O tym, że Polska nie jest tak mocno skłóconym krajem, jak się powszechnie uważa. Bo gdyby różnice były faktycznie tak głębokie, to każdy, nawet drobny spór, wzniecałby widowiskową konfrontację.
Reklama
IDEE
Jeśli o poranku włączy się TOK FM, wieczorem obejrzy dzienniki w TVN oraz telewizji rządowej, do poduszki zaś posłucha Radia Maryja, to można nabrać przekonania, że Polskę zamieszkują dwie obce sobie nacje. A fakt posługiwania się przez nie tym samym językiem należy uznać za wybryk natury. Wybryk nawet ciekawy, lecz wyjątkowo uciążliwy, bo gdyby z powodu bariery językowej zrozumienie drugiej strony było trudniejsze, to poziom nerwowości byłby mniejszy. A tak stały przepływ informacji przez media daje wrażenie ciągłego wrzenia.
I tu należy zauważyć kolejny paradoks. Gdyby Polacy znajdowali się w takim wzmożeniu emocjonalnym, jaki codziennie ukazują media opozycyjne (niegdyś zwane głównymi), zaś potwierdzają to eksponowaniem swojej niezgody na ich oburzenie media rządowe (przejęte przez dawnych niepokornych), to trup na ulicach powinien słać się gęsto. A jest spokojnie. Nawet w Warszawie podczas manifestacji z okazji 11 listopada, w przeciwieństwie do lat poprzednich, tak niewiele się działo, że sensacją stał się umazany czarną pastą Jacek Hugo-Bader z „Gazety Wyborczej”, który – wmieszany w tłum – postanowił pokazać, jak „prawacy i patrioci” odnoszą się do cudzoziemców.
Zagadkowo łagodne efekty wojny polsko-polskiej tłumaczyć może jedynie to, że dotyczy ona tylko nielicznych elit. Tej odsuniętej od władzy, toczącej bój o to, by ją odzyskać, i nowej, uparcie udającej, że elitą nie jest, a jedynie pokornym sługą suwerena. Zaś suweren – my, obywatele – niespecjalnie wierzy, by jego zdanie cokolwiek znaczyło. Kolejnej wojnie na górze, ukazywanej przez media jako konflikt ogólnonarodowy, przypatrujemy się z dystansem. Bo stara elita dawno nas rozczarowała, a nowa robi wszystko, żeby osiągnąć ten sam efekt w krótszym czasie.
I tak głębokie różnice na górze nie przenoszą się na całe społeczeństwo. Bo gdyby działo się inaczej, na bardzo odczuwalne efekty nie trzeba byłoby zbyt długo czekać.
Wiara bez emocji
Nic tak nie rozpala w ludziach nienawiści jak różnice religijne. Na dodatek religia jest również użytecznym narzędziem dla polityków, umożliwiającym sterowanie społecznymi sympatiami. Choć przy zbytnim natężeniu emocji powstaje niebezpieczeństwo, iż wymkną się one spod kontroli. A kiedy różnice dzielące społeczność są już zbyt głębokie, wówczas do wybuchu wystarczy nawet trzeciorzędny drobiazg. Jak choćby fakt, iż nie zdjęło się w odpowiednim momencie czapki.
Zdarzyło się to 16 lipca 1724 r. w Toruniu, gdy procesja ku czci Matki Boskiej sunęła ulicą obok luterańskiego kościoła św. Jakuba. Uczeń działającego przy świątyni gimnazjum stał z nakrytą głową, kiedy podbiegł do niego słuchacz kolegium jezuickiego Stanisław Lisiecki i zrzucił mu czapkę. Chwilę potem na ulicy tłukli się uczniowie obu szkół. Bijatykę zakończyła interwencja straży miejskiej. Z polecenia prezydenta miasta Lisieckiego aresztowano. Wówczas grupa katolików porwała przypadkowego luteranina, by dokonać wymiany. Odpowiedź drugiej strony nastąpiła błyskawicznie. Protestanci zdemolowali kolegium jezuickie i sprofanowali tamtejszą kaplicę. Wyniesione z niej figury świętych i Matki Boskiej spalono na naprędce przygotowanym stosie. Sławna w świecie tolerancja Rzeczpospolitej Obojga Narodów w owym czasie stawała się wspomnieniem.
