Chcąc pokonać sowieckie imperium zła, Ronald Reagan zaczerpnął z filmowej sagi George’a Lucasa najlepsze pomysły. Jej kolejne epizody właśnie powstają, Ameryka zaś szykuje wrogom nowe „gwiezdne wojny”.
Reklama
Stale wzrasta zagrożenie rozmieszczenia broni w przestrzeni kosmicznej” – ostrzegł pod koniec marca dyrektor departamentu ds. nieproliferacji i kontroli zbrojeń w rosyjskim MSZ Michaił Uljanow. Swoje alarmistyczne wystąpienie wygłosił podczas wizyty w Nowym Delhi. „Mamy nadzieję, że Indie przyłączą się do rosyjskiej inicjatywy dotyczącej nierozprzestrzeniania broni w przestrzeni kosmicznej” – apelował. Na Kremlu akurat dobiegł końca miodowy miesiąc, podczas którego fetowano wygraną Donalda Trumpa.
Wbrew życzeniowemu myśleniu ludzi z otoczenia Putina nowy prezydent USA wcale nie zamierza przyjaźnić się z Rosją za wszelką cenę. Zeszłotygodniowy rozkaz, by pociskami samosterującymi Tomahawk uderzyć na bazę syryjskiego lotnictwa w Asz-Szajrat, stanowił wyraźne podkreślenie, że żartów nie będzie. Zwłaszcza gdy w grę wejdzie realizacja hasła „Make America great again” (Uczyńmy Amerykę znowu wielką). Co nie przedstawia się tak prosto, gdy przewaga Stanów Zjednoczonych nad innymi mocarstwami – zwłaszcza Chinami – topnieje. Jest jednak jeden obszar, gdzie z racji technologicznej dominacji i swojej innowacyjności Amerykanie mogą zostawić w pokonanym polu każdego. A przy okazji pozbawić wrogów możliwości realnego zagrożenia terytorium USA. Chodzi o okołoziemską przestrzeń kosmiczną.
Na początku lutego tego roku dowódca Sił Strategicznych USA gen. John Hyten podczas przemówienia wygłoszonego w Center for International Security and Cooperation przy Uniwersytecie Stanforda ogłosił otwarcie nowego rozdziału w programie zbrojeniowym. Mówiąc o chińskich testach z bronią rakietową oraz laserową, zdolną niszczyć satelity i pojazdy kosmiczne, zaznaczył: „Musimy się temu przeciwstawić, a najlepszym sposobem, żeby zapobiec wojnie, jest być gotowym do wojny”. Kilka tygodni później, 22 marca, wiceadmirał Charles A. Richard, zastępca gen. Hytena, podczas konferencji w Center for Strategic and International Studies (CSIS) w Waszyngtonie, zapowiedział, że przestrzeń kosmiczna stanie się wkrótce obszarem objętym programami obronnymi. Analogicznymi do tych na lądzie, w wodzie, powietrzu oraz cyberprzestrzeni. „Jeśli zatem mamy być skuteczni w prowadzeniu walki zbrojnej, musimy być stale gotowi do adekwatnej i skoordynowanej odpowiedzi na wszystkich wskazanych polach” – podkreślał wiceadmirał Richard.
Zbombardowanie bazy lotniczej w Asz-Szajrat to dla Kremla bolesny policzek, lecz do zniesienia. W każdym rejonie świata Rosja może skutecznie krzyżować plany Waszyngtonu. Natomiast w przestrzeni kosmicznej stanie się bezradna, bo jej na „gwiezdne wojny” (podobnie jak poprzednio) po prostu nie stać.
