Tak zareagowała na Facebooku Danuta na artykuł na temat umożliwienia Ukraińcom korzystania z ofert powiatowego urzędu pracy: „Dla swoich nie ma pracy, a obcym jak najbardziej”. Pod tekstem o tym, że uchodźcy mogą starać się o numery PESEL, uaktywnił się Grzegorz: „Obywatelstwo im od razu dajcie po co chodzić dwa razy”. „Bolesne jest to że ich stanu konta nikt nie sprawdza dostaną pieniądze u siebie i w Polsce , a matka Polka przekracza 1 zł i zasiłku rodzinnego nie dostanie” – dodała Anna.
To tylko niektóre wpisy (pisownia oryginalna) pod dwoma artykułami z ostatnich dni na jednym z fanpage’ów średniej wielkości miasta w północno-wschodniej Polsce. Nie są to głosy opłacanych przez Moskwę trolli. To profile ludzi od lat obecnych na FB, którzy wrzucają zdjęcia z rodzinami i opisują codzienność. Nie jest to dobry prognostyk, jeśli chodzi o to, co będzie się działo w najbliższych tygodniach. W niewiele ponad miesiąc od rozpoczęcia wojny polską granicę przekroczyło 2,3 mln uchodźców. Nie wszyscy zatrzymali się u nas, część powędrowała na zachód Europy. Prawdopodobnie ok. 1–1,5 mln Ukraińców zostało. I część nich będzie z nami dłużej, nawet jeśli wojna skończy się jutro.
Nie zarzucam Polakom szczególnej skłonności do uprzedzeń. Jako gatunek jesteśmy po prostu, pisze Jonathan Haidt, profesor psychologii Uniwersytetu Nowojorskiego, istotami grupolubnymi – ogromna część naszego funkcjonowania i relacji opiera się na dostrzeganiu różnic między swoimi a obcymi. Inny amerykański psycholog, Paul Bloom, przypomina eksperyment z lat 50. XX w., podczas którego losowo podzielono 20 piątoklasistów na dwie grupy. W ciągu kilkunastu dni „bandy” zaczęły podkreślać odrębności, wypracowywać rytuały, stworzyły własne flagi, a członków swojej społeczności opisywały jako m.in. silniejszych oraz szybszych. Eksperymentów potwierdzających grupolubność przeprowadzono tysiące. Potwierdziły one, że przywiązanie do własnej grupy i w najlepszym razie nieufne traktowanie innych jest dla naszego gatunku emocją pierwotną.
Reklama
Jeżeli więc przyjmujemy, że ludzie są z natury grupolubni, trudno oczekiwać, że uda nam się uniknąć społecznych napięć. Można jednak je ograniczać.
Swoi i obcy

Reklama
Jak? Przez utrzymywanie na niezmienionym poziomie jakości życia miejscowych. Bo resentymenty kiełkują na podglebiu pogarszającego się dobrostanu. – Z pewnością nastąpi zmęczenie uchodźcami z Ukrainy. Tak zadziało się w Niemczech, które w 2015 r. przyjęły milion migrantów. Tam też na początku był „boom” na pomaganie, zaś rok później sondaże pokazywały znacząco mniejszy entuzjazm – mówi dr Dominika Pszczółkowska z Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego.
Bez wątpienia na postrzeganie Ukraińców wpłyną nasze kłopoty gospodarcze: inflacja i spowolnienie wzrostu PKB. Według marcowej prognozy NBP wzrost cen w tym roku z 50-procentowym prawdopodobieństwem będzie w przedziale między 9,3 proc. a 12,2 proc. Tak wysokiego skoku nie było od 2000 r. Rosnąca inflacja w drugiej połowie poprzedniego roku i na początku obecnego była związana z popandemicznymi realiami gospodarczymi. Ale na istniejące problemy nałożyła się rosyjska inwazja. Ta poskutkowała nie tylko niepewnością na rynku surowców (energia), lecz także – a może przede wszystkim – osłabieniem złotówki. To ostatnie było podyktowane zjawiskiem awersji do ryzyka, a więc odwrotem części inwestorów z Polski, kraju sąsiadującego z najechaną Ukrainą. Dlaczego wartość złotówki ma znaczenie? Ponieważ np. surowce na rynkach są kupowane za dolary czy euro. Efekt osłabienia naszej waluty mogliśmy niedawno obserwować na stacjach benzynowych, kiedy ceny paliw wręcz oszalały. Pierwszy szok mamy prawdopodobnie za sobą, ale jego skutki będą widoczne w gospodarce jeszcze przez długi czas. A więc będzie drożej – co do tego nie ma większych wątpliwości.