Tumultem toruńskim natychmiast zajęli się politycy. Król August II Mocny, który został pokonany podczas III wojny północnej i stał się wasalem cara Rosji Piotra Wielkiego, potrzebował poparcia poddanych, by zapewnić synowi elekcję na tron Rzeczypospolitej. Zdecydował się więc na pokaz, jak mocno wspiera polskich katolików, tym sposobem zjednując sobie Sejm oraz szlachtę. Do Torunia udała się królewska komisja złożona z urzędników i biskupów, by przeprowadzić śledztwo. Za jej rekomendacją sąd asesorski w Warszawie w połowie listopada 1724 r. wydał drakońskie wyroki: prezydenta Torunia Johanna Gottfrieda Rösnera, jego zastępcę i dwunastu innych oskarżonych skazano na śmierć, zaś 40 uczestników zdarzeń na długie więzienie.
Rösner, choć miał ku temu okazję, nie zdecydował na ucieczkę do Prus, wierząc w ułaskawienie (zbiegło dwóch skazanych, jeden, dzięki jezuitom, doczekał się łaski). Inni zostali aresztowani i wkrótce ścięci pomimo listów protestacyjnych przysłanych przez królów Prus, Wielkiej Brytanii i Danii. Wkrótce Europę zalała fala publikacji na temat religijnych prześladowań w Rzeczypospolitej. „Polacy są najdzikszym i najobrzydliwszym narodem Europy” – ogłaszała jedna z nich. Nic więc dziwnego, że polityczną rozgrywkę Augusta II zręcznie podchwyciła pruska i rosyjska dyplomacja, by użyć jej zarówno przeciw królowi, jak i słabnącemu krajowi.
Na szczęście we współczesnej Polsce spór o konotacji religijnej rozpala głównie elity. Ale ideowców wśród nich jest jak na lekarstwo. Choć oczywiście, kiedy do jednego programu zaprosi się Kazimierę Szczukę i Tomasza Terlikowskiego, to awantura będzie gwarantowana, a zamiast polemiki usłyszy się pokrzykiwania obojga: „Ja z fanatykiem nie rozmawiam!”. Natomiast wśród partyjnych przywódców dominują dwa cyniczne nurty. Pierwszy, dotyczy zwłaszcza PiS oraz PO i PSL, sprowadza się do pozyskiwania hierarchów kościelnych, tak by ci promowali dane ugrupowanie wśród wiernych. Z kolei lewica, wiedząc, iż nie ma na to szans, stara się osłabiać wpływy Kościoła. Choć po wyborczej klęsce Twojego Ruchu Janusza Palikota antyklerykalizm mocno osłabł. W dużej mierze dlatego, że nie przyniósł większego oddźwięku.
Co wcale nie oznacza, iż Polacy są mocno związani z Kościołem. Znamienne, jak obojętnie obserwowaliśmy ogłoszenie w Łagiewnikach Aktu Przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana, co w uproszczeniu nazywano koronowaniem Jezusa na króla Polski. Zaangażowani wierni niespecjalnie rozumieli, o co chodzi, radykałowie z ruchu domagającego się intronizacji Chrystusa nie umieli zdecydować, czy się cieszyć, zaś lewicowe media i partie przeciwko czemu protestować. Nadal więc emocje elit w kwestiach religijnych podziałów niespecjalnie rezonują w społeczeństwie. Jakby te kwestie zupełnie go nie dotyczyły.
Opozycja bez nadziei
Kiedy rok temu powstawał KOD, zapowiadało się, że kraj ostatecznie przetnie głęboki rów podziału na Polskę liberalną i narodową. Zresztą ów podział starają się pogłębić obie strony sporu. Ale po raz pierwszy role się odwróciły. Odsunięta od władzy elita, nazywająca się proeuropejską i postępową, desperacko sięga po metody walki, jakie jej ideowi liderzy stosowali w PRL.
