Największy z emiratów. Trzymilionowe państewko-metropolia. Miejsce, które budzi skrajne emocje. Tak pewnie musiała działać na Europejczyków Ameryka początków XX w. Tak jeszcze niedawno działały na przybyszów Chiny. Zresztą to chyba nieuchronne - w każdym czasie oraz w każdym historycznym momencie pojawiają się miejsca, które przeżywają gwałtowny rozwój w bardzo krótkim czasie. To przeciwieństwo znanego przepisu-anegdoty na piękny angielski trawnik: podlewać niespiesznie przez trzysta lat i gotowe. Tu odwrotnie. W takich miejscach wszystko dzieje się superszybko. Rozwój jest przerażający i przytłaczający. Dubaj jest właśnie jednym z takich miejsc. Miasto drapaczy chmur wyrosłych w ciągu kilkunastu lat na pustynnej ziemi. Przepych i zbytek nowoczesnych hoteli, w których nikt nie mieszka, sąsiaduje z migrantami zarobkowymi pracującymi w nieludzkich warunkach blaszanych hal nagrzewających się do nieznośnych temperatur. Tak, właśnie takie skrajności musiał widzieć Dickens w Londynie w czasach wiktoriańskich. Takie dysonanse zrodziły najlepsze teksty o Ameryce sprzed stu lat albo o Związku Radzieckim czasów stalinowskiej industrializacji.
Dubaj wciąż czeka na swoich Dickensów i Steinbecków. Ale teraz dostajemy do ręki reportaż Anny Dudzińskiej. To nie jest opowieść zawodowego obieżyświata. To autorski portret konkretnego miejsca. Pisany z dużą porcją empatii i zrozumienia dla bohaterów. Jest też niezbędny kontekst historyczny i kulturowy, dzięki któremu można więcej z tego wszystkiego zrozumieć. Gdybym mógł coś autorce doradzić, to pewnie właśnie to, by było go jeszcze więcej.