Z Witoldem Kołodziejskim rozmawia Magdalena Rigamonti
Po co powołał pan Krajowy Instytut Mediów?
By zrealizować projekt jednoźródłowych badań konsumpcji mediów w Polsce. Potrzeba zrobienia nowych badań wynika z...
Polityki.
Dlaczego? Staram się realizować projekt w całkowitym oderwaniu od polityki. Nawet niezależnie od wszystkich innych działań KRRiT. Jest to projekt prorynkowy, a nie polityczny, ma zagwarantować nowoczesny system rozliczeń na rynku mediów, które w dużej mierze utrzymują się z reklamy. To tworzenie nowej waluty rozliczeniowej.
Jestem obywatelką, pan ankieterem – i o co mnie pan pyta?
Namawiam panią do wzięcia udziału w ankiecie. Potem, jeżeli spełnia pani kryteria metodologiczne w doborze próby, zapraszam do udziału w panelu badawczym i wyposażam w nasz miernik. To smartfon albo smartwatch z odpowiednim oprogramowaniem.
Macie 30 tys. taki urządzeń?
Nie, 30 tys. to liczba ankietowanych gospodarstw w badaniu założycielskim. Samych urządzeń, a więc panelistów, będzie ok. 4 tys.
Za ile to wszystko?
Budżet KIM to 30 mln zł, ale badanie założycielskie i rekrutacja panelu to tylko część zadań.
Na ten rok?
Tak. KIM zajmie się również analizą oraz fuzjami, czyli łączeniem, porównywaniem i przetwarzaniem danych pochodzących z różnych źródeł i mediów. Prowadzić będzie prace nad wdrożeniem nowych standardów pomiarowych. Wypracowywaniem nowych modeli współpracy z rynkiem i ośrodkami akademickimi. Projekt realizujemy przy współpracy z Instytutem Łączności – tam działa panel eksperymentalny, w którym na blisko tysiącosobowej próbie testujemy, w trybie ciągłym, skuteczność technologii. Z kolei w NASK postawiliśmy hurtownię danych agregującą informacje z ponad 500 tys. dekoderów telewizyjnych. Ale podstawą pomiaru pozostanie panel telemetryczny – losowo dobrana grupa aktywnych panelistów wyposażonych w urządzenia do pomiaru pasywnego.
Co to znaczy aktywny panel pasywnego pomiaru?
To, że aktywność panelisty ogranicza się do noszenia włączonego urządzenia, które samo wyłapie i zidentyfikuje opomiarowane treści medialne oraz wskaże ich źródło. Urządzenia raportują, w jakim środowisku medialnym użytkownik się obraca, jakich programów telewizyjnych, radiowych czy internetowych słucha i ogląda.
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji na tym zarobi?
Celem KRRiT nie jest zarabianie pieniędzy. Zachęcamy wszystkich uczestników rynku do stworzenia porozumienia i powołania instytucji kontrolującej i docelowo finansującej badanie.
Pana badania zmiotą z rynku prywatne firmy?
Raczej włączą w jeden pomiar, dający kompleksową informację o konsumpcji mediów na różnych platformach. Obecne badania były tworzone w innej epoce –telewizję oglądało się głównie w domu, rodzinnie, na jednym telewizorze. Dziś media odbieramy wszędzie i na różne sposoby. Stąd potrzeba nowych narzędzi pomiarowych.
Prezes TVP Jacek Kurski narzekał na badania oglądalności. Teraz będzie miał swoje, państwowe.
Przecież to jest projekt rynkowy. Transparentny, audytowany międzynarodowo i kontrolowany przez rynek. Zresztą powołanie się na prezesa Kurskiego nie jest trafione. Sam byłem negatywnym bohaterem „Wiadomości”, m.in. z powodu naszych badań. Pokazało to tylko, że KIM jest instytucją niezależną.
Czy rolą KRRiT jest robienie takiego badania?
To wynika z ustawy o radiofonii i telewizji. Tradycyjne media przeżywają kryzys, a KIM powstał po to, by utrzymywać i wzmacniać ich pozycję. To badanie stanowiące podstawę do wszelkich innych badań i pomiarów na tym ciągle zmieniającym się rynku, gdzie budżety reklamowe przesuwane są w coraz większym stopniu w stronę internetu i globalnych graczy.
Te badania jest jednym wielkim ukłonem w stronę reklamodawców.
