Z Raulim Virtanenem rozmawiają Jędrzej Dudkiewicz i Jakub Styczyński
Podobno jest pan pierwszym człowiekiem, który odwiedził każdy kraj na świecie – w 1988 r., kiedy było ich 170, i teraz, kiedy jest ich 195.
Niechętnie się tym chwalę, bo większości nigdy nie będzie dane tego doświadczyć.
Reklama
Ale teraz wrócił pan właśnie z Ukrainy, a wcześniej dokumentował pan konflikty na całym świecie. Co skłoniło młodego Fina, żeby 50 lat temu wyruszyć do Wietnamu i relacjonować wojnę?
Miałem 24 lata i byłem dziennikarzem działu zagranicznego. W tamtym czasie byłem bardzo nieśmiały i wyszedłem z założenia, że najlepiej będzie się z tej przypadłości wyleczyć, skacząc na głęboką wodę. Odbyłem 10-miesięczną samotną podróż po obu Amerykach. Gdy wróciłem w 1972 r., w Wietnamie nie było jakiegokolwiek korespondenta z Finlandii. Przekonałem więc redaktorów, żeby wysłali mnie. Miałem za zadanie przybliżyć rodakom obraz wojny oraz jej wpływ na dotkniętych przemocą ludzi.

Reklama
Jakie miał pan oczekiwania względem tego wyjazdu?
Te kilka tygodni w Wietnamie wywarło na mnie olbrzymi wpływ. Oczekiwań dziś już zupełnie nie pamiętam, ale i tak bardzo szybko zostały rozbite przez wyjątkowe okrucieństwo tego konfliktu. Chyba nikt nie jest gotowy, aby oglądać rozczłonkowane ciała po bombardowaniu w Da Nang czy okaleczone dzieci w szpitalu. Redakcja prosiła mnie, żebym dokumentował takie obrazy, ale z początku nie byłem w stanie tego robić. Prawie mdlałem i musiałem szybko wychodzić, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Ale ten wyjazd był jednocześnie niezwykłą przygodą. Latałem amerykańskimi helikopterami nisko nad rzeką Mekong. Z otwartymi drzwiami i ze strzelcami obsadzonymi na stacjonarnych karabinach maszynowych. To było dokładnie tak, jak można było później zobaczyć w „Czasie apokalipsy” albo w „Łowcy jeleni”. Dla mnie to była rzeczywistość. Żołnierze zostawiali mi na noc w chatce karabin, na wypadek gdyby nasz obóz został zaatakowany, ale przez myśl mi nawet nie przeszło, aby go tknąć. Ta mieszanina emocji i doświadczeń sprawiła, że zdecydowałem się relacjonować inne konflikty. Chciałem się koncentrować na ukazywaniu okropieństw wojny, a nie na aspektach militarnych. Wolałem poznawać historie cywilów, niż wysłuchiwać politycznych deklaracji.
Wraz z wojną wietnamską po raz pierwszy konflikt wkroczył do salonów w zwykłych domach. W dokumencie „The Vietnam War” (reż. Ken Burns, Lynn Novick) amerykańscy żołnierze mówili, że w tamtym czasie przestali ufać swojemu rządowi. Czy dostrzegł pan tę przemianę w myśleniu opinii publicznej?
Oczywiście. Pamiętam amerykańską propagandę, zgodnie z którą upadek południowego Wietnamu miał wprowadzić w ruch domino doprowadzające do rozpanoszenia się myśli komunistycznej na nieodległe kraje, w tym na Australię. Z czasem amerykańscy dziennikarze zaczęli wnikliwiej badać aspekty wojny i dostarczać nieprzychylne Waszyngtonowi materiały. Dało się dostrzec zmianę percepcji konfliktu wśród obywateli. Wszystko zaczęło im się układać w głowie: obrazy niezwykłego cierpienia oraz śmierci żołnierzy i cywilów, masakr, a także zbrodni wojennych. 50 lat temu powstało słynne zdjęcie „Napalm Girl” – symbol tego konfliktu. Niektórzy mówią, że ta jedna klatka miała olbrzymi wpływ na powstanie ruchów antywojennych, ale takich zdjęć było mnóstwo, np. fotografia ukazująca zabójstwo schwytanego oficera Wietkongu przez szefa policji Południowego Wietnamu z 1 lutego 1968 r. Podobne obrazy oddziaływały na widzów znacznie bardziej niż tysiące materiałów publikowanych dziś w mediach społecznościowych.
