Każda wojna jest momentem gwałtownego przewartościowania. Polakom, którzy spontanicznie rzucili się na pomoc ukraińskim uchodźcom, może pomóc w spojrzeniu na własną historię oczyma Innego. Wprawdzie wiele nas z Ukraińcami łączy, ale w tradycyjnej polskiej narracji historycznej pojawiają się oni nieodmiennie jako uciążliwy, buntowniczy, półdziki lud pogranicza, zamieszkujący „nasze” Kresy. Lud, który należy poskromić i zwasalizować. Oczywiście ukraińska perspektywa jest krańcowo odmienna: Polacy wraz z Moskalami występują w ich opowieści w roli ciemiężców i kolonizatorów. Wydaje się, że teraz możliwe będzie wyzerowanie wzajemnego rachunku krzywd.
Zgoda narodów wymaga płaszczyzny porozumienia. To zaś musi być poprzedzone zrozumieniem. Wydaje się, że aby móc przyjąć - choć na chwilę - ukraińską perspektywę, należy przede wszystkim czytać tamtejszą literaturę. Prace historyczne? Proszę bardzo, też. Ale literatura wnosi coś innego: prawdę indywidualnego ludzkiego losu i subiektywnego przeżywania świata.
Wybrałem więc parę ukraińskich książek, które moim zdaniem warto potraktować jako swego rodzaju punkt wyjścia. Wiele z nich może być dla polskiego czytelnika prawdziwym odkryciem.
Reklama
Zacznijmy od powieści, którą na Ukrainie uznaje się za jedną z najważniejszych, jakie napisano po proklamacji niepodległości w 1991 r. - „Muzeum porzuconych sekretów” Oksany Zabużko (wyd. oryg. 2010, wyd. pol. W.A.B. 2012, przeł. Katarzyna Kotyńska). To rzecz monumentalna (700 stron!), wielogłosowa, różnorodna stylistycznie. Rozmaite literackie narzędzia były autorce potrzebne, by stworzyć powieść traktującą o odzyskiwaniu pamięci: skradzionej, zakazanej, przekłamanej. „Tożsamość naszego postkolonialnego kraju zbudowana została nie jak w wypadku Polski przez wielką historię, ale przez rozsypane historie rodzinne. Nic, co się u nas działo po roku 1933, nie zostało zapisane na kartach podręczników - ale było przekazywane w domach” - mówiła Zabużko w wywiadzie dla „Dwutygodnika”. Bohaterowie jej „Muzeum…” zapuszczają się w przeszłość, docierając do relacji o skomplikowanym losie członków UPA, o Wielkim Głodzie. Niektóre z ich odkryć mogą być dla Polaków szokujące, tak dalece odbiegają od naszych historycznych narracji. Ale to dobrze: szok jest potrzebny, czytelniczy dyskomfort to drugie imię dobrej literatury.
„Internat” Serhija Żadana (wyd. oryg. 2017, wyd. pol. Czarne 2019, przeł. Michał Petryk) to powieść równie szokująca i dyskomfortowa, ale w całkiem inny sposób. Żadan - muzyk, poeta i prozaik - mieszka w Charkowie, ale pochodzi z okolic okupowanego od 2014 r. przez putinowskich „separatystów” donbaskiego Ługańska. Główny bohater jego powieści, nauczyciel Paszko, typ mrukliwy, niezaangażowany i niezainteresowany, podejmuje się misji przejechania przez bezimienne miasto (Ługańsk? Donieck?), odebrania siostrzeńca z internatu i przewiezienia go do domu. Niby nic specjalnego - droga z centrum na przedmieścia. Problem w tym, że trwa dziwna wojna, w której śmiercionośne rakiety nadlatują znikąd, po ludziach nie sposób poznać, kto strzela, czy to nasi, czy wrogowie, a świat jakby stracił semantyczną spójność. Nonsensowny kataklizm wywraca na nice także społecznie uzgodnione podstawy definiowania rzeczywistości. Paszko, przedarłszy się przez miasto, będzie już kimś całkiem innym. „Internat” można czytać na dwa sposoby: jako realistyczną opowieść o koszmarze wojny i jako zapierającą dech dystopię.

