Reklama
Haruki Murakami, „Podziemie. Największy zamach w Tokio”, przeł. Michał Kłobukowski, Czarne 2021
17stycznia 1995 r., o godz. 5.46 rano, zatrzęsła się ziemia w pobliżu japońskiego miasta Kobe – spośród półtora miliona mieszkańców w kataklizmie zginęło blisko 7 tys. „Kobe to moje miasto rodzinne – mówił pisarz Haruki Murakami w wywiadzie udzielonym dwa lata temu Deborah Treisman z «The New Yorkera». – Zostało kompletnie zniszczone, włącznie z domem moich rodziców”. Japończycy byli poruszeni katastrofą, jednak nie wszyscy z tych samych powodów – w interpretacji Shōkō Asahary, charyzmatycznego guru sekty Ōmu Shinrikyō, trzęsienie ziemi w Kobe było próbą tajemniczej superbroni, za pomocą której Stany Zjednoczone postanowiły zniszczyć Japonię.
Guru nie zamierzał dłużej czekać na apokalipsę, od dawna był już przygotowany na to, by ją przyspieszyć. 20 marca w porze porannego szczytu pięciu wybranych przez niego elitarnych członków sekty w pięciu zatłoczonych pociągach tokijskiego metra czubkami parasolek przekłuło woreczki z płynnym roztworem sarinu, gazu bojowego wywołującego porażenie układu nerwowego. Nie była to misja samobójcza – mieli w odwodzie zastrzyki z antidotum i kierowców gotowych do natychmiastowej ucieczki spod stacji metra. Użyta przez nich ilość sarinu mogła teoretycznie zabić ogromne rzesze ludzi (sarin jest 26-krotnie bardziej trujący niż cyjanek), jednak nieefektywny sposób spreparowania znacząco ograniczył jego lotność: w zamachu zginęło 12 osób, ok. 5 tys. wyszło z ataku z uszczerbkami na zdrowiu – od lekkich po niemal śmiertelne.
Nie było to pierwsze zastosowanie sarinu przez Ōmu Shinrikyō: dwa lata wcześniej na australijskiej farmie ludzie Asahary eksperymentowali, gazując owce, a w czerwcu 1994 r. rozpylili sarin na osiedlu w mieście Matsumoto (200 km na północny-wschód od Tokio) – miała to być próba generalna, a przy okazji sposobność, by załatwić sprawę osobistą: na tym osiedlu mieszkało paru sędziów, którzy bruździli sekcie w pewnym procesie cywilnym. W wyniku zatrucia zmarło osiem osób, poszkodowanych było ponad 500. Lokalna policja wykazała się katastrofalną niekompetencją – uwagę skupiła na domorosłym chemiku-hobbyście (najzupełniej niewinnym), którego żona zapadła w śpiączkę po porażeniu sarinem: nieszczęśnika aresztowano, linczowały go media, tymczasem Ōmu Shinrikyō szykowała się na upragniony koniec świata.
Gdy po zamachu w tokijskim metrze śledczym wreszcie połączyły się wątki, nastąpiły aresztowania – udało się schwytać prawie całą wierchuszkę sekty, włącznie z samym guru (ostatniego z poszukiwanych zatrzymano dopiero w 2012 r.). Po długim procesie 13 członków kierownictwa Ōmu Shinrikyō – w tym Shōkō Asahara – zostało skazanych na karę śmierci; w Japonii nadal się ją wykonuje i ma ona spore poparcie społeczne. Stracono ich latem 2018 r. Sama organizacja i parę jej odgałęzień, które się od czasu zamachów usamodzielniły, nie uległy delegalizacji; wciąż działają, znajdując wyznawców nie tylko w Japonii.
Po prostu wsłuchiwałem się w te głosy
Tokijski zamach wywołał falę publicystycznej, naukowej i politycznej refleksji – zdumienie budziło przede wszystkim to, że do tak śmiałego i okrutnego ataku doszło w jednym z najbezpieczniejszych państw świata; to poczucie bezpieczeństwa było prawdopodobnie głównym powodem słabego przygotowania rozmaitych służb, przyzwyczajonych do działania przede wszystkim w sytuacjach klęsk żywiołowych. Pytano także o to, w jaki sposób organizacja w rodzaju Ōmu Shinrikyō mogła funkcjonować – i to legalnie – praktycznie bez jakiejkolwiek kontroli. Gdy wrzawa trochę ucichła, w debacie pojawiły się kwestie społeczno-cywilizacyjne i etyczne: kiedy i dlaczego człowiek decyduje się przejść na „złą” stronę, w jakim stopniu jest w stanie wyrzec się własnego „ja” i wykazać gotowość do popełnienia zbrodni w imię abstrakcyjnej idei i dominującego autorytetu, czy problem leży w podatności niektórych jednostek na zwodniczą sugestię, czy może to społeczeństwo ma strukturalną albo kulturową dysfunkcję, która zmusza ludzi do podejmowania patologicznych wyborów.
