*Wojciech Lorenz - analityk ds. bezpieczeństwa w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Właśnie ukazała się jego książka „Odstraszanie. Strategia i polityka”

Wicepremier Jarosław Kaczyński zapowiedział zwiększenie zdolności polskich sił zbrojnych, byśmy mogli przez dłuższy czas bronić się sami. W NATO ciągle można usłyszeć o „odstraszaniu”. Wydaje się, że chodzi o to samo. Tak prosto, po żołniersku, co to jest odstraszanie?
To koncepcja zakładająca, że przeciwnika mającego cele polityczne, które może próbować realizować za pomocą siły militarnej, można do tego zniechęcić. A odstraszać można na dwa sposoby. Po pierwsze, przez pozbawienie korzyści - spowodowanie, że rywal nie będzie w stanie np. wejść na nasze terytorium lub zostanie szybko z niego wyrzucony. Po drugie, można odstraszać poprzez kary, nałożenie kosztów nieakceptowalnych, co łączy się z odstraszaniem jądrowym. W czasie zimnej wojny to było powiązane - ZSRR musiał mieć przekonanie, że po ataku NATO może użyć broni nuklearnej. I choć w państwach członkowskich Sojuszu stopniowo narastało przekonanie, iż zagrożenie ze strony Wschodu jest głównie natury politycznej, to nie ignorowano ofensywnej doktryny radzieckiej i obecności kilkudziesięciu dywizji Układu Warszawskiego w pobliżu granic Paktu, w tym 30 sowieckich w stanie wysokiej gotowości.
Reklama
Czyli przez prawie 50 lat doktryna odstraszania działała. Dlaczego wtedy było to takie skuteczne?
Problem z odstraszaniem jest taki, że nie wiadomo, czy jest skuteczne (śmiech). Dopóki nic się nie dzieje, można zakładać, że tak właśnie jest.

Reklama
Dopóki nie wybuchnie wojna, dopóty nie zweryfikujemy skuteczności doktryny?
Teoretycznie tak. Ale zbadano przypadki, w których odstraszanie zawiodło, po czym wskazano czynniki, które muszą być spełnione, by było skuteczne. Po pierwsze, trzeba mieć jasno sprecyzowane cele, których chce się bronić. Po drugie, trzeba to jasno przedstawić temu, kto chciałby nam zagrozić. Po trzecie, trzeba mieć zdolność do obrony tych celów albo nałożenia wysokich kosztów, czyli wymierzenia dotkliwej kary. I po czwarte, trzeba pokazywać, że ma się takie zdolności, np. organizując manewry czy kooperując z sojusznikami. I w czasie zimnej wojny wydaje się, że odstraszanie było skuteczne, bo doktryna nuklearna USA wywoływała wśród radzieckich polityków momentami wręcz panikę. Jednak ta skuteczność bazowała na bardzo wysokim ryzyku wybuchu konfliktu jądrowego, a to powodowało z kolei napięcia w krajach Sojuszu. Ich społeczeństwa były bardzo podatne na propagandę rosyjską mówiącą, że NATO jest agresywne. Często się o tym nie pamięta, ale polityka odprężenia, która zakładała współpracę Zachodu z krajami Układu Warszawskiego, była dla NATO kołem ratunkowym - inaczej mógł się Pakt rozpaść.
Rozpadł się jednak Związek Radziecki, a potem mamy lata 90. i tzw. przerwę strategiczną. Ale jest XXI w. i wydarzają się dwie rzeczy z naszego punktu widzenia kluczowe. Rosyjski atak na Gruzję w 2008 r., a potem agresja na Ukrainę w 2014 r. Odstraszanie przestało działać?