KIM ma być mediowym GUS-em rynku reklamy, gwarantującym jakość rozliczeń. W badaniu jednoźródłowym będziemy w stanie określić konsumpcję mediów w radiu i telewizji, linearnej i nielinearnej, na platformach VOD, VSP i OTT oraz na portalach społecznościowych, w telewizji naziemnej i hybrydowej, będziemy w stanie mierzyć ekspozycję nośników outdoorowych, krzyżować z badaniami konsumenckimi. Te badania mają być walutą rozliczeniową rynku wartego ok. 10 mld zł rocznie. Dlatego trzeba dbać o to, żeby jego waluta miała gwarancję jakości. Nasze badanie to także wsparcie dla małych i średnich nadawców, bo pozwoli wyłapać długi ogon, czyli niszowe programy kablowe czy lokalne stacje radiowe. Pomijane w aktualnych badaniach nie mają szans na udziały w reklamowym torcie.
A gdzie w tym wszystkim miejsce dla polityków?
Tu w ogóle nie ma miejsca dla polityków. O co pani chodzi z tą polityką? Ściągam z rynku ludzi, którzy się znają na robocie, na badaniach, ci ludzie ściągają innych ludzi, budujemy coś profesjonalnego.
Politycy będą wiedzieć, gdzie lokować polityczny produkt.
Jakieś fantastyczne wizje pani rozwija. Czy dzisiaj z badań oglądalności i słuchalności politycy czerpią wiedzę, gdzie lokować swój polityczny produkt? Kampanie polityczne są planowane przy wykorzystaniu zupełnie innego typu badań.
Dzięki panu będą bardziej precyzyjne.
Mam nadzieję, ale dotyczą innej materii. Przez kilka miesięcy zespół złożony z naszych specjalistów, ramię w ramię z ekspertami pracującymi w mediach, opracowywał ankiety po to, żeby stworzyć narzędzie użyteczne dla mediów, nie dla polityków. Z danych oglądalności niewiele da się wycisnąć praktycznej wiedzy politycznej. Taką pozyskuje się w sondażach preferencji robionych kilka razy w miesiącu przez kilka pracowni na zlecenie najrozmaitszych partii i instytucji. My nasze doświadczenie planujemy wykorzystać w innym projekcie medialnym. To DAI w usługach linearnych. Dynamic Ad Insertion, czyli dynamiczne wstawianie reklam. Technologia wykorzystywana w internecie, polegająca na dopasowywaniu oferty do konkretnego użytkownika, teraz zostanie wprowadzona w klasycznej telewizji. To wstrzykiwanie zindywidualizowanej reklamy do ogólnego przekazu.
Czyli na Podkarpaciu swoją reklamę wstrzykuje poseł Kuchciński, w Szczecinie poseł Brudziński.
Takie indywidualne kampanie robi się od lat w sieciach społecznościowych, telewizja jest zbyt drogim medium.
Będziecie wstrzykiwać kogo chcecie.
My? Czyli kto? To nadawcy decydują, co i kiedy emitują. Regulator nic do tego nie ma. W blokach reklamowych można wykupić czas na spoty polityczne, ale to kontroluje Państwowa Komisja Wyborcza, a za przekroczenie limitów partiom grozi utrata dotacji. Zresztą tu chodzi o płatną reklamę komercyjną.
Chyba że to będzie gra o wszystko. O utrzymanie władzy.
Powiem to inaczej. Rynek reklamy w Polsce to 10 mld zł rocznie. To, co jest możliwe i stosowane w świecie platform internetowych, nie jest teraz możliwe w telewizji tradycyjnej, w której jeden przekaz w jednym czasie idzie do milionów domów. Spersonalizowane reklamy są skuteczniejsze i przyjaźniejsze dla odbiorcy. Dlatego trzeba pomóc mediom tradycyjnym we wdrożeniu DAI, by mogły skuteczniej konkurować z nowymi mediami.
TVN i Polsatowi też?
Przede wszystkim, bo to najwięksi beneficjenci rynku reklamy, ale chodzi oczywiście o wszystkich nadawców, szczególnie tych małych. Chciałbym wykorzystać czas, który mi pozostał do końca kadencji, na stworzenie warunków, które zatrzymają reklamodawców przy mediach, publicznych…
Właśnie, o to panu chodzi.