Atak z pozycji wyższości moralnej połączonej z ruchem obywatelskim miał odwrócić powyborczą klęskę. Zgodnie z tym, co zapisał na początku lat 80. w swoim wierszu Zbigniew Herbert, stawienie oporu miało być „kwestią smaku”. Zetknięcie z nowym reżimem wzbudzałoby rosnące obrzydzenie, nakazujące przeciwstawienie się, bez względu na konsekwencje. Tak wyglądała teoria, a pierwsze, zachęcająco wypadające demonstracje, zdawały się ją potwierdzać. Tyle tylko, że druga strona zupełnie nie chciała reagować brutalnie, by choć drobnymi prześladowaniami podsycić opór. No i obrzydzenie.
Szukanie analogii z czasami PRL okazało się sprawą mało przyszłościową. W tamtych czasach wystarczał drobiazg, żeby aparat państwa wchodził w stan rozedrgania. Ot, choćby moment, kiedy środowiska twórcze chciały dyskretnie zaznaczyć, iż bardzo im ciąży zaostrzanie cenzury, likwidacja pism branżowych i sukcesywne obcinanie przydziału papieru na druk. W efekcie czego w latach 1957–1962 roczne nakłady wydawnicze książek spadły z 85 mln do 78 mln egzemplarzy. „W tym klimacie Słonimski i Lipski podjęli inicjatywę opracowania i wysłania do Premiera listu, w którym podnoszono sprawę zmiany polityki kulturalnej, cenzury oraz braku papieru” – donoszono potem w raporcie Wydziału Kultury KC PZPR.
Dwaj kontestujący panujący porządek twórcy Antoni Słonimski i Jan Józef Lipski do spisku wciągnęli poetę Pawła Hertza i autora książek historycznych Pawła Jasienicę. Dość długo wspólnie debatowali nad treścią memorandum. Wreszcie zniecierpliwiony Słonimski napisał na kartce: „Do Prezesa Rady Ministrów Józefa Cyrankiewicza. Ograniczenia przydziału papieru na druk książek i czasopism oraz zaostrzenie cenzury prasowej stwarza sytuację zagrażającą rozwojowi kultury narodowej. Niżej podpisani, uznając istnienie opinii publicznej, prawa do krytyki, swobodnej dyskusji i rzetelnej informacji za konieczny element postępu, powodowani troską obywatelską, domagają się zmiany polskiej polityki kulturalnej w duchu praw zagwarantowanych przez konstytucję państwa polskiego i zgodnych z dobrem narodu”. Po obejrzeniu tej dość niewinnej w treści petycji Jan Józef Lipski zanotował: „Mimo że miałem chęć – nie zaproponowałem żadnych zmian, po pierwsze dlatego, by nie urazić dumy autorskiej Pana Antoniego, ale jeszcze bardziej, by nie wprowadzać nastroju dalszych narad i wprowadzania nowych poprawek”. Inni jej czytelnicy zachowali się podobnie.
Ostatecznie list do premiera Cyrankiewicza podpisały 34 sławne osobistości ze świata kultury i nauki. Oprócz autorów byli to m.in: Maria Dąbrowska, prof. Karol Estreicher, Aleksander Gieysztor, Melchior Wańkowicz. Przekrój ideowy prezentował się imponująco. Od komunizującego i współpracującego z wywiadem PRL prof. Leopolda Infelda, socjalisty prof. Edwarda Lipińskiego po wileńskiego konserwatystę Stanisława Cat-Mackiewicza. List swojego autorstwa Słonimski zaniósł 14 marca 1964 r. do kancelarii premiera Cyrankiewicza. Tam oddał w ręce sekretarki, zakładając, iż cała sprawa zostanie załatwiona bardzo dyskretnie. Jedynie prezes Związku Literatów Polskich Jarosław Iwaszkiewicz od razu czuł, czym się to skończy. „Nic mnie to nie obchodzi! W dupie mam to wszystko! Ja już jestem za stary na to...! Ach! Za granicą będą trąbić, Gomułka się wścieknie!” – oświadczył sekretarzowi ZLP Janowi Marii Gisgesowi, po czym szybko wyjechał pisać książkę do Włoch.