Wraz z rozpadem ZSRR zniknęło zagrożenie będące fundamentem utworzenia NATO oraz udzielenia gwarancji bezpieczeństwa europejskim sojusznikom przez USA. Zmieniła się sytuacja strategiczna - między państwami Zachodu a Rosją powstaje bufor państw, które zaczynają się reformować, zaś Moskwa jest w głębokim kryzysie gospodarczym i jej potencjał ofensywny maleje. Amerykanie podejmują więc decyzję, że najlepszym sposobem na stabilizację Europy będzie rozszerzenie NATO - lecz Sojusz musi się zmienić, bo inaczej nie przetrwa. Musi się dostosować do sytuacji, w której główne zachodnie mocarstwa nie czują się już zagrożone przez kilkadziesiąt radzieckich dywizji, ale boją się np. terroryzmu lub konfliktów w swoim sąsiedztwie. Dlatego NATO zmieniło strategię. Musiało być zdolne zarówno do obrony swoich członków, także tych nowych, jak i do prowadzenia misji reagowania kryzysowego, aby mogło niwelować zagrożenia poza własnym terytorium. Na poziomie retorycznym cały czas podkreślano, że kolektywna obrona jest główną misją NATO, jednak fundusze obronne były cały czas cięte. Wyrzucano stare rodzaje uzbrojenia, ale nie było pieniędzy na nowe. Na dodatek w 2008 r. w Zachód uderzył krach finansowy i państwa zaczęły mocno liczyć pieniądze. W tym okresie Sojusz de facto nie miał zdolności do obrony własnego terytorium. Dlatego metodami politycznymi starał się obniżyć napięcie polityczne w relacjach z Rosją. Nie chciał się zmierzyć z sytuacją, że Rosja staje się zagrożeniem, gdy my jesteśmy uwikłani w Afganistanie oraz Iraku. I dlatego po ataku na Gruzję w 2008 r. w NATO zwyciężyła koncepcja, by wrócić z Moskwą do business as usual.
W tym czasie doszło do wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Gruzji, który powiedział w Tbilisi: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę”. Na Zachodzie te słowa przeszły niezauważone. Mija kolejne sześć lat i Rosja anektuje Krym. Co się wtedy dzieje w Sojuszu?
Zgadzam się, że w 2008 r. wiele państw nie chciało zauważyć agresji Rosji, lecz na poziomie analityczno-eksperckim to zostało odnotowane. Na przykład w 2009 r. Szwecja, która co prawda nie jest członkiem NATO, ogłosiła deklarację, że jeśli którekolwiek państwo nordyckie zostanie zaatakowane, to ona udzieli mu pomocy. I że od innych państw nordyckich oczekuje tego samego. To pokazuje, jakim szokiem było to, że Moskwa jest gotowa użyć siły militarnej w stosunku do swoich sąsiadów. A w 2014 r. Rosja już nie tylko zaatakowała, ale wręcz zagarnęła część terytorium Ukrainy.
Odstraszanie już nie działa.
Nawet jeśli NATO obiecało, że Ukraina będzie członkiem Sojuszu, to jednak kraj ten nie był objęty traktatowymi gwarancjami bezpieczeństwa. Członek Paktu to zupełnie inna kategoria. Zaś wnioski, jakie wyciągnięto z obu wojen światowych, mówią, że do zakończenia konfliktu z udziałem innego mocarstwa konieczne jest zaangażowanie Ameryki. Dlatego właśnie w czasie zimnej wojny stworzono mechanizmy, jak zintegrowana struktura dowodzenia, wspólne planowanie i odpowiednie rozmieszczenie sił, które miały wymusić pewien automatyzm decyzji i zwiększyć prawdopodobieństwo uwikłania USA w konflikt. Ale prawdą jest, że po zakończeniu zimnej wojny NATO zmniejszyło znaczenie odstraszania w swojej polityce. W zasadzie nie rozwijało struktur niezbędnych do obrony nowych członków Sojuszu, czyli m.in. Polski i państw bałtyckich.
To efekt m.in. porozumienia NATO - Rosja z 1997 r. W Polsce politycy często mówili, że jesteśmy członkiem Sojuszu, ale drugiej kategorii.