I w tym właśnie momencie na scenę wkracza Haruki Murakami – w tamtym czasie, w drugiej połowie lat 90., będący już literacką gwiazdą. Murakami wraca do Japonii po długim okresie nieobecności i podejmuje się nietypowego pisarskiego wyzwania. „Czytałem te wszystkie artykuły (o zamachach) w gazetach i czasopismach, ale nie mogłem wyczytać tego, czego naprawdę chciałem się dowiedzieć. A chciałem się dowiedzieć, co się w istocie stało tego dnia w metrze. Chciałem usłyszeć, jak to jest poczuć zapach gazu w zatłoczonym wagonie – opowiadał w wywiadzie dla «The New Yorkera». – Postanowiłem więc sam się tego dowiedzieć. Przeprowadziłem wiele wywiadów z ofiarami tego ataku. Opowiedzieli mi o tym, co się stało, a także o tym, jakimi są ludźmi. Spisałem to i opublikowałem w książce «Underground». Zrobiłem to, bo nikt inny tego nie zrobił. (...) Przez rok nie pisałem nic własnego. Po prostu wsłuchiwałem się w te głosy – one wciąż we mnie są. Ufam tym głosom (...). Ci, którzy jechali wtedy pociągami, byli zwykłymi ludźmi (...). Dojeżdżali do pracy, gdy nagle ktoś rozerwał plastikowe torebki z sarinem i niektórzy z nich zginęli. To była bardzo surrealistyczna sytuacja, ale ich głosy są zwyczajne”.
„Underground” (posługuję się angielskim tytułem, bo tytuł japoński był fonetyczną transliteracją tego słowa: „Andāguraundo”) ukazał się w 1997 r. i zawierał kilkadziesiąt wywiadów (opracowanych z reguły w formie monologów) z ofiarami zamachów. Ale Murakamiemu najwyraźniej czegoś brakowało, by uznać obraz za pełen: postanowił porozmawiać także z członkami Ōmu Shinrikyō, nie tymi z samego szczytu organizacji (zapewne i tak nie chcieliby z nim gadać), ale z szaraczkami, szukającymi w sekcie tego, czego nie mogli znaleźć w konwencjonalnym życiu społecznym i zawodowym. Niewielka książeczka „Miejsce obiecane: Underground 2” wyszła w roku 1998. Po 23 latach wreszcie dostajemy oba „Undergroundy” w polskim tłumaczeniu – jako „Podziemie. Największy zamach w Tokio”. Nie wiem wprawdzie, co stało za decyzją wydawcy, by książkę tę zamówić w przekładzie z angielszczyzny, nie zaś z japońskiego oryginału, jednak szczęśliwie przekładem zajął się świetny tłumacz, Michał Kłobukowski. Innymi słowy: czytelniku, nie obawiaj się, nie stanie ci się krzywda.
Akurat wtedy był dzień mleczny
„Podziemie” wypada czytać zgodnie z autorskim planem, czyli po bożemu: najpierw pierwszą część, potem drugą, choć druga oferuje więcej sensacyjnego materiału. Jak to określił pewien amerykański dziennikarz, Japończycy to „commuter nation”, naród ludzi dojeżdżających do pracy – zamachowcy z Ōmu Shinrikyō, uwalniając sarin w zapchanych pociągach spotykających się na wielkich stacjach przesiadkowych, uderzyli w samo serce.
W założeniu gwiaździsty atak sarinem miał uzyskać kulminację na stacji Kasumigaseki – w okolicy znajduje się wiele urzędów oraz ministerstw, chodziło o symboliczny cios wymierzony w establishment. A w istocie celem, może nawet nieuświadomionym, było coś innego: niewzruszona, stabilna rutyna japońskiej codzienności. To motyw, który przewija się przez wszystkie w zasadzie rozmowy Murakamiego z ofiarami: niespodziewane zatrucie gazem zakłóciło im plan dnia, dopracowany niekiedy co do minuty.