Publicznych i komercyjnych, małych i wielkich, po prostu przy mediach tradycyjnych, ze swoją pozycją i zapleczem. Z jakością oferty.
I jeśli uda się wprowadzić reklamę wstrzykiwaną w tradycyjnych mediach, to będzie pan optował za tym, żeby zaprzestać finansowania z budżetu telewizji publicznej?
Nie. Jestem za stałym i trwałym mechanizmem finansowania mediów publicznych. Osobiście preferowałem model związany z rozliczaniem PIT, ale rozwiązanie bud żetowe też jest akceptowalne. Nie chciałbym jednak, żeby corocznie rząd, a potem parlament, decydował o wysokości kwoty. Kwota powinna być zależna od jasnych, stałych parametrów budżetowych. Wówczas można planować ograniczenia reklamowe w mediach publicznych. Przypominam, że już dzisiaj te ograniczenia są znaczne – media publiczne nie przerywają audycji, w tym filmów fabularnych, reklamami.
Czyli stała dotacja dla TVP i brak koncesji dla TVN?
Rada wystąpiła z propozycją rezygnacji z systemu koncesyjnego dla wszystkich nadawców satelitarno-kablowych.
Panu chodzi o to, żeby zablokować TVN.
Chodzi o to, żeby wszystkie programy telewizyjne, z wyjątkiem naziemnych, nie musiały w ogóle ubiegać się o koncesję, a potem co dziesięć lat ją odnawiać. Żeby mogły nadawać na podstawie zwykłego zgłoszenia.
To jeszcze raz: chodzi o to, żeby zablokować TVN?
To jeszcze raz. Przygotowaliśmy propozycję do zmiany ustawy o radiofonii i telewizji. I w tej propozycji, oprócz wielu innych rozwiązań ułatwiających działalność na rynku mediów elektronicznych, m.in. porządkujących relacje między operatorami platform a nadawcami, wprowadziliśmy także propozycję odejścia od systemu koncesyjnego w przypadku programów satelitarnych i kablowych.
To już pan mówił.
Bo pani jeszcze raz pytała. Wystarczy zgłoszenie, formularz na jednej stronie A4 i to wszystko. Nazywamy tę nowelizację czyszczącą.
Z wrogów politycznych.
Z trzydziestoletnich naleciałości. Obowiązująca ustawa powstała w innej rzeczywistości technologicznej i prawnej. Trzeba ją zaktualizować. A w mediach nie widzę wrogów – są partnerzy. Trudniejsi lub łatwiejsi, ale zawsze partnerzy.
Czyli wystarczy, że właściciele TVN zgłoszą na kartce A4, że nadają dalej i nie będzie żadnego problemu? Tak?
Po nowelizacji. Do tego czasu obowiązują przepisy obowiązującej ustawy.
Przedłuży pan koncesję TVN?
Jeśli chodzi o obecne postępowanie przed Krajową Radą, to trwa standardowa procedura. Nie wypowiadamy się w jej trakcie.
Ile pan jeszcze będzie ich trzymał w niepewności?
Mamy kwiecień, a TVN ma koncesję do września.
Czyli jednak do ostatniej chwili.
Uzupełniamy dokumentację, prowadzimy wymianę korespondencji.
Panu chodzi o to, żeby media w Polsce były skoncentrowane wokół PiS-u.
Prawica praktycznie nie ma w Polsce prywatnych mediów.
Ale mają publiczne.
Władze w mediach publicznych zmieniają się wraz ze zmianą koniunktury. Swoista równowaga światopoglądowa może być w łatwy sposób wywrócona. Dzisiejszy krajobraz medialny, chociaż popadający w skrajności, jest jednak pluralistyczny. Prezentuje bardzo spolaryzowane poglądy.
Media dla Polaków, nie dla propagandy. To pana słowa.
Zgoda.
W 2015 r. mija sześć lat rządów formacji politycznej, z którą pan jest związany, i media publiczne są dla propagandy, a nie dla Polaków.
Mówiłem wtedy o wszystkich mediach, nie tylko publicznych. Wtedy jedna grupa społeczna była reprezentowana przez 98 proc. telewizji tzw. mainstreamowych, druga, choć równie liczna, zepchnięta do medialnego podziemia.
Media nie powinny dzielić, ale być narzędziem budowania wspólnoty opartej na naszej historii, kulturze i języku. To też pan.