To procesy, które przez część społeczeństwa mogą zostać zinterpretowane jako „wina Ukraińców”. Ta część nie będzie się zastanawiać nad cenami surowców czy kursami walut, tylko dostrzeże związek między drożyzną a uchodźcami. Prawdopodobne, że znajdą się także siły polityczne, które zechcą tę niechęć zagospodarować. Nie wspominając o finansowanych przez Kreml trollach, siejących dezinformację i grających na społeczny podział.
Do tego, jak szacuje Polski Instytut Ekonomiczny, tempo wzrostu gospodarczego w 2022 r. będzie niższe o 0,8 pkt. proc. niż w przypadku prognoz sprzed rosyjskiej inwazji – i wyniesie 3,5 proc. Może się wydawać, że nie jest to duża różnica, ale należy pamiętać, że nawet ten niecały punkt procentowy straty przełoży się na mniejszą liczbę miejsc pracy i niższe podwyżki. Ta ostatnia kwestia to kolejny powód do niepokoju. Inflacja w połączeniu z malejącym wzrostem niosą jeszcze jedno zagrożenie – może się okazać, że po raz pierwszy od 1994 r. będziemy mieli do czynienia z realnym spadkiem średniej pensji.
To nie koniec nie najlepszych wiadomości. Bez radykalnych i mądrych działań rządu część Polaków czekają problemy z dostępem do instytucji publicznych. – Skala zmęczenia obecnością gości będzie zależeć w dużym stopniu od tego, jak polskie władze poradzą sobie z organizacją usług publicznych, w szczególności opieki zdrowotnej i edukacji, z których będzie korzystać więcej osób. Jeśli wydłużą się i tak długie kolejki do lekarzy, a klasy w szkołach znacząco się powiększą, wiele osób może ocenić, że na obecności gości traci – stwierdza Pszczółkowska.
To prawda, że z napływem w ciągu zaledwie kilku tygodni tak ogromnej liczby uchodźców nie poradziłoby sobie bezboleśnie żadne państwo. Ale chroniczne niedofinansowanie usług publicznych i niskie wynagrodzenia kadr po prostu się zemszczą. I to drugi raz w ciągu dwóch lat – byliśmy tego świadkami podczas pandemii.
– Już obserwujemy problemy ze znalezieniem mieszkań przez uchodźców. Ten problem rozlewa się na cały rynek nieruchomości. W niedalekiej przyszłości zapewne pojawią się też kłopoty związane z dostępem do ochrony zdrowia. Przybyła ogromna rzesza uchodźców, zaś liczba lekarzy i pielęgniarek pozostała taka sama. Jednym z wąskich gardeł stanie się też system edukacji. Jeżeli nie będzie dobrze dopasowanej do tych wyzwań strategii władz, to niedługo przeciętni Polacy zaczną odczuwać negatywne skutki zbyt szybkiego przyrostu populacji – mówi Joanna Clifton-Sprigg, ekonomistka z University of Bath, członkini grupy eksperckiej Dobrobyt na Pokolenia, współautorka opracowania „Systemowe wsparcie Ukrainek i Ukraińców w Polsce”.