Reklama
Obrazy wojny i okupacji są z Ukraińcami już od ośmiu lat - od czasu rosyjskiej aneksji Krymu i starć na Donbasie z zielonymi ludzikami w roli głównej.
W „Najdłuższych czasach” Wołodymyra Rafiejenki (wyd. oryg. 2017, wyd. pol. KEW 2020, przeł. Anna Ursulenko, Marcin Gaczkowski) na pierwszy plan wysuwają się realia okupacji - w mieście Z (przypominającym Donieck, rodzinne miasto pisarza) nie tylko rządzą prorosyjscy watażkowie i kryminaliści, nie tylko szwendają się tam reżimowi dziennikarze i putinowska bezpieka, lecz także pewne prawa rządzące światem ludzi uległy zawieszeniu. Gdzieś pośród tego pulsującego chaosu stoi łaźnia pod nazwą Piąty Rzym, której pracownicy mają misję: wysyłać Rosjan wprost do piekła (dosłownie). Rafiejenko sięga w tej znakomitej książce po mieszankę ponurej bułhakowowskiej groteski i brutalnego realizmu, aby językiem gorzkiej satyry opowiedzieć o narodzinach ukraińskiej tożsamości na „ziemi niczyjej”. Zresztą sam Rafiejenko w 2014 r. wyjechał z Doniecka do Kijowa, a „Najdłuższe czasy” napisał jeszcze po rosyjsku. Następną powieść, „Mondegreen”, już po ukraińsku. „Gdy jechałem pociągiem Donieck - Kijów, jednym z ostatnich, które kursowały, czułem, że gdzieś tam umieram, a gdzieś coś się rodzi” - mówił w rozmowie z Piotrem Pogorzelskim dla „Nowej Europy Wschodniej”.
Ukraiński lęk przed powrotem do czasów sowieckich, do krainy, „gdie tak wolno dyszyt cziełowiek”, ma zwykle - i słusznie - zabarwienie rusofobiczne. W ukraińskiej zbiorowej wyobraźni świat totalitarny mówi po rosyjsku. I chętnie by wrócił, gdyby mu na to pozwolić. Nie, te wyobrażenia nie uruchomiły się po roku 2014 - co widać choćby w powieści political fiction pisarza i poety Ołeksandra Irwancia „Riwne/Rowno” (wyd. oryg. 2002, wyd. pol. Prószyński i S-ka 2006, przeł. Natalia Bryżko-Zapór). Tutaj, podobnie jak u Rafiejenki, jest groteskowo, ale w nieco odmiennych okolicznościach - otóż w wyniku pewnych zawirowań historycznych miasto Równe na Wołyniu zostaje przedzielone murem. Sektor zachodni (ukr. Riwne) ma status enklawy pod zarządem ONZ, wschodnia część miasta (ros. Rowno) jest „obwodowym centrum Socjalistycznej Republiki Ukrainy”. Jeden z mieszkańców „zachodu” dostaje po latach pozwolenie na odwiedzenie rodziny na „wschodzie” - i tak zaczyna się jego osobliwa pielgrzymka, po trosze w przeszłość, a po trosze w ewentualną przyszłość…
W literaturze ukraińskiej obsesyjnie powracają tematy związane z historią, tożsamością i terytorium. Wynika to naturalnie z pewnej dezorientacji - Ukraina zyskała niepodległość dość niespodziewanie, proces rozpadu ZSRR był przecież błyskawiczny, i społeczeństwo musiało nagle odpowiedzieć samo sobie na (skądinąd niełatwe) pytanie: „Kim jesteśmy?”. Ciekawym wstępem do rozważań na ten temat - z perspektywy zresztą bardzo osobistej - jest zbiór esejów „Ostatnie terytorium” Jurija Andruchowycza (wyd. oryg. 1997, wyd. pol. Czarne 2002, przeł. Ola Hnatiuk, Katarzyna Kotyńska, Lidia Stefanowska). Andruchowycz to być może najbardziej znany w Polsce ukraiński pisarz. Dlatego właśnie nie sięgam po jego najpopularniejsze u nas tytuły, ale po skromną książkę sprzed ćwierćwiecza. Niby zmieniło się wszystko, ale rzecz praktycznie się nie zestarzała. Andruchowycz - człowiek z zachodniej Ukrainy, ze Stanisławowa/Iwano-Frankiwska - błyskotliwie pisze o najważniejszych problemach z pamięcią, tożsamością i językiem, o sklejaniu Ukrainy w jedną całość, a zarazem o odkrywaniu piękna w inności.