Czy od kiedy pan pamięta, na świecie kiedykolwiek był pokój?
Mam wrażenie, jakby wojny nigdy się nie kończyły.
Ile ich pan widział?
Zdecydowanie zbyt wiele. Nawet trudno mi je wszystkie wymienić. Po Wietnamie pojechałem do Kambodży, kiedy Czerwoni Khmerzy przejęli władzę. Byłem w Afganistanie, gdy mudżahedini zaczęli wojnę. Zresztą do dziś byłem w tym kraju 13 razy – ostatnio, gdy talibowie wrócili do władzy. Odwiedzałem różne kraje w trakcie wojen domowych. Sri Lankę, Liban, Nepal. Relacjonowałem przejęcie Timoru Wschodniego przez Indonezję (1975 r.). Opisywałem dyktaturę Ferdinanda E. Marcosa na Filipinach (1973–1981). Dokumentowałem też wojny na Bliskim Wschodzie, w tym tę bezsensowną, krwawą i trwającą osiem lat wojnę między Irakiem a Iranem. Widziałem wypędzenie z kraju Kurdów przez reżim Saddama Husajna. Potem straszny najazd Iraku na Kuwejt w 1991 r. Nagrywałem wojny w Somalii, Etiopii, Namibii, Rodezji, Angoli, Sierra Leone, Libii, a także rewolucję w Nikaragui (1971 r.), przewrót Pinocheta w Chile (1973 r.), podobne działania w Peru czy Kolumbii. W Salwadorze zastrzelono jednego z moich najlepszych przyjaciół… Nie pominąłem też wojen w Bośni i Hercegowinie, Chorwacji, Kosowie. Patrzyłem na arabską wiosnę w Egipcie i na niedawny konflikt w Syrii, który relacjonowałem z dwóch stron – z Damaszku i ze strony wojsk opozycji. Czasem sam nie zdaję sobie sprawy, jak przerażające było te 50 lat mojej pracy.
Wiele z wymienionych przez pana wojen nie było czarno-białe. Czy korespondent wojenny może sympatyzować z jakąkolwiek stroną konfliktu?
Dyskusja na ten temat toczy się od dawna. Pamiętam, że w pierwszej połowie lat 90. reporterzy BBC w Sarajewie przyjęli strategię, że jeśli dają dwie minuty na relację ukazującą cierpienie cywilów w oblężonej stolicy Bośni i Hercegowiny, to tyle samo powinni poświęcić przedstawieniu racji sił atakujących miasto. Rozumiem chęć zachowania obiektywizmu, ale, szczerze mówiąc, takie podejście nigdy mnie nie przekonywało. Bo to trochę tak, jakby dawać minutę na wypowiedzi uwięzionych w Auschwitz-Birkenau, a potem stawiać przed mikrofonem Adolfa Hitlera próbującego uzasadnić swoje okrucieństwa.
W Sarajewie był też słynny korespondent wojenny Martin Bell, który z kolei twierdził, że dziennikarz zawsze musi stawać po stronie uciśnionych. Osobiście zawsze kierowałem się tą zasadą. Nie robiłem reportaży o tym, dlaczego prezydent Baszar al-Asad czy Rosjanie zrzucają bomby na ludność cywilną w Syrii, tylko o tym, jak to wpływa na cywilów.
Nawet w internecie długość tekstów i materiałów wideo jest ograniczona. Szkoda mi miejsca na przytaczanie bezsensownych mów dyktatorów. Oczywiście trzeba dostarczać widzom faktów i starać się nie być zbyt rozjuszonym przez okropieństwa, które się relacjonuje.
Czyli teraz staje pan po stronie Ukraińców.