Wtedy połowa społeczeństwa, ta bardziej konserwatywna, mogła identyfikować się z poglądami prezentowanymi w dwóch niszowych stacjach: TV Republika i Trwam. To nie budowało wspólnoty.
Trwam to telewizja religijna.
Tak, ale z publicystyką społeczną. Jak ważną lukę wypełniała, wskazują setki tysięcy ludzi na demonstracjach i dziesiątki metrów sześciennych pudeł z kartkami pisanymi w proteście po zablokowaniu przez ówczesny KRRiT jej wejścia na multipleks. Wtedy Polska plasowała się dosyć wysoko w rankingach pluralizmu mediów. W 2015 r. dysproporcja była na tyle duża, że zmiana narracji światopoglądowej w dużym medium, jakim jest telewizja publiczna, zmieniła równowagę na rynku medialnym. Dziś są trzy duże grupy telewizyjne: TVN, Polsat i TVP. Pod kątem światopoglądowym mamy dwie przeciwstawne opcje: jest liberalna TVN i konserwatywna TVP.
Światopogląd też rządowy.
Bo rząd jest konserwatywny. Ubolewam, że społeczeństwo jest tak mocno spolaryzowane, że chce jednoznacznych przekazów, że oczekuje skrajnie spolaryzowanych narracji.
Politycy rządzący chcą jednoznacznych przekazów.
Wszyscy politycy tego chcą. Mamy świeży przykład z wyborów amerykańskich. CNN i Fox News są przecież potwornie spolaryzowane.
To prywatne telewizje.
Tak, ale też dwie telewizje, które wypełniają zapotrzebowanie na dwa różne obrazy rzeczywistości. Stają się ich zakładnikami do tego stopnia, że kiedy Fox przed wyborami odwrócił się od Donalda Trumpa, to...
Przerwano transmisję jego konferencji, bo uznano, że przekroczył granice wolności słowa.
I nastąpił odpływ widzów od tej telewizji.
Ale ludzie z Fox News pokazali, że są jednak dziennikarzami, a nie propagandzistami.
Sądzę, że to właściciel zmienił linię polityczną. To, co się stało, świadczy o tym, że to widzowie decydują, jaką narrację chcą odbierać. Celowo dałem jako przykład trzy polskie telewizje. Z prowadzonych obserwacji i z badań wynika, że TVP Info i TVN24 są ukierunkowane na wspieranie konkretnych opcji politycznych.
I pan z takim spokojem mówi, że TVP Info, telewizja publiczna, jest ukierunkowana na wspieranie konkretnej opcji politycznej. O tym pan marzył w 2015 r.?
Wtedy, wchodząc po raz drugi do KRRiT, byłem doświadczony, ale nie naiwny. W pierwszej kadencji byłem świadkiem wielkiej walki politycznej o media publiczne. Przypomnę, że w tamtym czasie prezesem TVP byli kolejno Bronisław Wildstein, Andrzej Urbański, Piotr Farfał. Telewizja publiczna zawsze była przedmiotem walki politycznej.
I po zapowiedziach pana i pana kolegów z PiS pojawiły się nadzieje, że media będą dla Polaków, a nie dla propagandy.
TVP zawsze była przedmiotem sporu i, szczerze mówiąc, bardzo się ucieszyłem z powstania Rady Mediów Narodowych, która zdjęła z KRRiT niewdzięczny ciężar wyboru władz mediów publicznych. Podzielam jednocześnie pogląd Trybunału Konstytucyjnego, który uznał wiodącą rolę KRRiT w tym procesie. Optuję więc za rozwiązaniem włączającym KRRiT w ten proces, na przykład przez konieczność zatwierdzania wybranych już władz. Nie jestem jednak za powrotem do poprzednich procedur.
Podpisałby się pod wyborem Marka Suskiego na szefa rady programowej Polskiego Radia?
Byłem kiedyś członkiem rady programowej PR. Wraz ze mną zasiadali tam byli ministrowie z rządów PO. Mechanizm wyboru do rad jest i był bezpośrednio polityczny. Dwie trzecie składu desygnują wprost kluby parlamentarne.
PiS miał to zmienić.
Wtedy byłby krytykowany za ograniczanie praw opozycji.
Pytałam, czy pan się podpisał pod wyborem Marka Suskiego?
Przewodniczącego wybiera rada ze swojego grona.
Za PiS miało się wszystko zmienić.
