzili go wysokimi krzewami, biorąc cichy odwet na zaborcy.
Z kolei Rosjanie nie ustawali w staraniach, by mocniej upokorzyć pokonanych. Przy okazji kolejnej rocznicy powstania listopadowego, w 1870 r., przed Pałacem Namiestnikowskim stanął, odlany z brązu, feldmarszałek Iwan Paskiewicz. Wkrótce mieszkańcy stolicy zagustowali w oblewaniu go czerwoną farbą. Dlatego całą dobę musiał przy feldmarszałku pełnić wartę stójkowy. Pod koniec stulecia poza brudzeniem, pluciem i pisaniem wulgarnych napisów na rosyjskich pomnikach coraz częściej próbowano je niszczyć. „Samowar” po raz pierwszy usiłowano wysadzić w 1890 r. Potem pod kilka rosyjskich monumentów podkładali dynamit w 1905 r. bojowcy PPS. Jednak bez większych sukcesów. Natomiast żaden ze znienawidzonych pomników nie przetrwał roku 1917 r. Utworzona w Warszawie pod patronatem rządów Niemiec i Austro-Węgier Rada Regencyjna zaczęła swoją działalność od pozbycia się siedmiu generałów i feldmarszałka Paskiewicza. Potem przyszła kolej na następne monumenty, aż żaden się nie ostał.
Pomnikowa niepodległość
„Cóż stąd, iż od dawna mamy pomnik Sobieskiego, kolumnę Zygmunta, statuę Kopernika” – sarkał na łamach „Kuriera Warszawskiego” Bolesław Prus. „Oni stoją, jak stali, a my leżymy, jak leżeliśmy” – wyjaśniał.
Podobny sceptycyzm co do roli monumentów wyrażało wielu Polaków. Jednak tam, gdzie zaborcy zostawiali choć trochę swobody, natychmiast stawiano jakiś pomnik. Gdy gen. Mokronowski zatruwał życie Thorvaldsenowi szczegółami fizjonomii księcia Pepiego, w autonomicznej Rzeczpospolitej Krakowskiej tamtejszy senat podjął 19 lipca 1820 r. uchwałę o upamiętnieniu osoby innego bohatera narodowego – Tadeusza Kościuszki.
Oszczędni krakowianie postanowili uniknąć wydania sporych sum, jakich wymagała statua z brązu, wybierając nawiązanie do pogańskich tradycji sypania kurhanów. Przez trzy lata głównie ochotnicy sypali wysoki na 34 m Kopiec Kościuszki, górujący nad dawną stolicą polskich królów. Na podobnie szczęśliwy moment w zaborze rosyjskim musiano czekać niemal do końca wieku. Dopiero chwilowa odwilż, jaka nastąpiła po wstąpieniu na tron cara Mikołaja II, dała szansę postawienia w Warszawie postumentu bliskiego sercu jej mieszkańców. Pomysł uświetnienia setnych urodzin Adama Mickiewicza wysunęła pod koniec 1897 r. „Gazeta Radomska”, po czym szybko podchwyciły go warszawskie salony. Wreszcie na łamach tygodnika literackiego „Głos” opublikowano apel o ufundowanie wieszczowi pomnika. Stał za tym inny, piszący „ku pokrzepieniu serc” twórca – Henryk Sienkiewicz. To pod jego patronatem ukonstytuował się komitet społeczny. Rej wodzili w nim, poza pisarzem, Michał Radziwiłł oraz jeden z ideowych ojców endecji Zygmunt Wasilewski.
Nowym namiestnikiem cara w Warszawie został w tym czasie przyjaźnie nastawiony do Polaków książę Aleksandr Bagration-Imeretyński. Co bardzo ułatwiło uzyskanie pozwolenia na zbiórkę funduszy oraz postawienie monumentu. Następnie w błyskawicznym tempie obywatele zebrali ponad 230 tys. rubli, co pozwoliło zamówić odlanie rzeźby we Włoszech. Sam projekt, równie pośpiesznie, przygotował mieszkający we Francji rzeźbiarz Cyprian Godebski. Pośpiech wymuszała nie tylko konieczność zdążenia przed okrągłą rocznicą urodzin, ale też obawa, iż carskie władze mogą w każdej chwili zmienić zdanie. Wreszcie 24 grudnia 1898 r. Mickiewicz stanął na cokole przy Krakowskim Przedmieściu. Na życzenie namiestnika odsłonięcie w Wigilię Bożego Narodzenia miało bardzo skromny charakter. Nikt nie wygłosił żadnego przemówienia. Jedynie odmówiono modlitwę, a po niej orkiestra odegrała poloneza z opery „Halka” Stanisława Moniuszki. Przybyłych na uroczystość 12 tys. warszawiaków uczciło wieszcza długą ciszą. Nic lepiej nie mogło oddać klimatu narodowej niewoli.