Zdecydowanie tak. Zresztą nawet gdybym chciał relacjonować konflikt z punktu widzenia Rosjan, nie byłoby to możliwe, bo oni nie dopuszczają niezależnych dziennikarzy. Przez to nie wiemy dokładnie, co robią na zajętych terenach Ukrainy. Widzimy jedynie materiały wyprodukowane przez propagandzistów. Chociaż Ukraińcy też wprowadzają ograniczenia dla reporterów. Niechętnie wpuszczają ich np. do szpitali, żeby nie robić zbyt dużo zdjęć umierających w nich obywateli i żołnierzy. Zdaniem tamtejszych oficjeli takie obrazy mogłyby złamać morale i stwarzać pokusę dogadania się z Rosją. Nie bardzo można też zapuszczać się na niektóre tereny. Oficjalnym wytłumaczeniem jest, że mogą tam być miny albo że zdjęcia sprzętu czy żołnierzy mogłyby zdradzić ich pozycję nieprzyjacielowi. To akurat jest zrozumiałe – przy dzisiejszej technologii nagranie na żywo z frontu mogłoby w ciągu kilku minut skończyć się ostrzałem artyleryjskim tych pozycji. Wywiady z żołnierzami też są utrudnione. Szkoda, bo w obliczu zagrożenia są szczerzy. Lubię napić się z nimi kawy, popytać o uczucia, rodzinę. W innych konfliktach, gdy nie mogłem rozmawiać z żołnierzami, szedłem do partyzantów. Oni byli wyjątkowo gadatliwi.
Ale pewnie wygłaszali kontrowersyjne opinie. Jak dziennikarz powinien do nich podchodzić? Czy powinien oddawać głos talibom mówiącym, że osoby z grupy LGBTQIA+ zasługują na śmierć?
Takie stwierdzenia należy opatrzyć własnym komentarzem albo wypowiedzią jak najbardziej niezależnych ekspertów. Mam też pewną wiarę w swoich widzów – myślę, że wielu rozumie, kiedy ktoś opowiada niedorzeczne bzdury. Zawsze staram się jednak publikować opinie, a nie mowę nienawiści czy nawoływanie do przemocy. Nawet w prowadzonych przez siebie mediach społecznościowych dbam o pewien poziom dyskusji w komentarzach. I choć zajmuje to sporo czasu, to i tak czuję się za to odpowiedzialny.
Nie kusi pana, żeby spróbować wyjaśnić coś fanatykom?
Nie robię tego. Wykłócanie się z kimkolwiek nie jest moim zadaniem, bo nie opiszę przecież takiej konfrontacji w mediach. Wojacy też mają do mnie pewien szacunek, bo rozumieją moją rolę. A w dzisiejszych czasach jest o tyle łatwiej, że mogą sprawdzić w internecie, kim jestem. Dzięki Google nie jestem z miejsca uznawany za szpiega przysłanego przez nieprzyjaciela. To akurat cieszy, bo nie było mi do śmiechu, gdy wiele lat temu partyzanci w Afryce aresztowali mnie pod zarzutem szpiegostwa i trudno było udowodnić, że jest inaczej – legitymacja prasowa nie wystarczała. Ostatecznie jakoś mi się upiekło. Ale też – mimo różnicy zdań w wielu sprawach – dość dobrze dogadywałem się np. z talibami.
Chyba łatwo zaskarbia pan sobie przychylność ludzi z bronią.
To część mojej pracy. Ale jeśli zapytają panowie, jak to się dokładnie robi, to wzruszę ramionami. Do każdego staram się podchodzić indywidualnie i szukać porozumienia. Wszystkich traktować z szacunkiem, nawet jeśli są to terroryści i mordercy. Choć nie przeczę, że zdarzało mi się wykazywać pewnym sprytem. Jednemu talibowi pokazywałem swoje zdjęcia z Afganistanu z lat 80. I przekonałem go, że wojownik stojący obok mnie na fotografii może być jego dziadkiem walczącym w wojnie wiele lat temu. Na niewyraźnej odbitce słabo było widać twarz, w dodatku schowaną za gęstą brodą i turbanem. Kupił tę historię i od tamtego momentu traktował mnie bardzo przyjaźnie.
Został pan kiedyś przyłapany na kłamstwie?
Na szczęście nigdy nikogo nie wkurzyłem. Wiele lat pracy w różnych regionach konfliktów sprawiło, że mogłem nosić ze sobą archiwalne zdjęcia i pokazywać, kim jestem i czym się zajmuję.