„Zawsze wysiadam na stacji Shinjuku Gyoenmae, kiedy mam kupić mleko. Piję je w porze lunchu, więc rano w drodze do pracy co drugi dzień robię w pobliskim sklepie zapas na dwa dni. Kiedy nie kupuję mleka, wysiadam na Shinjuku-sanchōme. Moje biuro mieści się między Shinjuku Gyoenmae a Shinjuku-sanchōme. Akurat wtedy był dzień mleczny i przez to wdepnąłem w sarin. Miałem pecha – opowiadał jeden z poszkodowanych. – Słabo pamiętam, co się działo z pozostałymi pasażerami. (...) W każdym razie jakoś dojechałem do Shinjuku Gyoenmae i wysiadłem z pociągu. Kręciło mi się w głowie i wszystko wydawało się czarne. «Już po mnie» – pomyślałem. (...) Po omacku wdrapałem się na schody prowadzące na ulicę. Na dworze było ciemno jak w nocy. Mimo bólu jak zwykle kupiłem mleko. Dziwne, prawda? Wszedłem do sklepu AM/PM i kupiłem mleko. Nie przyszło mi do głowy, że mógłbym tego nie zrobić”. „Z perspektywy czasu widzę, że wszystkiemu zawinił autobus, który odjechał dwie minuty za wcześnie. Nigdy w życiu tak pechowo nie trafiłem! Przedtem zawsze jeździłem tam i z powrotem punktualnie jak w zegarku” – wspominał inny z rozmówców Murakamiego. Wszyscy oni pragną przede wszystkim nie spóźnić się do pracy oraz nie zwrócić na siebie nadmiernej uwagi kolegów i koleżanek (co przy objawach zatrucia sarinem – postępującym ślepnięciu, dusznościach, zawrotach głowy, drgawkach – jest dość trudnym zadaniem).
Są tu naturalnie również opisy skromnego bohaterstwa i działania podejmowanego wbrew regułom – co uratowało wielu ludziom życie. Ale materiałem, na którym pracuje Murakami, jest powtarzalność i monotonia powszedniej egzystencji, rozumiana jako pewna wartość, którą się docenia dopiero wówczas, gdy się ją utraci; najbardziej wstrząsające fragmenty tej części książki dotyczą losów, które czerpały siłę ze swojej zwyczajności i nagle ktoś pozbawił je sensu – niektórzy z bohaterów „Podziemia” utracili zdrowie, niektórzy zmagają się z traumą, innym skrzywdzono bliskich. Zamach przedsięwzięty przez Ōmu Shinrikyō nie był wycelowany w konkretne osoby, a zatem z punktu widzenia ofiar dodatkowo nie miał żadnego sensu poza, nazwijmy to, sensem moralno-eschatologicznym (że jakaś siła wymierza nam karę za to, jacy jesteśmy, a świat zmierza ku upadkowi). W roku 2021, po kilkunastu miesiącach pandemii, rozumiemy to chyba całkiem nieźle.
Poszukać klucza zakopanego pod naszymi stopami
Murakami nie bez powodu tak podkreśla „normalność” rozmówców. Bo w drugiej części „Podziemia”, gdy konwersuje z członkami sekty, robi dokładnie to samo. Poszukuje wspólnego mianownika między tymi światami, próbuje wyjść poza łatwe, medialne podziały na „dobrych” i „złych”.
„Naładowany emocjami podział na «nas» i «ich» zajeżdżono już na śmierć. Nie, moim zdaniem potrzebne są nam słowa z innego kierunku, nowe słowa do nowej narracji. (...) – pisze w kończącym pierwszą część książki eseju «Ślepy koszmar. Dokąd zmierzamy, Japończycy?». – Dopóki Japończycy będą się odżegnywać od «zjawiska» Ōmu jako od czegoś zupełnie obcego, od jakiejś inwazyjnej obecności, którą oglądają przez lornetkę z dalekiego brzegu, dopóty do niczego nie dojdziemy. Jakkolwiek przykra może się wydać ta perspektywa, ważne jest, żebyśmy w pewnym stopniu uznali «ich» za element konstrukcji myślowej zwanej «nami», a przynajmniej za część japońskiego społeczeństwa. Co gorsza, jeżeli nie poszukamy klucza zakopanego pod naszymi stopami, a może nawet widocznego gołym okiem, jeżeli zdystansujemy się wobec omawianego zjawiska, możemy je niebezpiecznie zbagatelizować”.