Rosja nie była w tym czasie traktowana jako zagrożenie. Obawiano się też, że rozszerzenie Paktu to przepis na konflikt z Kremlem. Dlatego w politycznej deklaracji zatwierdzonej jeszcze przed zaproszeniem kolejnych państw Sojusz stwierdził, że jeśli jego ocena zagrożeń się nie zmieni, to nie będzie rozmieszczał znaczących sił w nowych krajach członkowskich. Realia polityczne w NATO były takie, że bez tego samoograniczenia trudno byłoby o konsensus w sprawie rozszerzenia Paktu. Na Zachodzie nie było poczucia, że jesteśmy członkiem drugiej kategorii, było przeświadczenie, że zmieniły się realia. Tłumaczono, że jak faktycznie pojawi się zagrożenie, to będzie czas, by się do tego dostosować. Polska postrzegała to inaczej, głównie dlatego że Sojusz zobowiązał się do zapewnienia pewnej podstawowej zdolności do prowadzenia misji kolektywnej obrony - stworzenia struktury dowodzenia, planów, utrzymywania sił na odpowiednim poziomie i prowadzenia niezbędnych ćwiczeń, a w NATO był jednak silny opór, aby to realizować, częściowo ze względów finansowych, ale głównie w obawie przed sprowokowaniem Rosji.
Mamy 2014 r. i ukraiński szok, zaraz potem szczyt NATO w Walii i dwa lata później w Warszawie. I wzmocnienie wschodniej flanki, bo pojawiają się w regionie cztery batalionowe grupy bojowe i amerykańska brygada.
Nagle okazało się, że nie można zagrożenia ze strony rosyjskiej ignorować. Polityczny parasol nad Gruzją oraz Ukrainą nie zadziałał, bo Kreml przez fakty dokonane próbuje wymusić nową strefę wpływów. Trzeba również pamiętać, że przy rozszerzeniu NATO dowódcy amerykańscy ostrzegali, że nasz fragment Europy będzie nie do obrony, ale te argumenty zepchnięto na dalszy plan i uznano, że damy sobie czas na dostosowanie m.in. polskich sił zbrojnych do standardów NATO. Po aneksji Krymu argumenty wojskowych znów musiały być wzięte pod uwagę. Okazało się, że trzeba wzmacniać zdolność do obrony, ale w polityce takie rzeczy nie dzieją się z dnia na dzień. To zostało rozłożone na etapy, by było politycznie oraz finansowo strawne. Najpierw stworzono to, co NATO powinno było mieć już dawno, czyli wielonarodowe siły szybkiego reagowania, które wcześniej nie były w pełni ukompletowane. Sojusz wysyłał więc sygnał, że dostrzega zagrożenie, ale zostawiał sobie pole manewru. Gdyby Moskwa przestała eskalować napięcie, to mogłoby się na tym skończyć. Ale przed szczytem w Warszawie było już widać, że Kreml się nie cofnie.
W tym czasie Rosja rozpycha się w basenie Morza Śródziemnego.
W czasie zimnej wojny Kreml bał się, że USA mają zdolność do zaatakowania ZSRR z każdego kierunku. Teraz sam pokazuje, że jest w stanie prowadzić konflikt od dalekiej Północy przez region Morza Bałtyckiego aż po Morze Śródziemne. Po aneksji Krymu Rosja wyraźnie zaczęła realizować coś, co w rosyjskiej doktrynie zostało określone jako strategiczne odstraszanie. My to określamy jako wojnę hybrydową, czyli agresywne działanie poniżej progu otwartego konfliktu. Składa się na to manipulowanie ryzykiem konfliktu, włącznie z groźbą eskalacji nuklearnej, oddziaływanie psychologiczne wsparte bardzo agresywną propagandą i dezinformacją czy ataki cybernetyczne. Mamy nawet użycie broni masowego rażenia. Bo otrucie nowiczokiem w Wielkiej Brytanii byłego rosyjskiego agenta Siergieja Skripala było niczym innym jak użyciem broni masowego rażenia na terytorium członka Sojuszu - i tak to Brytyjczycy przedstawiali sojusznikom. Do tego dochodzi manipulowanie wyborami. Cele polityczne Rosji są takie, by wywołać podziały polityczne w Sojuszu i wymusić powstanie strefy wpływów na obszarze byłego ZSRR, a jednocześnie pewną strefę buforową na terenie dawnych państw satelickich, gdzie Sojusz ma ograniczoną możliwość prowadzenia operacji obronnych, a Rosja utrzymuje przewagę.
I jak zareagowało NATO?