Większość ludzi zna wojnę tylko z filmów. Pan doświadczał jej wszystkimi zmysłami…
Jeżeli panowie o to pytają, to nie pamiętam zapachu napalmu o poranku. Wydaje mi się, że nieźle radzę sobie ze stresem. Chociaż kilka dni temu miałem koszmar, w którym byłem wciąż w Ukrainie i pies ukradł mój aparat fotograficzny, a ja panikowałem, że stracę narzędzie pracy, a w dodatku ktoś zobaczy zrobione przeze mnie zdjęcia – lepsze i gorsze. Pamiętam też, że źle spałem po zamachu stanu na Cyprze w 1974 r. W moim koszmarze żołnierze wpadli do budynku i zaczęli do mnie strzelać. To było prawie 40 lat temu. Ogólnie sypiam bardzo dobrze, ale po powrocie z Buczy, gdy jechałem po Finlandii samochodem i zauważyłem po drodze czarny worek przy śmietniku, w pierwszej chwili pomyślałem, że są w nim zwłoki. Takie wizualne skojarzenia się jednak wycierają. Potrzeba na to dni, tygodni, czasem miesięcy, jeżeli dłużej pracuje się nad materiałem. Przez pół wieku doświadczyłem zresztą tylu rzeczy, że nie sposób ich wszystkich łatwo przywołać. Na szczęście mam mnóstwo zdjęć, które rozbudzają wspomnienia, ale to mnie nie stresuje. Gorsze są wyrzuty sumienia.
Z jakiego powodu?
Że można ot tak wyjechać do domu – w moim przypadku do Finlandii, uznawanej za najszczęśliwszy kraj na świecie – gdy inni muszą zostać w strefie zagrożenia. Mam poczucie winy, bo myślę sobie, że mógłbym zrobić więcej dla dotkniętych wojną cywilów. Niewątpliwie ma to wpływ na moje postrzeganie świata. Już dawno uświadomiłem sobie, że pieniądze nie mają żadnego znaczenia, jeśli nie czujesz się bezpiecznie.
Za każdym razem, kiedy wyjeżdżałem do oblężonego Sarajewa, życzyłem ludziom, żebyśmy zobaczyli się w lepszej sytuacji. A potem wracałem i widziałem ich frustrację. Bo przecież wielokrotnie opowiadali mediom o swoich krzywdach, a konflikt trwał dalej.
Ostatnio wracałem z Ukrainy przez Kraków, a stamtąd do domu fińskimi liniami lotniczymi. Latam nimi od tak dawna, że stewardesa poinformowała mnie o przysługującym mi kieliszku szampana. W normalnych okolicznościach ucieszyłbym się, ale wtedy odmówiłem, bo przecież dopiero co zostawiłem za sobą ludzi, którzy stracili wszystko.
Tylko co jeszcze mógłby zrobić dziennikarz dla ludzi dotkniętych wojną?
Kiedy ktoś mnie pyta, jak można pomóc ofiarom konfliktów, wskazuję kilka najważniejszych organizacji zajmujących się tą kwestią, które można wesprzeć finansowo. Bywałem zresztą mniej lub bardziej zaangażowanym członkiem takich organizacji pozarządowych. Ale dziennikarze mają swoje zadania i powinni skupić się na tym, co robią najlepiej. Na pewno nie wolno im chwytać za broń. Zdarzyło mi się za to pomagać nieść nosze z rannymi, brodząc w kolumbijskim błocie.
Jeżeli chodzi o pomoc finansową, to nie jestem człowiekiem specjalnie majętnym, więc nie mogę dawać każdemu napotkanemu pokaźnego pliku dolarów. A nawet gdybym miał się czym podzielić, to jaka suma byłaby wystarczająca? Jaki rodzaj pomocy można by uznać za faktycznie wnoszący coś w życie tych osób?
Doświadczenie jednej wojny albo nawet jednej strzelaniny byłoby niezwykle traumatycznym przeżyciem dla większości ludzi. Pan po wojnie w Wietnamie wyruszył na maraton po najbardziej niebezpiecznych miejscach na ziemi. Chodziło o dreszczyk emocji, doświadczenie najważniejszych wydarzeń, odkrywanie tajemnic? A może jest pan po prostu szalony?