Nim będzie mowa o wnioskach, do których doszedł Murakami po rozmowach z członkami Ōmu Shinrikyō, przyjrzyjmy się samej organizacji. Jej nazwa składa się z dwóch segmentów: „Ōmu” to „Aum” bądź „Om”, święta sylaba hinduizmu, zaś „Shinrikyō” można przetłumaczyć jako „Najwyższą Prawdę”, z tym że japońskie ideogramy odsyłają do konkretnych znaczeń związanych z buddyzmem. „Najwyższą Prawdę” powołał do życia w 1987 r. Chizuo Matsumoto, niedowidzący nauczyciel jogi i producent nielegalnych środków leczniczych z ziół. Matsumoto kazał się od tego momentu nazywać Shōkō Asaharą i zaczął gromadzić uczniów, wabiąc ich propozycją szybkiej, pomysłowej ścieżki do buddyjskiego uzdrowienia i uwolnienia od rozmaitych egzystencjalnych obciążeń (był to w istocie eklektyczny miks buddyzmu, hinduizmu, millenarystycznego chrześcijaństwa i elementów popkultury). Oczywiście akces do organizacji oznaczał także odcięcie się od świata zewnętrznego, świata „złej karmy”.
Interesujące, że Asahara miał ambicje polityczne – w lutym 1990 r. sekta wystawiła kandydatów w wyborach do niższej izby japońskiego parlamentu i poniosła całkowitą klęskę. To wydarzenie podobno skierowało Asaharę na ścieżkę radykalizmu, gdyż uznał, że w konfrontacji z wszechobecnym wrogiem nie uda się przejąć władzy legalnie. Wcześniej zdarzało mu się brylować w lokalnych kanałach telewizyjnych i na okładkach kolorowych czasopism o religijnym zabarwieniu – teraz zaczął się szykować na wojnę. Nie znaczy to, że organizacja Ōmu Shinrikyō przed 1990 r. była klubem baranków bożych: miała już na sumieniu przynajmniej trzy morderstwa.
W 1992 r. Shōkō Asahara ogłosił się Chrystusem. Równocześnie utwierdzał swoich wyznawców, że jest wcieleniem Śiwy, hinduistycznego boga przeciwieństw: dobroczyńcy i niszczyciela. Robił to przekonująco: „W swoim życzliwym wydaniu ten człowiek (Asahara) był najdobrotliwszy ze wszystkich znanych mi ludzi. Ale kiedy się rozgniewał, przerażał mnie jak nikt inny. Różnica była uderzająca, toteż już sama rozmowa z nim budziła przekonanie, że jest w jakiś sposób natchniony” – wspomina w książce Murakamiego jeden z adeptów.
Z czasem wymiar duchowy działalności Ōmu Shinrikyō – inny adept powiada: „Dla swoich wyznawców Ōmu jest w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach właśnie tym: sposobem patrzenia na zjawiska duchowe i fizyczne, a także lekarstwem na nie czy też ich rozwiązaniem” – zaczął ustępować paranoi i spiskowej wizji świata, wedle której organizacja jest jedyną wysepką dobra w oceanie zła i jedyną nadzieją ludzkości na odrodzenie. Co jej zagraża? Katalog demonów zaskakuje kulturową banalnością – można w zasadzie wziąć ten zestaw i przenieść go bez zmian o ćwierćwiecze wprzód, do epoki QAnonu czy ruchu antycovidowego. Ōmu Shinrikyō, definiując swoje czasy jako buddyjską „erę zdegenerowaną” (Mappō) i oferując uczniom wyzwolenie z okowów materializmu, walczyło ze Stanami Zjednoczonymi, masonami, Żydami, delegaturą Rządu Światowego, militarnymi technikami kontroli umysłów oraz manipulacji historią, gospodarką i zdrowiem publicznym (sztucznie wywoływane epidemie).
Po 1992 r. Ōmu Shinrikyō zaczyna wydawać ogromne pieniądze, jakie udało się zgromadzić organizacji (jej ówczesny kapitał ocenia się na ponad miliard dolarów), także, między innymi, produkując metamfetaminę dla yakuzy. Wydaje te pieniądze na zbrojenia i systemy bezpieczeństwa. Taktyka rekrutacyjna, polegająca na przyjmowaniu do sekty przeważnie młodych ludzi o wykształceniu inżynieryjnym albo z dziedziny nauk ścisłych, przynosi owoce: w laboratoriach Ōmu Shinrikyō bada się gazy bojowe i broń biologiczną. Sektę stać na szkolenia wojskowe w Rosji i kursy helikopterowe w Stanach. W pewnym sensie przestaje być ona stowarzyszeniem o celach religijnych, choć większość zatyranych i poddawanych psychologicznym manipulacjom członków niższego szczebla o tym nie wie.