Sojusz wzmocnił odstraszanie, sięgając do środków znanych z zimnej wojny, czyli przede wszystkim do rozmieszczania wojsk w pobliżu wschodniej granicy. Batalionowe grupy bojowe to najważniejszy element odstraszania. W skład tych grup wchodzą żołnierze z prawie wszystkich państw członkowskich i z każdego, które dysponuje bronią nuklearną. To ma zwiększyć prawdopodobieństwo, że te kraje zostaną uwikłane w konflikt z Rosją już od pierwszego dnia. Ale nie przekroczono pewnego poziomu, który mógłby zostać wykorzystany przez Rosję jako pretekst do agresji. Wiarygodność odstraszania i obrony opiera się przede wszystkim na możliwości przerzutu większych sił do zagrożonych państw. Polska nie jest zadowolona z tego, że to samoograniczenie polityczne wciąż funkcjonuje, ale stara się jakoś sobie z tym faktem politycznym radzić.
Mamy wkrótce kupić 250 czołgów Abrams, padły też bliżej niesprecyzowane deklaracje o dużym wzmocnieniu siły Wojska Polskiego.
Na państwach flankowych zawsze spoczywa największa odpowiedzialność zrównoważenia ofensywnego potencjału przeciwnika. Tak samo było w czasie zimnej wojny. Wtedy w NATO uzgodniono, że punktem odniesienia do planowania sił rozmieszczonych na wysuniętych rubieżach będzie 30 dywizji, które Związek Sowiecki utrzymywał w największej gotowości. Niemcy stworzyli 12 dywizji, resztę mieli zapewnić sojusznicy. Teraz jako punkt odniesienia możemy traktować siły, z których dałoby się sformować 10 dywizji w Zachodnim Okręgu Wojskowym Rosji. Polska ma cztery dywizje.
To licząc z pewną górką.
Docelowo cztery. Jeśli porównamy potencjały państw flankowych z tamtych czasów i teraz, to wychodzi 12 do 30 w czasie zimnej wojny i 4 do 10 obecnie - jest nieco lepiej. Znacząca różnica polega na tym, że wtedy NATO manipulowało ryzykiem eskalacji nuklearnej. Dzisiaj tego nie robi. A skoro nasze odstraszanie opiera się na potencjale konwencjonalnym, to musi on być taki, byśmy mogli powstrzymać atak przeciwnika na granicach. A gdyby jednak wszedł on na terytorium Sojuszu, to musimy mieć realną zdolność odbicia terenu. I to jest główna różnica między strategiami z zimnej wojny i dzisiejszą. Obecnie wymagania dla państw flankowych, które mają stanowić pierwszą linię obrony, są dużo większe.
Czyli zapowiadane zwiększenie siły polskiej armii to po prostu nadrabianie zaległości?
Zwiększanie ilościowe i jakościowe potencjału to odpowiedź na wzrost poczucia zagrożenia związanego z nasileniem agresywnej polityki Kremla i jego przygotowaniami do prowadzenia konfliktu z NATO. Mamy mechanizmy, które zwiększają prawdopodobieństwo uwikłania sojuszników w konflikt z Rosją. Są też zaktualizowane plany obronne Sojuszu i wyznaczone siły wsparcia NATO. W naszym interesie jest wzmacnianie mechanizmów kolektywnej obrony, bo to na nich przede wszystkim opiera się wiarygodność odstraszania. Ale musimy być też przygotowani, że odstraszanie nie spełni swojego zadania, bo Rosja uzna, że może wykorzystać do działania USA zaangażowane np. w obronę Tajwanu przed agresją Chin.
Waszyngton mówi wprost, że nie jest w stanie prowadzić dwóch dużych wojen jednocześnie.