Luke Skywalker po siedemdziesiątce
„Apeluję, byście strzegli się pokusy deklarowania, że jesteście wyżsi ponad to wszystko, i uznania, że obie strony na równi ponoszą winę; ignorowania faktów historycznych i agresywnych działań imperium zła” – mówił 8 marca 1983 r. Ronald Reagan w hotelu Sheraton Twin Towers w Orlando na Florydzie. Jego wystąpienia słuchali członkowie Narodowego Stowarzyszenia Ewangelików, lecz to nie oni mieli być głównym odbiorcą słów prezydenta. Zwłaszcza gdy klarował im, że Związek Radziecki jest „źródłem zła w świecie współczesnym”, a zmagania z nim to w czystej postaci walka „między dobrem a złem”. Wystąpienie, pełne odniesień do biblijnych bojów światła z ciemnością, zaszokowało cały świat. Zwłaszcza w sowieckiej prasie zaroiło się od alarmujących tekstów o „krucjacie Stanów Zjednoczonych przeciwko komunizmowi”. Takiego – zresztą bardzo trafnego – terminu zaczęto wówczas używać. Tymczasem Reagan szykował dla Kremla dużo boleśniejszą niespodziankę niż tylko przylepienie etykietki „imperium zła”. Choć odłożył jej ujawnienie o trzy tygodnie, by słabnące napięcie znów gwałtownie podsycić. Jako doświadczony gwiazdor filmów akcji miał do takich spraw spore wyczucie. Swoje telewizyjne przemówienie wieczorem 23 marca 1983 r. zaczął od przyciągających uwagę słów: „Rodacy, Amerykanie, dziś rozpoczynamy projekt, który zmieni bieg historii”. Następnie dramatycznie zawiesił głos i przeczytał fragment, który dopisał ołówkiem tuż przed wejściem na wizję. „Wzywam społeczność naukowców, którzy dali nam broń nuklearną, by skierowali swoje talenty na działania dla dobra ludzkości i pokoju światowego; by znaleźli sposób odebrania tej broni siły i uczynienie ją przestarzałą” – zaapelował. Po czym ogłosił, że Stany Zjednoczone rozpoczynają program Inicjatywy Obrony Strategicznej (Strategic Defense Initiative, SDI). Wedle słów prezydenta w ciągu dekady miał powstać system obrony złożony z baterii antyrakiet umieszczonych w różnych punktach świata oraz na okrętach podwodnych. Uzupełnić go zamierzano wyniesionymi na orbitę okołoziemską platformami wyposażonymi w laserowe działa. SDI broniłby Stany Zjednoczone przed atakiem rakiet balistycznych wyposażonych w głowice jądrowe.
Po wystąpieniu Reagana nie tylko Kreml oniemiał. Spore zamieszanie ogarnęło również Biały Dom. Wcześniej o tym, jaka będzie treść przemówienia, wiedzieli doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Bill Clark, jego dwaj zastępcy oraz doradca naukowy prezydenta George Keyworth. Zachowywano ścisłą tajemnicę, ponieważ „Reagan miał ogromne kłopoty z przeciekami, szczególnie pochodzącymi od umiarkowanych członków ekipy oraz z Departamentu Stanu” – opisuje Paul Kengor w książce „Ronald Reagan i obalenie komunizmu”. Dobiegający 72. roku życia prezydent był zbyt zdeterminowany w swoim postanowieniu zniszczenia „imperium zła”, aby ryzykować, że ktoś może mu popsuć kluczowe przemówienie. Zwłaszcza że uzbrojone w lasery stacje kosmiczne stanowiły wówczas całkowitą fantasmagorię.
Węgierska gwiazda śmierci
Pochodzący z Węgier fizyk Edward Teller pomógł Stanom Zjednoczonym przy budowie bomby atomowej i był autorem koncepcji bomby wodorowej, nad którą pracował ze Stanisławem Ulamem. Kiedy jednak Związek Radziecki zdołał rozwinąć własny arsenał jądrowy oraz zbudował międzykontynentalne rakiety balistyczne, prof. Teller uznał, że czas na kolejny krok w wyścigu zbrojeń. Proponował stworzenie obrony przeciwrakietowej zdolnej chronić całe terytorium Stanów Zjednoczonych. Co znów dałoby USA strategiczną przewagę nad ZSRR.
Jednak w Waszyngtonie, po kryzysie kubańskim, zwyciężyła koncepcja wzajemnego odstraszania. Naukowcy nie odważyli się obiecać prezydentowi Kennedy’emu, że obrona przeciwrakietowa okaże się szczelna. Z kolei doktryna obronna wzajemnego zagwarantowanego zniszczenia (Mutual Assured Destruction, MAD) zapewniała całkowite zniszczenie ZSRR, jeśli nawet Sowieci zaatakują pierwsi. Wystarczyło mieć odpowiednią liczbę pocisków balistycznych. Pewnik, że wojna zakończy się obustronną zagładą, skutecznie zniechęcał do jej rozpoczęcia. Ale jednocześnie doktryna MAD gwarantowała Kremlowi bezpieczeństwo i możność stopniowego rozszerzania strefy wpływów w świecie, z czego skwapliwie korzystano. Dla węgierskiego Żyda Edwarda Tellera, który z bliska mógł zobaczyć uroki faszyzmu i komunizmu, taki stan rzeczy oznaczał, że totalitarny reżym może stopniowo niszczyć kraje demokratyczne, podkopując ich stabilność. Nie zrezygnował więc ze swojej idee fixe i pracował nad nią jako szef Lawrence Livermore National Laboratory. Kiedy zaś gubernatorem Kalifornii został – znany ze swoich antykomunistycznych poglądów – Ronald Reagan, Teller postanowił zaproponować mu odwiedziny w swoim centrum badawczym.
