Kryzysy, które doświadczyły Unię Europejską w minionej dekadzie, były jedynie wstępem do królowej wszystkich zapaści, jaką okazała się pandemia. Kryzys zadłużenia, migracje, brexit – żadne z tych wydarzeń nie wstrząsnęły Wspólnotą tak jak koronawirus. Jego siła rażenia wiązała się z tym, że dotknął wszystkich bez wyjątku – wbrew przewidywaniom, że niektóre kraje ze względu na swoją zamożność oraz sprawczość rządu i ochrony zdrowia poradzą sobie lepiej niż inne.
Na początku pandemicznego kryzysu dominowało jeszcze inne przekonanie – że Unia jest wobec niego bezradna. Państwa członkowskie zaczęły rywalizować o dostawy sprzętu medycznego z Chin i nawet euroentuzjaści rozkładali bezradnie ręce, tłumacząc, że przecież zdrowie nie leży w kompetencjach Wspólnoty. Dla eurosceptyków był to z kolei dowód na słabość unijnych struktur i prymat państw narodowych. Szybko stało się jasne, że odpowiedź na kryzys nie sprowadza się do prostego wyboru między mniej albo więcej Unii. Ten spór się zdezaktualizował. Sięgnięto po rozwiązania sprawdzone w czasie poprzednich kryzysów – improwizację i balansowanie na granicach traktatów.