W doktrynie Amerykanie mają zapisane, że muszą być gotowi do prowadzenia jednej dużej wojny samodzielnie i drugiej wspólnie z sojusznikami. Ponieważ Chiny są głównym zagrożeniem dla USA, to znaczna część potencjału Ameryki będzie przystosowywana do potrzeb odstraszania i prowadzenia konfliktu w regionie Indo-Pacyfiku. Waszyngton zdaje sobie jednak sprawę, że NATO zadziała w Europie, jeśli sojusznicy będą mieli przekonanie, że także Stany Zjednoczone zaangażują się w konflikt. NATO po prostu nie istnieje bez amerykańskiego przywództwa. Dlatego Amerykanie rozbudowują strukturę dowodzenia w Europie, budują składy uzbrojenia oraz rozwijają odpowiednią doktrynę. Jednocześnie oczekują od sojuszników, że wezmą większą odpowiedzialność za wspólne bezpieczeństwo. Wywierają więc presję, aby przyspieszyć inwestycje w obronność, bo sytuacja w Indo-Pacyfiku też się szybko pogarsza.
Na ile realny jest obecnie rosyjski atak konwencjonalny na Sojusz?
W ostatnich latach Kreml wzmocnił potencjał bojowy na zachodzie kraju. Zwiększono liczebność jednostek i utworzono struktury dywizyjne, które są przeznaczone do udziału w wojnie manewrowej na dużą skalę. Siły zbrojne znacząco zmodernizowano i utrzymuje się je w stanie wysokiej gotowości. Wzmocniono systemy obrony powietrznej, walki elektronicznej oraz zdolności do precyzyjnych uderzeń z dużej odległości. Całość jest określana jako systemy antydostępowe, które swoim zasięgiem obejmują terytorium państw wschodniej flanki i mogą utrudniać prowadzenie misji obronnej na ich terytorium. Rosja prowadzi bardzo intensywne działania poniżej progu wojny, ale regularnie demonstruje podczas ćwiczeń, że ma możliwość prowadzenia także klasycznego konfliktu. Zgodnie z doktryną Moskwy taki konflikt powinien być prowadzony poza terytorium Rosji. Tak więc takie wydarzenia jak ćwiczenia Zapad trzeba traktować poważnie. Można też sobie wyobrazić, że dochodzi do prowokacji na granicy polsko-białoruskiej, Alaksandr Łukaszenka eskaluje konflikt, Rosja rusza bronić sojusznika i zgodnie ze swoją doktryną przenosi konflikt na nasze terytorium. Twierdzi np., że konieczne jest stworzenie strefy buforowej, aby powstrzymać agresję Polski na Białoruś. Rosja może uznać, że opłaca jej się konflikt z NATO, bo np. Sojusz uzna, że przywrócenie poprzedniego statusu bezpieczeństwa Polski czy państw bałtyckich za pomocą siły jest zbyt ryzykowne i lepiej jest podjąć negocjacje. Rosja wyciąga wtedy gotowy projekt Traktatu o bezpieczeństwie europejskim, który pokazała w 2008 r. Ten dokument zakłada, że każde państwo w Europie może sprzeciwić się suwerennej decyzji innego państwa, jeśli jego interesy będą zagrożone. Jeśli np. Rosja uzna, że wejście Ukrainy do UE zagraża jej interesom, to może podjąć odpowiednią akcję. I proszę - unikamy więc eskalacji i dużej wojny, ale za cenę nowego podziału Europy. Nie ma też gwarancji, że Kreml zrezygnowałby z prób wymuszenia strefy buforowej na terytorium państw wschodniej flanki NATO.
Mówi pan, że można sobie wyobrazić taką sytuację. Na ile jest to realne?
Jeszcze 15 lat temu ryzyko wybuchu takiego konfliktu było bliskie zeru. Teraz jednak Moskwa prowadzi intensywną wojnę hybrydową, a to znacząco zwiększa prawdopodobieństwo wybuchu konfliktu. Określenie tego prawdopodobieństwa jest trudne, bo stale się zmienia w zależności od tego, jakie działania podejmują USA i NATO i jak wiarygodność Sojuszu postrzega Kreml. Myślę, że w percepcji Rosji działania podjęte przez NATO i USA wskazują, że taka agresja by się nie opłacała. Gdyby jednak Ameryka była zaangażowana w konflikt z Chinami, a Sojusz by się podzielił w sprawie poparcia dla niej, a na dodatek Stany Zjednoczone zamiast rozmieścić w tym czasie nawet niewielkie siły w Europie w celu wzmocnienia odstraszania, wycofałyby część wojsk, to kalkulacje Kremla mogłyby być inne.