Życie w Finlandii jest relatywnie nudne, a takie przygody na pewno uzależniają (śmiech). Wydaje mi się też, że jestem bardzo dociekliwy. Nawet teraz, w Ukrainie, mój tłumacz irytował się, bo gdy tylko widziałem idących przy drodze albo siedzących w małej wioseczce ludzi, chciałem się zatrzymywać i robić z nimi wywiady. W takich losowych miejscach można znaleźć najlepsze historie. Zresztą od początku przełamywałem w ten sposób swoją nieśmiałość. Uczyłem się od ludzi i za swoje zainteresowanie byłem obdarowywany ich przyjaznym nastawieniem. Niewątpliwie mnie to zmienia, co jednak widzę w Finlandii. My, Finowie, niezbyt dużo się uśmiechamy, co najwyżej, gdy sobie popijemy. A ja chodzę po Helsinkach czy Tampere, szczerzę się i odzywam do przypadkowych osób. A one nie rozumieją, dlaczego tak dziwnie się zachowuję. Nie próbuję się jednak zmienić czy przejść na emeryturę. Dopóki ludzie są zainteresowani tym, co robię, dopóty będę się tym zajmował.
Mówi pan, że w Finlandii czuje się nieco wyobcowany. W miejscu wojny jest panu lepiej?
Podróż na front to zawsze mieszane uczucia. Z jednej strony wiem, że zobaczę cierpienie, a z drugiej – że spotkam przyjaciół. Innych dziennikarzy, przedstawicieli Czerwonego Krzyża, z którymi znam się od dziesięcioleci. Mogę porównać z nimi materiały, notatki, podpytać o lokalną specyfikę. To takie moje plemię, przy którym czuję się najlepiej. Zawsze znajdujemy czas, by usiąść razem po pracy, napić się piwa albo wina, pogadać o złych chwilach, ale i wspomnieć te dobre. Bo zawsze są też dobre! I ta lista znajomych się powiększa – w Kijowie miałem okazję współpracować z fantastycznymi dziennikarzami z Danii czy Japonii. Dla porównania, moi sąsiedzi w Finlandii mówią kurtuazyjnie, że to dobrze, że udało mi się bezpiecznie wrócić z kolejnej podróży. I wiem, dlaczego to mówią, ale jednocześnie tkwi mi w głowie myśl, że przecież zostawiłem za sobą całe rzesze ludzi, którzy oddaliby wszystko za to poczucie bezpieczeństwa. Gryzę się jednak w język, bo wiem, że nawet osoby śledzące wydarzenia ze świata nie mogą sobie wyobrazić, jakie to uczucie – żyć w strefie konfliktu.
Na pewno są koszty stylu życia, który pan sobie wybrał.
Nie ma co ukrywać, że ciągłe i w dużej mierze nieoczekiwane podróże mają bardzo negatywny wpływ na życie prywatne. Ja i wielu moich kolegów po fachu jesteśmy rozwiedzeni, niektórzy nawet kilkukrotnie. To bardzo wymagające być w związku z kimś, z kim trudno cokolwiek zaplanować. No bo przecież za chwilę coś ważnego może się zdarzyć na świecie i korespondent wojenny musi tam być. Często przypominam sobie, jak kilka dni przed Bożym Narodzeniem łapałem ostatni pociąg do Bukaresztu, by relacjonować sytuację po obaleniu prezydenta Nicolae Ceaușescu w 1989 r. Jestem jednak przekonany, że nigdy nie straciłem czasu, który mógłbym lepiej spożytkować, np. na relacje rodzinne. Były za to przypadki, gdy powinienem gdzieś zostać dłużej, by mieć lepszy materiał dziennikarski, ale musiałem wracać do domu.
Szkoda mi miejsca na przytaczanie bezsensownych mów dyktatorów. Oczywiście trzeba dostarczać widzom faktów i starać się nie być zbyt rozjuszonym przez okropieństwa, które się relacjonuje
Zawsze staram się szukać pozytywów. Moje dzieci zobaczyły ze mną kawał świata, pokazywałem im głównie kraje rozwijające się. Raz zabrałem swojego syna do więzienia w Afryce, gdzie tłumaczyłem mu, że siedzą w nim prawdziwi ludzie, nie bohaterowie kreskówek. I że są tam z różnych powodów, nie zawsze dlatego, że zrobili coś obiektywnie złego. Uczyłem dzieci, że świat nie jest czarno-biały.
A nie ucieka pan z domu, żeby pobyć sam?
To dla mnie po prostu bardzo wygodne. Jazda z ekipą trzech, czterech osób nie przynosi tak dobrych efektów, bo grupa bywa niecierpliwa, a ludzie krępują się przed sztabem dziennikarzy. Samotny podróżnik zawsze jest traktowany przyjaźniej. Dużo łatwiej jest wtedy nawiązywać znajomości, podróżować we własnym tempie. Ale tak, lubię być sam. Moim ulubionym sportem jest golf. Jestem w nim fatalny, ale i tak sprawia mi sporo frajdy. Długie spacery w poszukiwaniu piłeczki pomagają oczyścić umysł.