Skoro już jesteśmy na zachodzie, nie sposób pominąć wspaniałej powieści Jurija Wynnyczuka „Tango śmierci” (wyd. oryg. 2012, wyd. pol. KEW 2018, przeł. Bohdan Zadura), historii o odkrywaniu mitologicznej „lwowskiej Atlantydy” z perspektywy ukraińskiej. „Tango śmierci” operuje w dwóch planach narracyjnych. W tym umiejscowionym w czasach II wojny światowej poznajemy losy czwórki młodych przyjaciół - Ukraińca, Żyda, Polaka i Niemca, którzy nie chcą być biernymi świadkami zagłady swojego świata. Drugi plan, i tu daje o sobie znać pomysłowość Wynnyczuka, czerpie z tradycji erudycyjnych apokryfów literackich Borgesa i Eco, ale też z konwencji thrillera w duchu Dana Browna. Oto pewien lwowski lingwista, badacz wymarłego języka arkanumskiego, na przełomie lat 80. i 90. XX w. wpada na ślad arkanumskiej „Księgi śmierci” rzekomo zawierającej instrukcję, jak osiągnąć nieśmiertelność. Te dwa wątki muszą się, rzecz jasna, przeciąć. Żeby to osiągnąć, Wynnyczuk miesza powieść obyczajową, sensację, satyrę, romans, poetycką wzniosłość… Efekt jest olśniewający.
W polskiej narracji Ukraińcy to uciążliwy, buntowniczy, półdziki lud pogranicza, zamieszkujący „nasze” Kresy. Oczywiście ich perspektywa jest krańcowo odmienna: Polacy wraz z Moskalami występują w roli ciemiężców i kolonizatorów
Na koniec zostawiłem trochę poezji: tom Wasyla Stusa „Wesoły cmentarz. Wiersze wybrane z lat 1959-1971” (KEW 2020, przeł. Marcin Gaczkowski). Wasyl Stus (1938-1985) - w opinii wielu najwybitniejszy poeta ukraiński drugiej połowy XX w. - był też bezkompromisowym bojownikiem o wolność: polityczną, językową, osobistą. Za brak literackiej pokory, za publikowane w samizdacie wiersze, reżim karał go długoletnim więzieniem. Zmarł w łagrze jako jeden z ostatnich więźniów politycznych w ZSRR.
Liryka Stusa inteligentnie - z surrealistycznym humorem - kpi momentami z realiów komunistycznego reżimu, ale przede wszystkim jest manifestem indywidualnej wolności. Te wiersze nie są skażone totalitaryzmem, choć nie ma w nich nic sowieckiego. Jest za to duszny klimat okupowanego kraju zderzony z niepokojącym pięknem przyrody i ludzkiego ciała. A wiersz „Z życia robotników” dostarcza nam stosownej puenty: „Politruk rozpoczął wykład / (...) / Mówił o poezji - / robotnicy milczeli. / Mówił o kulcie jednostki - / milczeli robotnicy. / Tylko chlupotało w butelce, / w zaschniętym gardle chlupotało. / Mówił o klasie robotniczej. / A oni siedzieli, poziewując rozkosznie, / i grzecznie czekali / na koniec”. My też czekamy na koniec - wojny i kremlowskiego reżimu.