„Niekiedy zaskakiwał, ale w dziedzinach, które musiały być dla niego całkiem nowe, dostrzegał najważniejsze punkty” – wspominał prof. Teller pierwsze spotkanie z gubernatorem Reaganem w 1967 r. Potem utrzymywali stały kontakt i uczony regularnie informował gubernatora o postępach prac m.in. nad bronią laserową. Jeśli Węgier miał przeczucie, że akurat z tym politykiem powinien nawiązać kontakt, to okazało się ono prorocze. Po zwycięstwie w wyborach prezydenckich Reagan zaczął żądać informacji, jak wyglądałaby wojna atomowa z ZSRR. Wedle analizy przygotowanej przez Department Obrony powinny ją wygrać Stany Zjednoczone, lecz przyniosłaby śmierć ok. 150 mln Amerykanów. Taka ewentualność zapowiadała pyrrusowe zwycięstwo, a w istocie – gigantyczną katastrofę.
Nowa nadzieja dla USA
Przez całe lata 70. Stany Zjednoczone znajdowały się w odwrocie. Najpierw wojna wietnamska zakończyła się porażką – zamienioną w klęskę, gdy łamiąc porozumienia paryskie, komunistyczny Wietnam Północny podbił Wietnam Południowy. Trzy lata później, w 1978 r., widząc upadek amerykańskiego ducha walki, Leonid Breżniew nakazał rozmieszczenie sowieckich rakiet średniego zasięgu SS-20 z głowicami atomowymi w Europie Środkowej. Dzięki temu Kreml uzyskał przewagę strategiczną na Starym Kontynencie. Rok później Armia Radziecka wkroczyła do Afganistanu. Podporządkowanie tego kraju umożliwiało łatwiejsze rozciągnięcie sowieckiej strefy wpływów na Pakistan i Indie. W tym samym czasie wybuchła islamska rewolucja w Iranie. Obalenie panującego tam szacha Mohammada Rezy Pahlawiego oznaczało, że Waszyngton tracił kluczowego sojusznika w rejonie Zatoki Perskiej.
Strategia MAD minimalizowała ryzyko wybuchu konfliktu nuklearnego, lecz nie zapobiegała temu, że Stany Zjednoczone znalazły się w zupełnym odwrocie, oddając pole wrogowi. Dla Ronalda Reagana było jasne, że Ameryka przegrywa zimną wojnę i jeśli nie stawi zdecydowanego oporu, to Związek Radziecki zdominuje świat. Dlatego na pierwszym posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego w imieniu prezydenta jej przewodniczący Richard V. Allen oświadczył zebranym, że Reagan „jest zdecydowany zrobić wszystko, co możliwe, by zniszczyć blok sowiecki i zwycięsko zakończyć zimną wojnę”. Kolejne posunięcia nowej administracji potwierdzały prawdziwość tych słów.
Jednak wspieranie podziemia solidarnościowego w Polsce, mudżahedinów w Afganistanie czy nawet rozmieszczenie rakiet średniego zasięgu z głowicami jądrowymi w Europie Zachodniej nie zmieniało diametralnie układu sił. Wzrost wydatków na zbrojenia z czasem musiał przynieść militarną przewagę dużo bogatszych Stanów Zjednoczonych. Jednak i to nie przełamywało równowagi MAD. Umacniał ją, podpisany przez USA i ZSRR w 1972 r., układ o ograniczeniu systemów obrony przeciwrakietowej. Pozwalał on obu supermocarstwom na posiadanie jedynie 200 wyrzutni antyrakiet rozmieszczonych wokół stolicy i jednego strategicznego regionu kraju. Poza tym zakazywał prac nad doskonaleniem technologii antyrakietowych.