Wielki literat, który karierę państwową potrafił robić zarówno za czasów sanacji, jak i władzy ludowej, miał całkowitą rację. Treść „Listu 34” potajemnie przesłali na Zachód, niezależnie od siebie, Melchior Wańkowicz oraz Stanisław Cat-Mackiewicz. Dopiero wówczas władze w Warszawie zorientowały się, że w sekretariacie u Cyrankiewicza leży petycja, którą sekretarka zapomniała szefowi przekazać. Ale szef PZPR Władysław Gomułka zdecydowanie wolał wierzyć w spisek niż przypadek. Zaatakował buntowników: Lipskiego aresztowano, dwunastu innych sygnatariuszy pisma, w tym Słonimskiego, obłożono zakazem drukowania czegokolwiek. Redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego” Jana Turowicza, który też podpisał „List 34”, ukarano zmniejszeniem nakładu katolickiego pisma z 40 tys. do 30 tys. egzemplarzy. Wreszcie zatrzymano Wańkowicza i Mackiewicza. Obu sędziwym gwiazdom publicystyki postanowiono wytoczyć pokazowe procesy. Pierwszy z nich dostał wyrok trzech lat więzienia (odstąpiono od jego wykonania), drugi zmarł przed rozpoczęciem rozprawy. Ukoronowaniem represji było zmuszenie prawie 700 osób ze świata kultury i nauki do podpisania memorandum potępiającego „List 34”.
Środowiska twórcze takiego potraktowania władzom PRL nie wybaczyły. Za sprawą ogólnikowego apelu i niedopatrzenia sekretarki rozpętała się awantura, będąca dziś symbolem początku oporu inteligencji wobec komunistycznego reżimu. Co nie jest w sumie niedorzeczne, ponieważ o „Liście 34” długo informowały media na całym świecie. Uwypuklając podział, jaki nastąpił między grupą rządzącą a środowiskiem twórczym.
Współczesna próba powtórzenia tamtej historii zaowocowała farsą. Ani wsparcie „Gazety Wyborczej”, ani też innych życzliwych mediów dla KOD na niewiele się zdaje i nie jest nawet w stanie ukryć staczania się Komitetu Obrony Demokracji w stronę organizacji rozrywkowej, specjalizującej się w absurdalnych happeningach.
Państwo bez siły
„Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością” – perorował nad ośmiorniczkami Bartłomiej Sienkiewicz szefowi NBP Markowi Belce.
Słowa ówczesnego ministra spraw wewnętrznych zapadły w pamięć nie tylko dziennikarzom. Jednym z głównych haseł wyborczych PiS stało się wzmocnienie państwa. Idąc za obserwacją Sienkiewicza, który zauważał: „Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność”. Tej skuteczności miało służyć błyskawiczne anektowanie wszystkich stanowisk kierowniczych w administracji, nowelizacja ustawy o służbie cywilnej, umożliwiająca łatwą wymianę dyrektorów, oraz skok na spółki Skarbu Państwa. Po reformie aparatu skarbowego i służby celnej państwo miało się stać, zgodnie z sienkiewiczowskim marzeniem, jak zaciśnięta pięść. Na początku lata Hanna Gronkiewicz-Waltz i Roman Giertych nie ukrywali, iż jesienią spodziewają się pierwszych aresztowań wśród znajomych. W czym wtórował im Tomasz Lis. W Polsce miało być znów jak za komuny lub caratu. Władza rządząca absolutnie i bezkarnie, przy biernej akceptacji ze strony poddanych.
Wiara, że wprowadzenie takiej zmiany w polskich realiach jest możliwe, nieco zaskakuje. Po 1945 r. udało się to dzięki Armii Czerwonej i korpusom NKWD. Gdy zaś brak potężnego aparatu represji, wszelkie usiłowania dokręcenia śruby owocują błyskawicznym podziałem i równie szybkim wybuchem. Wzorzec tego procesu łatwo prześledzić na krótkiej egzystencji autonomicznego Królestwa Polskiego.