Często wraca pan do miejsc, w których już był. Jeżeli nie po to, by relacjonować kolejną wojnę, to aby zobaczyć, jak zmienił się dany kraj i jak życie wróciło do normy. To też jakiś sposób terapii?
Uważam, że następcze materiały są bardzo ważne. Wiele redakcji je lekceważy, a przecież życie wraca do normy albo przynajmniej częściowo się stabilizuje niezależnie od stopnia okrucieństwa, które się wydarzyło. Niedawno widziałem materiał w brytyjskim dzienniku „The Independent” na temat Idlibu, miasta w północno-zachodniej Syrii. Wiele osób myśli, że wojna nadal tam się toczy, tymczasem otworzyły się tam na nowo uniwersytety, bazary zaroiły się od ludzi. Lubię robić materiały o bohaterach swoich reportaży sprzed lat, aby zobaczyć, co się u nich zmieniło. Jak potoczyło się ich życie po wydarzeniach, w czasie których nie byli sobie oni w stanie wyobrazić jakiejkolwiek przyszłości.
Dlaczego to ważne?
Bo ludzie zapominają historię i powtarzają te same głupie błędy.
Korespondentów wojennych jest coraz mniej, przez co ludzie nie wiedzą, co dokładnie dzieje się na świecie.
To prawda. Po odejściu Amerykanów z Afganistanu tamtejsze sprawy zostały przez większość zapomniane. Los kobiet pod rządami talibów już prawie nikomu nie spędza snu z powiek. Nie wspominając już o poczynaniach Chin czy dżihadystów w Afryce. Nawet wojna w Ukrainie liczy się tylko dla tych, których chociaż pośrednio dotyczy. Redakcje niechętnie wysyłają korespondentów wojennych, bo wiąże się to z piekielnie wysokimi kosztami. Ja wychodzę z założenia, że jeśli tradycyjne media przestaną przyjmować moje materiały, to zostaną mi media społecznościowe. Wiele osób dziękuje mi za relacjonowanie konfliktów i tej wdzięczności nie da się przeliczyć na pieniądze.
Wszyscy mamy dziś niemal nieograniczony dostęp do informacji, i to w zasięgu ręki, bo w smartfonie mieszczącym się w kieszeni spodni. Badania jednak pokazują, że zainteresowanie najnowszymi wydarzeniami stale spada. Dlaczego?
To nie jest tak, że ludzie się nie przejmują. Wręcz przeciwnie, bardzo się przejmują, ale przez natłok informacji nie są w stanie ich wszystkich przetworzyć. Ludzie na pewno mają pewien limit oglądania smutnych i niepokojących treści. A dezinformacja w sieci zaciemnia i tak skomplikowany obraz wielu spraw. W dodatku zmniejszają się nasze umiejętności skupienia na jednej rzeczy. Rolą rzetelnych mediów jest wysyłanie korespondentów, by relacjonowali wydarzenia wszędzie tam, gdzie ludziom dzieje się krzywda. Brak rzetelnych informacji o świecie będzie zagrożeniem dla demokracji, np. w Stanach Zjednoczonych fake newsy zalewające media społecznościowe wyrządziły wiele szkód.
Pan świetnie sobie radzi w mediach społecznościowych, np. na Instagramie czy Twitterze…
Media społecznościowe są niezwykle potężne i jeżeli ktoś jest zainteresowany dobrymi merytorycznie treściami, to prędzej czy później je odnajdzie i będzie się ich trzymał. Z drugiej strony mówi się, że ze smartfonem podłączonym do internetu „każdy może być dziennikarzem”. Tyle że przekazy takich „dziennikarzy” łatwo zmanipulować albo źle zrozumieć, gdy twórca nie przytacza faktów lub nie informuje o kontekście zdarzenia. Wiele redakcji korzysta z takich materiałów do opisywania wydarzeń i… tnie koszty związane z wysyłaniem korespondentów za granicę.
Porozmawiajmy chwilę o Ukrainie. Jak tam obecnie wygląda sytuacja?