To gwarantowało, że po wybuchu wojny wzajemne atomowe zniszczenie nastąpi nieuchronnie. Jeśli prezydent USA postanowił rzeczywiście wygrać z „imperium zła”, to największą nadzieję na sukces dawały wymarzone przez prof. Tellera „gwiezdne wojny”, nazwane Inicjatywą Obrony Strategicznej.
Geriatryczne imperium kontratakuje
Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Bill Clark zapamiętał, że nawet jego zastępca Robert McFarlane uważał SDI za szaleństwo. „Przyszedł do mnie niemal ze łzami w oczach i oznajmił: »Musisz wyperswadować prezydentowi, by tego nie ogłaszał. To nie jest jeszcze gotowe, a poza tym narusza niektóre traktaty«” – wspominał Clark. Jednak Reagan nie zamierzał nikogo słuchać. Nawet gdy po ogłoszeniu zarysu Inicjatywy Obrony Strategicznej przytłaczająca większość jego współpracowników nie ukrywała swojego sprzeciwu. Odpowiedzialny za politykę zagraniczną sekretarz stanu George Shultz otwarcie oświadczył, że wcielenie w życie Inicjatywy Obrony Strategicznej może doprowadzić do rozpadu NATO. Jeszcze większe rozgorączkowanie ogarnęło opozycję. Dzień po orędziu Reagana senator Partii Demokratycznej Ted Kennedy wykpił je w rozmowie dla „Washington Post”, mówiąc, że prezydent promuje „błędną taktykę strachu przed czerwonymi i nierozważne pomysły wojen gwiezdnych”. Nazwanie programu SDI gwiezdnymi wojnami natychmiast przyjęło się w mediach i weszło do powszechnego użycia.
„»Wojny gwiezdne« stały się sposobem wyszydzania SDI. W latach 80. Reagana często przedstawiano w karykaturalnej postaci głupca i próżniaka, przepełnionego nostalgią byłego aktora, który spędza czas na oglądaniu filmów i pogrąża się w wymyślonym świecie. Postrzegającego siebie jako kogoś w rodzaju prezydenckiego Luke’a Skywalkera, zwalczającego siły ciemności imperium pod dowództwem Dartha Vadera” – pisze Paul Kengor. W końcu należąca do George’a Lucasa wytwórnia Lucasfilm wytoczyła sprawę sądową mającą zablokować wiązanie tytułu filmowej sagi z Inicjatywą Obrony Strategicznej. Jednak sąd powództwo oddalił, ku niezadowoleniu... Regana, który bezskutecznie apelował do mediów, aby przestały przyrównywać hollywoodzki przebój kasowy do programu SDI. Co ciekawe, określenie „gwiezdne wojny” najgorliwiej promowali odtąd Rosjanie, by podczas kolejnych akcji propagandowych dowodzić, jak szalonym kowbojem jest były aktor Ronald Reagan.
Mroczne widmo SDI
„Reagan jest nieprzewidywalny. Należy się po nim spodziewać wszystkiego” – oświadczył na posiedzeniu Biura Politycznego Jurij Andropow. Pierwszy sekretarz KC KPZR zapowiedzi prezydenta Stanów Zjednoczonych potraktował śmiertelnie poważnie. „Rekcja Kremla była niemal paniczna. Andropow, jeszcze jako szef KGB, doszedł do wniosku, że nowa waszyngtońska administracja może planować niespodziewany atak na Związek Radziecki” – pisze John Lewis Gaddis w książce „Zimna wojna. Historia podzielonego świata”. W stan najwyższej gotowości postawiono nie tylko wywiad zagraniczny, lecz także siły zbrojne. Życiem zapłacili za to pasażerowie południowokoreańskiego boeinga 707, który 1 września 1983 r. zboczył z kursu i wleciał w przestrzeń powietrzną ZSRR nad Sachalinem. Radzieckie dowództwo uznało, że musi to być samolot szpiegowski, i wydało myśliwcom rozkaz zestrzelenia intruza. W jednej chwili zginęło 269 cywili mających pecha znaleźć się w nieodpowiednim miejscu. Po tej zbrodni na Zachodzie nawet środowiska polityczne i media życzliwe Związkowi Radzieckiemu nie odważyły się bronić poczynań Kremla.