Car Aleksander I nadał mu liberalną konstytucję i duży zakres swobód. Rządy wewnętrzne sprawował Sejm oraz namiestnik, którym przez dekadę był gen. Józef Zajączek. Ten były uczestnik powstania kościuszkowskiego oraz żołnierz Napoleona, choć wiernie służył carowi, niespecjalnie akceptował rosyjską mentalność. Typowy Moskal był – wedle zapisków generała – człowiekiem „innej cnoty prócz ślepego posłuszeństwa nieznającym”. A w Królestwie przestrzeganie swobód obywatelskich uznawano za oczywistość.
Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy po śmierci Aleksandra I na tron w 1825 r. wstąpił Mikołaj I, po czym zaczął sukcesywnie ograniczać polską autonomię. Podczas dyscyplinowania Polaków najbardziej zapalnym okazał się błahy z pozoru fakt. Wielki Książę Konstanty w polskiej armii wprowadzał rosyjski styl trzymania dyscypliny. Zasadzał się on na ubliżaniu podwładnym i wymierzaniu kar cielesnych. Wśród nieprzywykłych do poniżania oficerów przyniosło to wręcz epidemię samobójstw. Czemu dziwili się Rosjanie, nierozumiejący nadwrażliwości Lachów na coś, co dla nich stanowiło naturalny sposób komunikowania się zwierzchnika z podwładnym. Knut stał się wówczas symbolem opresyjnej władzy i rosyjskiego barbarzyństwa. Gdy przywódca spisku, instruktor w Szkole Podchorążych Piotr Wysocki, wezwał kursantów do buntu, przemówienie zaczął od słów: „Wybiła godzina zemsty”. Powstanie listopadowe nie przypadkiem zaczęło się od próby ujęcia Wielkiego Księcia Konstantego, by go zgładzić.
Postawienie sobie za cel realnego przykręcenia śruby w Polsce to fundowanie sobie nieuchronnych kłopotów. W ciągu roku rządów PiS miała miejsce tylko jedna taka próba, gdy Sejm zajął się na poważnie obłędnym projektem antyaborcyjnym stowarzyszenia Ordo Iuris. Krótkie warknięcie społeczeństwa wystarczyło, by rządząca ekipa ogłosiła paniczny odwrót.
Natomiast wizja przepaści między zastraszonym obywatelem a opresyjnym rządem nadal jest jedynie tworem wyobraźni odsuniętej od władzy elity. Aparat państwa nie tworzy jednej „pięści”, ponieważ wprowadzane zmiany przyniosły przede wszystkim rosnący bezwład połączony z zupełnym załamaniem i tak wcześniej bardzo marnego morale urzędników.
Analizując codzienne reakcje Polaków, dojście do wniosku, że największym problemem jest trwający spór polityczny i niemożność osiągnięcia kompromisu, nie wydaje się wcale takie oczywiste. Werbalna i głównie kawiarniana wojna polsko-polska wydaje się wręcz kwestią drugorzędną. Ponieważ społeczeństwo okazuje się zadziwiająco obojętne na generowane odgórnie podziały i konflikty. O wiele istotniejszy staje się fakt, iż odsunięta od władzy elita nie potrafiła i nie potrafi czuć się odpowiedzialna za państwo ani działać dla dobra wspólnego. Zastąpiła ją natomiast taka, która nie potrafi niczym zarządzać ani działać konstruktywnie. Obie natomiast równie skutecznie prokurują szkody.
Społeczeństwo zaś nie jest w stanie wygenerować z siebie „trzeciej elity”, zdolnej pracować na rzecz jego dobra. „Ch ..., dupa i kamieni kupa” – mawiał przy takich okazjach były minister Sienkiewicz.
Zagadkowo łagodne efekty wojny polsko-polskiej tłumaczyć może jedynie to, że dotyczy ona tylko nielicznych elit. Tej odsuniętej od władzy, toczącej bój o to, by ją odzyskać, i nowej, uparcie udającej, że elitą nie jest, a jedynie pokornym sługą suwerena. Zaś suweren – my, obywatele – niespecjalnie wierzy, by jego zdanie cokolwiek znaczyło