– W wielu krajach, w których pojawiały się znaczące liczby migrantów, poparcie dla ich obecności spadało szczególnie w niższych warstwach społecznych. Widzieliśmy to m.in. w Wielkiej Brytanii, gdzie niechęć wobec obecności Polaków i innych przybyszów z Europy Środkowej została wykorzystana w kampanii przed referendum na temat brexitu. Dzieje się tak dlatego, że chociaż gospodarki krajów jako całości korzystają na obecności migrantów, korzyści te rozłożone są nierówno – tłumaczy Pszczółkowska. Zgadza się z tym Clifton-Sprigg, która uważa, że choć napływ uchodźców może nie mieć negatywnego wpływu na rynek pracy jako całość, to jednak mogą istnieć grupy szczególnie narażone na różnego rodzaju ekonomiczne presje. – Niektórzy pracownicy odczują zwiększoną konkurencję na rynku pracy czy mieszkaniowym. Ale mimo wszystko warto zauważyć potencjał w napływających pracownikach, którzy wykonują zawody w Polsce deficytowe – mówi.
Potrzebny plan
Co należy zrobić, by napięć było jak najmniej? – Jednym z najważniejszych wyzwań, przed którymi stoi Polska, jest relokacja. Nie jesteśmy w stanie przyjąć w krótkim czasie ponad miliona ludzi i zapewnić im godnych warunków życia. A mówiąc o relokacji, mam na myśli zarówno przemieszczenie tych ludzi wewnątrz naszego kraju, jak i do innych państw UE. Nie mówimy oczywiście o relokacji przypadkowej, tylko o przemieszczaniu zwartych grup – rodzin czy znajomych. By osoby, które trafiają w nowe miejsce, miały własną sieć wsparcia – mówi Joanna Franaszek, ekonomistka i współautorka opracowania „Systemowe wsparcie Ukrainek i Ukraińców w Polsce”.
Joanna Clifton-Sprigg zarysowuje trzy główne problemy, które się wiążą z migracją: mieszkalnictwo, system edukacyjny i rynek pracy. W każdym z tych miejsc jest wiele do zrobienia na poziomie planowania, finansowania, logistyki i kapitału ludzkiego. – Powinniśmy wdrożyć działania osłonowe dla biedniejszej części społeczeństwa, czyli po prostu zmniejszać nierówności – dodaje Franaszek.
Zdaniem obu ekonomistek potrzebny jest plan, który będzie zapobiegał nie tylko napięciom na tle narodowościowym, lecz także spadkowi dobrostanu Polaków oraz jego wspieraniu u ponad miliona uchodźców z Ukrainy. – Taki program powinien być wdrażany nie tylko na poziomie krajowym, ale również międzynarodowym. I nie powinien ograniczać się do kwestii infrastruktury, relokacji i finansowania, ale zadbać też o aspekt ludzki. O to, jak najlepiej zatroszczyć się o uchodźców, również o ich zdrowie psychiczne, a także o Polaków, którzy teraz ich przyjmują i często nie wiedzą, z jakimi wyzwaniami przyjdzie im się zmierzyć. Długofalowo należy także przemyśleć kwestie integracji społecznej, aby uniknąć konfliktów na tle narodowościowym. Kluczową sprawą są fundusze. Będziemy potrzebowali miliardów euro, żeby sobie poradzić – mówi Clifton-Sprigg.
Teoretycznie więc wiemy, co należy robić, aby ograniczyć antyukraińskie nastroje. Czy da się to zrealizować? Klasyk mawia, że nie ma nic lepszego niż dobra teoria, rzeczywistość jednak zdaje się zgrzytać. Widzieliśmy, jak nasz rząd radził sobie z kryzysem covidowym. Mówiąc wprost – zwłaszcza jeśli chodzi o późniejsze fale wirusa – radził sobie fatalnie, pozwalając na nadliczbowe śmierci tysięcy ludzi, czy to z powodu niekompetencji, czy to z powodu zimnych politycznych kalkulacji.
Czy tym razem czeka nas podobny scenariusz? Scenariusz, w którym mamy mniej więcej określone problemy i eksperckie pomysły na to, w jaki sposób sobie radzić z kryzysem, ale zabraknie politycznej woli do ich szybkiego i efektywnego wdrożenia? Obawiam się, że przyjdzie nam się po raz kolejny w ciągu dwóch lat mierzyć z klątwą „obyś żył w ciekawych czasach”. Najgorsze jest to, że ciekawe czasy znów pociągną za sobą spadek dobrostanu wśród grup najbardziej wrażliwych.