Tymczasem napięcie ciągle rosło, bo na listopad NATO zaplanowało wielkie ćwiczenia wojskowe „Able Archer 83” (Utalentowany łucznik 83). Ich scenariusz zakładał, że siły zbrojne państw bloku komunistycznego rozpoczną zmasowane uderzenie przez Skandynawię i Republikę Federalną Niemiec w kierunku Atlantyku. Po tym, jak pancerna pięść przełamie linie obronne, dla zatrzymania ofensywy wroga NATO planowało użycie taktycznej broni jądrowej. Scenariusz „Able Archer 83” zdobyło KGB i szybko wylądował on na biurku Andropowa. Pierwszy sekretarz nie uwierzył, że są to tylko ćwiczenia. Jego zdaniem Reagan szykował się do zaskakującego ataku na ZSRR. Dlatego Andropow polecił rozpocząć mobilizację sił zbrojnych wszystkich państw Układu Warszawskiego. Na szczęście powstrzymał się przed wydaniem rozkazu uderzenia prewencyjnego. „Nikt w Waszyngtonie nie zdawał sobie jednak z tego sprawy do momentu, gdy wysoko postawiony szpieg w londyńskiej siedzibie KGB zaalarmował brytyjski wywiad, który przekazał informację Amerykanom” – opisuje John Lewis Gaddis.
Bojąc się wybuchu wojny atomowej, Reagan gwałtownie złagodził swoją retorykę, żeby rozładować napięcie. „Stany Zjednoczone nie zagrażają Związkowi Radzieckiemu i jeśli Związek Radziecki chce pokoju, to będziemy mieli pokój” – mówił prezydent w orędziu wygłoszonym 16 stycznia 1984 r. Odnotowały to media na całym świecie.
Zaledwie trzy tygodnie później zmarł Andropow. Jego następca Konstanty Czernienko był sklerotycznym starcem, który przywrócił członkostwo w KPZR wyrzuconemu niegdyś Wiaczesławowi Mołotowowi i chciał rehabilitować Józefa Stalina. To zapowiadało zaostrzenie konfliktu. Wówczas Reagan zdecydował się najprawdopodobniej na blef życia. Za radą sekretarza obrony Caspara Weinbergera w czerwcu 1984 r. rozpoczęto testy antyrakiet mających stać się elementem SDI. Wedle tekstu opublikowanego przez dziennikarzy śledczych „New York Timesa” dziewięć lat później wojskowi odpalili kolejno cztery rakiety balistyczne z terenu Kalifornii. Nad Pacyfikiem próbowały je przechwycić antyrakiety. Trzy pierwsze testy zakończyły się niepowodzeniem. Dlatego w czwartej rakiecie zainstalowano nadajnik radiowy emitujący sygnał naprowadzający antyrakietę. Ta więc bez problemu trafiła w cel. Dziennikarz „New York Timesa” Tim Weiner pytał o tę operację Caspara Weinbergera. Sekretarz obrony zbył reportera krótkim przemyśleniem. „Zawsze się pracuje nad podstępami. Zawsze dąży się do podstępów. Oczywiście trzeba próbować zmylić przeciwnika” – oznajmił tajemniczo.
Ostatnia krucjata
Na początku 1985 r. budżet Pentagonu był niemal dwa razy wyższy niż pod koniec prezydentury Jimmy’ego Cartera. Wedle wstępnych założeń na sam program SDI zamierzano wygospodarować 125 mld dol. Acz dopiero po 17 latach terytorium Stanów Zjednoczonych miał chronić skuteczny system obrony przed rakietami balistycznymi. Niezależnie od tego Stany Zjednoczone wspierały wszelkie antykomunistyczne organizacje na terenie bloku wschodniego. Waszyngton po cichu dogadywał się też z Arabią Saudyjską w kwestii doprowadzenia do radykalnego spadku ceny ropy naftowej. Przy okazji administracja Reagana wymyślała coraz to nowe sankcje ekonomiczne szkodzące ZSRR.
Osaczenie „imperium zła” na wielu frontach jednocześnie przynosiło efekty. Gospodarka Związku Radzieckiego nigdy nie osiągnęła stanu kwitnącego, ale w latach 80. błyskawicznie popadła w zupełną ruinę. Wiadomość, że SDI może zadziałać, wstrząsnęła Kremlem. Nienawidzący Zachodu Czernienko dał ministrowi spraw zagranicznych Andriejowi Gromyce upoważnienie do zaproponowania Waszyngtonowi negocjacji na temat ograniczenia zbrojeń. Przez całą dekadę Kreml szedł ekspansywnie do przodu, a wówczas po raz pierwszy okazał słabość. Największy paradoks stanowiło to, że Sowieci spuścili z tonu wobec programu zbrojeniowego będącego jedynie na papierze. Stany Zjednoczone musiały dopiero opracować odpowiednie technologie, by „gwiezdne wojny” stały się choć trochę bardziej realne. Nie mając przy tym żadnej gwarancji sukcesu poza obietnicami Edwarda Tellera i protegowanych przez niego naukowców. Zwłaszcza że działa laserowe jak na złość skutecznie działały jedynie na planie filmowym, gdy zarządzał nim George Lucas.