Przygnębiająco, ale obywatele Ukrainy trwają na posterunku mimo olbrzymich strat. Taktyki zastraszania stosowane przez Rosjan nie wystarczają, aby złamać ich odwagę. Mam przeczucie, że to będzie bardzo długa i krwawa wojna. W dodatku taka, która będzie coraz większym problemem dla różnych krajów. Zmniejszoną wydajność w produkcji żywności odczują wszyscy, szczególnie państwa afrykańskie.
Czy wojna w Ukrainie przypomina panu jakiś inny konflikt?
Ten w Syrii. Widzę tę samą skalę zniszczenia, bo Rosjanie w Ukrainie stosują podobne taktyki. Jestem bardzo zawiedziony krajami Zachodu, w tym także Finlandią, że przez wiele lat tolerowali poczynania Putina. Przecież wiedzieli, jakim jest człowiekiem, co robił w Gruzji, Czeczenii oraz Syrii. Jak traktuje opozycjonistów, np. Nawalnego, i jakie ma plany ekspansji. Na to wszystko przymykano oko, żeby mieć tańszy gaz i ropę.
Sankcje na Rosję są spóźnione?
Tak, ale lepiej późno niż wcale. Sankcje, wsparcie militarne i planowane rozszerzenie NATO o Finlandię i Szwecję bardzo mnie cieszą. Bo to wbrew planom Putina.
Świat rozumie, że to on jest czarnym charakterem w tej historii?
Na pewno zdecydowana większość. Zbrodnie wojenne dokonane w Ukrainie widzieli już chyba wszyscy. Ludzie z Irpienia, Borodianki, Buczy czy Czernihowa opowiadają historie o brutalności i przemocy seksualnej.
I niektórzy negują ich relacje.
Oczywiście na każdej wojnie są ludzie, którzy kłamią albo wyolbrzymiają pewne sprawy, ale w Ukrainie dziesiątki niezależnych mediów przedstawiają podobne historie na podstawie uzyskanych dowodów i relacji niepowiązanych ze sobą ludzi. Nie ma zatem mowy o jakiejkolwiek dezinformacji. Nie mam wątpliwości, że to Ukraina wygrywa wojnę informacyjną, bo mało kto słucha rosyjskiej propagandy. W tym konflikcie jest wyraźnie dobry i zły. To walka Dawida z Goliatem – i ludzie to widzą.
Na czyją korzyść jest przedłużająca się wojna?
Część ekspertów uważa, że czas gra na korzyść Ukrainy, bo zachodnie państwa w końcu dostarczą jej potrzebny sprzęt do walki. Inni z kolei twierdzą, że z czasem Ukraina będzie krwawić coraz bardziej, a Zachód – ze względu na rosnące koszty życia obywateli – w końcu złamie się i będzie szukał współpracy z Putinem. Mnie osobiście cieszy jednak solidarność Zachodu w walce z rosyjskim agresorem. I bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie wizyta w Kijowie prezydenta Francji, kanclerza Niemiec oraz premiera Włoch. To niezwykle ważny symbol, zwłaszcza w obliczu wcześniejszych wypowiedzi Emmanuela Macrona o tym, że Putin powinien mieć możliwość wyjścia z twarzą z rozpoczętej przez siebie agresji.
Pewnie patrzy pan w przyszłość raczej pesymistycznie?
Zawsze po krwawym konflikcie słyszę, jak ludzie mówią: „Nigdy więcej”. Śmiem być sceptyczny. W trakcie oblężenia Sarajewa myślałem, że to niemożliwe, żeby ludzkość powtórzyła coś tak niewyobrażalnie brutalnego. A chwilę potem oglądałem masowe groby w Srebrenicy. Mimo wszystko mam w sobie sporo optymizmu. Choć nie w tej chwili, nie bezpośrednio po powrocie z Ukrainy. Wiem jednak, że w końcu uwolnię się od tego negatywnego nastawienia. I wrócę do trzymania się swojej misji, by tworzyć w mediach forum dla tych, którzy powinni być wysłuchani.
Wyobraża pan sobie inne życie, inny zawód?
Gdybym nie był korespondentem, pewnie byłbym lekarzem podczas misji pokojowych. Może byłoby to nawet lepsze, bo im często pozwala się iść jeszcze dalej, w głąb frontu. ©℗
Materiał powstał przy wsparciu realizowanego przez Centrum Edukacji Obywatelskiej i Vikes programu „Transforming Communities”, który jest finansowany ze środków Unii Europejskiej oraz Fondation Nicolas Puech