W połowie lat 90. nie ma już drogi odwrotu – problemem staje się raczej wyjaśnienie adeptom, dlaczego organizacja jest w defensywie, a nie zajmuje się triumfalnym przejmowaniem duchowej władzy nad światem. „Ōmu zbudowało system teorii spiskowych, który wspierał jej własne wartości i bronił ich. System ten funkcjonował jako rodzaj teodycei (uzasadnienia istnienia zła w obliczu istnienia nieskończonego dobra – red.)” – pisze religioznawca Tsuji Ryutaro w tekście o roli konspiracjonizmu w wyjaśnianiu przyczyn zamachu tokijskiego („The Role of Conspiracy Theory in the Aum Shinrikyo Incident” [w:] „Hand book of Conspiracy Theory and Contemporary Religion, ed. by A. Dyrendal, D.G. Robertson, E. Asprem, Brill 2018). Wreszcie – 20 marca pękają torebki z sarinem.
Całkiem łatwo mógłbym być jednym z nich
Jakim sposobem ludzie są skłonni uwierzyć w taki absurdalny stek bzdur? A może inaczej: co muszą dostać w zamian, aby uwierzyć? Tu przydaje się druga część „Podziemia” Murakamiego, której wydźwięk jest taki: członkom Ōmu Shinrikyō zaoferowano udział w alternatywnym społeczeństwie – lepszym, bezpieczniejszym, mniej uzależnionym od konsumpcjonizmu, a jednocześnie umożliwiającym szybszy awans w hierarchii. Zaoferowano im opiekę, troskę, podziw autorytetu, proste sposoby wyjścia z egzystencjalnego marazmu. Zaoferowano im głęboko wspólnotowy sens istnienia.
Większość sekciarskich rozmówców Murakamiego mimo tego, co się stało, utrzymuje, że lata spędzone pod kuratelą Ōmu Shinrikyō były najlepszym okresem w ich życiu. Asahara stosował specyficzną taktykę: wyławiał ludzi orbitujących z dala od centrum, nieprzystosowanych, niezadowolonych, rozczarowanych, wychodząc z założenia, że nie są to radykalni indywidualiści, ale zagubione dusze poszukujące swojego kolektywu, chcące wykorzystać swoje umiejętności w jakimś wielkim celu. Ofiarowywał im transcendentalną podróż bez odrywania się od ziemi – przejście gdzie indziej. Teza Murakamiego jest z grubsza taka: każdy z nas w momencie słabości, życiowego kryzysu, zwątpienia w swoją nikłą rolę w kapitalistycznej układance, byłby gotów przejść gdzie indziej.
„Któż by (...) umiał sobie powiedzieć: «Jestem nieważnym człowieczkiem, a jeżeli w końcu zostanę tylko śrubką w społecznej maszynerii i będę stopniowo niszczał aż do śmierci, to nic w tym złego»? Prawie wszyscy szukamy odpowiedzi na pytanie, dlaczego żyjemy na tej ziemi, czemu umieramy i znikamy. Musimy jednak sobie uświadomić, że ludzie, którzy wstępują do sekt, z reguły nie są nienormalni, pokrzywdzeni ani ekscentryczni. Wiodą przeciętne życie (które postronnemu widzowi może się wydać wręcz ponadprzeciętne) i mieszkają w mojej dzielnicy. A także w twojej, czytelniku. Może zbyt poważnie myślą o pewnych sprawach. Może noszą w sobie jakiś ból. Nie bardzo umieją uzewnętrzniać uczucia i są cokolwiek udręczeni. Nie znajdują dla siebie odpowiednich środków wyrazu i miotają się między dumą a poczuciem niższości. Całkiem łatwo mógłbym być jednym z nich. I ty także”.
Paradoks „Podziemia” na tle prozatorskiej twórczości Murakamiego polega na tym, że jego typowi bohaterowie – wyalienowani 30-latkowie z kompleksem niższości i poczuciem braku przynależności – przypominają bardziej rozmówców z sekty niż do bólu zwyczajne ofiary zamachów. Jest w tym jakaś dziwna, mroczna ironia, którą Murakami, jak należy sądzić, doskonale zrozumiał. „Ci ludzie wyznają zupełnie inną etykę, myślą inaczej niż my, bez reszty wierzyli w słuszność tego, co robią. Nie widzę miejsca na żadną wyrozumiałość wobec nich. Żyją nie w tym świecie, są z innego wymiaru…” – mówiła pisarzowi jedna z osób poszkodowanych w tokijskim ataku. Ale transfer między tymi rzeczywistościami, zdaje się twierdzić Murakami, jest łatwy i odbywa się niepostrzeżenie. ©℗