Jednak USA miały coś, o czym Związek Radziecki mógł jedynie marzyć – ogromne fundusze. Strapiony sytuacją Konstanty Czernienko zmarł w marcu 1985 r. „Jak mam uzgadniać cokolwiek z Rosjanami, skoro kolejni wciąż umierają?” – skomentował to wydarzenie Reagan. Nowy sowiecki przywódca Michaił Gorbaczow, najmłodszy pierwszy sekretarz KC od czasu Stalina, przypadł prezydentowi USA do gustu. „Dostrzegłem w jego twarzy i stylu bycia ciepło, a nie graniczący z nienawiścią chłód, jakim cechowała się większość wyższych przywódców sowieckich” – zapisał we wspomnieniach Reagan. Co nie znaczyło, że zamierzał rezygnować z własnych celów politycznych. Dlatego gdy spotkał się w listopadzie 1985 r. z Gorbaczowem w Genewie, mimo nalegań twardo odmówił rezygnacji z Inicjatywy Obrony Strategicznej. „Gdy rozmawialiśmy o SDI, już sama myśl o tym, że jeśli nie zakończymy wyścigu zbrojeń, będziemy musieli budować coś podobnego do programu kosmicznego USA, była dla Gorbaczowa przerażająca” – zapisał we wspomnieniach wiceminister spraw zagranicznych ZSRR Aleksandr Biessmiertnych. Taki stan rzeczy ułatwiał rozmowy rozbrojeniowe, jakie de facto Kreml musiał prowadzić pod lufą przystawionego do głowy pistoletu o nazwie SDI. Nie orientował się przy tym, że jest to broń czysto wirtualna. „Ten sam temat pojawił się ponownie na szczycie w Rejkiawiku w październiku 1986 r. Szef kancelarii prezydenta Don Regan zauważył, że Gorbaczow przejmował się SDI do granic obsesji. W Rejkiawiku wręcz zaproponował, że wyeliminuje wszystkie pociski nuklearne, jeśli tylko Reagan zrezygnuje z systemu obrony rakietowej” – podkreśla Paul Kengor.
Prezydent USA niezmiennie odpowiadał, że SDI nie jest przedmiotem negocjacji. Wkrótce nawet ludzie z jego administracji, na czele z sekretarzem stanu George'em Shultzem i szefami połączonych sztabów, nalegali, by w tej kwestii poszedł na kompromis. Miałby obiecać np. przedłużenie tworzenia systemu obrony antyrakietowej o 10 lat. Ale Reagan trwał przy swoim i osiągnął sukces. Gorbaczow zgodził się na obustronne wycofanie rakiet średniego zasięgu z głowicami jądrowymi z Europy. Stanowiło to dopiero początek redukcji potencjału militarnego obu krajów. Kreml rezygnował z ekspansji, skupiając się na reformach wewnętrznych. Jak się wkrótce okazało, nie ocaliły one ZSRR, a raczej przyspieszyły rozpad.
Co ciekawe, cięcia wydatków na obronność USA nie objęły programu SDI, dopóki swój urząd sprawował Ronald Reagan. Ten fakt Gorbaczow określił mianem realizacji prywatnego marzenia przywódcy USA. Prezydent najwyraźniej wierzył w możliwość zbudowania kosmicznej tarczy antyrakietowej. Ale prace badawcze i wdrożeniowe szły bardzo opornie.
Wreszcie Bill Clinton w 1993 r. zatwierdził przekształcenie SDI w program BMDO (Ballistic Missile Defense Organization) zajmujący się tworzeniem regionalnych obron przeciwrakietowych. Bardzo przydatnych w konfliktach lokalnych, np. na Bliskim Wschodzie.
Tak po cichu „gwiezdne wojny” Reagana odeszły w niebyt, z którego mogą dziś powrócić, jeśli Ameryka znów będzie musiała stawić czoło jakiemuś „imperium zła”. Choć tym razem na samych zapowiedziach już może się nie skończyć.