Zupełnie inaczej wyglądała podobna uroczystość w Krakowie, kiedy odsłaniano pomnik wzniesiony dla uczczenia pięćsetnej rocznicy zwycięstwa pod Grunwaldem. Ufundował go Ignacy Paderewski. Uwielbiany w Stanach Zjednoczonych pianista przy tej okazji zapewnił Polakom fetę, o które jeszcze długo rozprawiano w trzech zaborach. „Praojcom na chwałę – braciom na otuchę” – głosił napis na monumencie, który miał jednoznacznie antyniemiecką wymowę. Co było możliwe za sprawą galicyjskiej autonomii oraz tego, że Polacy kierowali w Wiedniu kluczowymi ministerstwami. Pomnik Grunwaldzki postawiono w odpowiedzi na akcję germanizacyjną w zaborze niemieckim. Wprawdzie podczas uroczystości Ignacy Paderewski zapewniał, że „dzieło, na które patrzymy, nie powstało z nienawiści. Zrodziła je miłość głęboka Ojczyzny”. Mimo to ponad 150-tysięczny tłum, w tym delegacje przysłane ze wszystkich przedrozbiorowych ziem Rzeczypospolitej, z ogromnym entuzjazmem przyjął premierowe wykonanie pieśni „Rota” do muzyki Feliksa Nowowiejskiego. „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz,/ Ni dzieci nam germanił,/ Orężny wstanie hufiec nasz,/ Duch będzie nam hetmanił” – oznajmiała Maria Konopnicka, trafnie oddając przesłanie monumentu.
Na własnych śmieciach
„Prace około postawienia pomnika księcia Józefa Poniatowskiego mają ustać z powodu braku środków. Pomnik wydarty przemocą z obcej ziemi na swoją przywieziony, pomnik bohatera i wzoru cnót żołnierskich, nie może stanąć, jako widomy znak polskiego rycerskiego honoru z powodu braku pieniędzy” – dramatyzował w 1923 r. minister spraw wojskowych gen. Kazimierz Sosnkowski. „Wiem, że nie skąpiliście składek na postawienie pomnika, że Wasze kwoty stanowią tam poważną rubrykę. Mimo to zwracam się do Was raz jeszcze. Opodatkujcie się dobrowolnie”.
Odrodzona Rzeczpospolita przywiązywała wielką wagę do symboli. Nie zapomniano więc i o księciu Pepim. Podpisany w marcu 1922 r. z bolszewicką Rosją traktat ryski zobowiązywał komunistów do zwrotu wielu wywiezionych z terenu Polski dóbr kultury, w tym postumentu Józefa Poniatowskiego. Gdy tylko wrócił z Homla, rozpoczęły się spory, gdzie ma stanąć. Najbardziej kuszącą lokalizacją wydawał się plac przed Pałacem Namiestnikowskim, skąd usunięto pomnik Paskiewicza. „Józef za Iwana” – apelowali zwolennicy tego rozwiązania. Ale taka wymiana bardzo nie spodobała się Józefowi Piłsudskiemu. Marszałek darzył osobę księcia wielką sympatią i uznał, że najlepiej będzie mieć imiennika za oknem siedziby Sztabu Generalnego przy placu Saskim. Dzięki ofiarności wojska i obywateli, w bardzo trudnych czasach, zebrano fundusze na odpowiedni postument i od 3 maja 1923 r. dzieło Thorvaldsena mogło wreszcie cieszyć oczy warszawiaków. Odsłaniali go prezydent Stanisław Wojciechowski i gen. Sosnkowski, a na widowni główne miejsce zajął Piłsudski w towarzystwie francuskiego marszałka Ferdynanda Focha. W tle zaś grzmiały salwy armatnie.
Taka sielanka nie mogła trwać zbyt długo. W II RP nowe pomniki stopniowo przestawały pełnić funkcję symboli niepodległości, a stawały się elementem walki toczonej przez główne obozy polityczne. Jej kulminacja nastąpiła po śmierci Piłsudskiego, gdy sanacja bardzo potrzebowała bohaterów legitymizujących jej niepodzielne prawo do sprawowania władzy. Taką rolę wyznaczono martwemu wodzowi. Już w czerwcu 1935 r. pod przewodnictwem prezydenta Ignacego Mościckiego zawiązał się Naczelny Komitet Uczczenia Pamięci Marszałka. Następnie utworzono komitety wojewódzkie i 248 komitetów powiatowych. Ich głównym zadaniem stało się zbieranie funduszy, a następnie stawianie pomników i obelisków upamiętniających osobę Piłsudskiego. Zadbano nawet o usypanie Komendantowi w Krakowie nowego kopca, nieopodal tego poświęconego Kościuszce.
Powtórka z niewoli
Po przylocie do Warszawy 5 października 1939 r. Adolf Hitler zażyczył sobie samochodowej wycieczki, by obejrzeć zniszczone miasto. Dobiegła ona końca na placu Piłsudskiego, niegdyś Saskim (za rok miał zostać przemianowany na Adolf Hitler Platz). Tam, przed pomnikiem Poniatowskiego, Führera powitały oddziały zwycięskiej armii. Rzymski strój księcia oraz sam posąg bardzo mu się spodobał, co ocaliło rzeźbę przed likwidacją. Takiego szczęścia nie miały inne, ważne dla Polaków pomniki. Z oczywistych względów krakowski monument upamiętniający zwycięstwo pod Grunwaldem okupant zdemontował błyskawicznie. Mickiewicz ostał się trochę dłużej. Kopernik przetrwał, bo został przemianowany na niemieckiego „Dem grossen astronomen Nikolaus Kopernikus”. „Nagle pod pomnik podchodzi młody chłopak. Na jego wysokim i szczupłym ciele uwagę przykuwają niebieskie oczy i płowa czupryna. Wygląda jakby był pijany, ale tak nie jest. Wchodzi na stopień cokołu. Zaczyna dotykać śrub, które przymocowują tablicę do reszty. Ni stąd, ni zowąd odkręca ją. Idzie mu to wyjątkowo szybko i sprawnie” – opisywał wyczyn Macieja Aleksego Dawidowskiego w „Kamieniach na szaniec” Aleksander Kamiński.
Bohaterskiemu „Alkowi” z Szarych Szeregów uprowadzenie niemieckiej tablicy, czym w lutym 1942 r. uczcił rocznicę urodzin astronoma, poszło nadzwyczaj sprawnie. Wcześniej montujący ją robotnik posmarował, z własnej inicjatywy, wszystkie śruby towotem. Oczywistością wówczas było, że niemieckie symbole są tymczasowe i po zwycięstwie zostaną natychmiast zlikwidowane. Notabene w odwecie za spolszczenie Kopernika okupant zdjął z cokołu pomnik Jana Kilińskiego. Niezmordowany „Alek” wytropił, że monument szewca, tak zasłużonego dla kraju podczas insurekcji kościuszkowskiej, ukryto na terenie Muzeum Narodowego. Nocą więc napisał farbą na jego murach: „Jam tu ludu Warszawy. Jan Kiliński”.
To narodowe przywiązanie do pomników musieli po wojnie przełknąć komuniści. Szukając dla narzuconego przez Moskwę reżymu jakiejś legitymizacji, godzili się na stopniowy powrót monumentów zniszczonych przez Niemców. Poniatowski nie przetrwał powstania warszawskiego, ale w muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze nadal stał jego gipsowy model. Duński rząd, najpewniej działając w dobrej wierze, sfinansował odlanie z brązu nowego monumentu, po czym podarował go Polsce w 1951 r. Zaskoczony tak kłopotliwym prezentem Bolesław Bierut zdecydował, iż książę Pepi stanie przed Pomarańczarnią w Parku Łazienkowskim. Dyskretne odsłonięcie monumentu przeprowadzili urzędnicy niskiego szczebla w mroźny lutowy poranek 1952 r. Mimo to komuniści wcale nie pozbyli się kłopotu. Skoro zrekonstruowano pomnik Mickiewicza w jego dawnej lokalizacji, to pytanie, co z księciem, zaczęto zadawać od początku politycznej odwilży, jesienią 1956 r.
Ideę, by stanął tam, gdzie planował rząd Królestwa Polskiego, promował dyrektor Muzeum Narodowego Stanisław Lorentz. Jednak dawny Pałac Namiestnikowski przemianowano na Pałac Rady Ministrów i urzędował w nim wieczny premier Józef Cyrankiewicz. Postawienie pod oknami rządu robotniczo-chłopskiego arystokraty na koniu stanowiło pewien zgrzyt ideologiczny. Mimo to nagle w 1965 r. książę Pepi tam się znalazł. Wedle plotek krążących po stolicy stało się tak za sprawą Cyrankiewicza, który chciał mieć do towarzystwa innego Józefa. Przy czym zaznaczano, iż koń się opierał, „bo postawiono go tyłem do żłobu”.
Zamknięcie jednej epopei wcale nie kończyło kłopotów władz PRL z pomnikami. Przeciwnie, zupełnie jak w czasach zaborów, im reżym stawał się słabszy, tym kłopotliwych monumentów przybywało. Tego, że władza balansuje na krawędzi upadku, najlepiej dowodziła zgoda, wydana po podpisaniu porozumień sierpniowych w 1980 r., na budowę pomnika Poległych Stoczniowców 1970 w pobliżu Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Trudno o większy dowód słabości, niż zaakceptowanie przez komunistyczny reżym powstania monumentu upamiętniającego jego ofiary.
Podobnie trwanie do dziś pomników postawionych ku czci Armii Czerwonej i jej dowódców jest widocznym świadectwem, jak głęboko tkwi w Polakach lęk przed gniewem Kremla. Usunięcie każdego spotyka się w histeryczną reakcją rosyjskiej dyplomacji. Są one bowiem widomym śladem, jak daleko w głąb Europy sięgała władza Moskwy. Ich znikanie to zacieranie śladów czegoś, co jest jednym z fundamentów imperialnej dumy Rosjan. Ostatnim widocznym dowodem minionych roszczeń do terytoriów oraz dominacji. Z tej perspektywy ewentualne posunięcie księcia Pepiego będzie tylko jednym z epizodów wielowiekowej wojny na pomniki i przy użyciu pomników. Co do jej wyników, tylko jednego można być pewnym – trudno liczyć, aby kiedyś dobiegła końca.