I bardzo dużo się zmieniło.
Nikt nie udaje, tylko po prostu robi propagandę.
Poprzednicy udawali?
Radiowa Trójka została zniszczona, pracownicy Polskiego Radia dostają SMS-y i e-maile od zwierzchników, co wolno, a czego nie wolno na antenie.
Nie dostaję tych SMS-ów. Przychodzą do mnie różne skargi od pracowników mediów. Ostatnio dwie głośne. Jedna z TVP, druga z TVN. Nie ingerujemy w wewnętrzne sprawy nadawców. Programy publiczne oceniamy pod kątem realizacji zadań misyjnych. Nie wiem, czy słuchała pani Radia Chopin albo Radia Kierowców.
Panie przewodniczący, rozmawiamy o polityce, a nie o muzyce i samochodach.
I właśnie o to chodzi, że pani mówi wyłącznie o polityce. A ja na to patrzę inaczej. Politykę powinniśmy rozważać w kategoriach politycznych, a jeśli chodzi o media, to raczej ją kanalizować w programach informacyjnych czy publicystyce społeczno-politycznej.
I właśnie o tym rozmawiamy.
Niech mnie pani nie wyciąga w te rejony.
Serce się panu nie kraje, jak media publiczne używane są do doraźnych celów politycznych? W mediach publicznych moich marzeń ważne wydarzenia są pokazywane, mówi się o nich w sposób bezstronny, a komentarz jest wyraźne oddzielony od informacji – to też pan, też w 2015 r.
Rolą KRRiT nie jest cenzurowanie informacji czy mówienie mediom, co mają robić.
Przecież nakłada pan kary, upomina TVN i TVN24, że mają nie używać sformułowania „Trybunał Julii Przyłębskiej”.
Kary nakładam na wielu nadawców. Niestety. W ustawie o radiofonii i telewizji jest zakaz cenzury, gwarancje niezależności nadawców i ściśle określony katalog wyjątków, których w mediach robić nie wolno.
Nałożył pan karę na TVN24.
I się z niej wycofałem. KRRiT nie jest cenzorem mediów. Jej interwencje należy traktować jako wyjątki nie regułę.
Zakazał pan TVN-owi używać sformułowana „Trybunał Julii Przyłębskiej”.
Nie zakazałem, tylko zwróciłem uwagę, że to błąd, który wygląda na celowe stygmatyzowanie człowieka ze względu na decyzję kolegialną i może wywołać bardzo groźne skutki. Wskazałem, że odpowiedzialność za to zagrożenie również ponoszą media.
Zwrócił pan uwagę, jak media publiczne mówiły o kobietach, które dokonały aborcji – te, które zabiły własne dzieci. To nie buduje napięcia społecznego?
Uważam, że o sprawach aborcji, szczególnie o konkretnych przypadkach, należy mówić bardzo ostrożnie i delikatnie.
Pytałam, czy zwrócił pan uwagę TVP, a nie co pan uważa.
Uważam, że ten temat wymaga dużej empatii w podejściu. Programu nie widziałem i nie przypominam sobie skarg. Jednak gdyby to dotyczyło konkretnych kobiet wraz z ujawnieniem ich wizerunków, to reagowałbym podobnie jak w poprzedniej sytuacji.
Ma pan tu za ścianą sztab ludzi, który monitoruje media i zwraca pana uwagę na to, komu zwrócić uwagę?
Nie.
Sam pan zwraca uwagę?
Nie. KRRiT nie jest urzędem cenzorskim i nie buduje takiego aparatu.
Wolność słowa jest na sztandarze KRRiT.
Wydawca ma prawo decydować o tym, jak kształtuje swój przekaz.
A pan ma prawo powiedzieć: przegięliście.
I mówię, ale jak robię to oficjalnie, to samo moje przekonanie nie wystarczy. Jeżeli mówimy o sytuacji mediów publicznych, to powinniśmy oceniać je nie tylko pod kątem relacji politycznych. Telewizja publiczna ze swoimi wszystkimi antenami ma 30 proc. rynku telewizyjnego, oglądalność rośnie, oferta się zwiększa. I jeżeli odłożymy na chwilę na bok dyskusję polityczną i ocenę TVP Info, to rysuje się inny obraz tego nadawcy. TVP to nie tylko Info. To przede wszystkim Jedynka i Dwójka, misyjne Historia i Kultura, także Dokument i ABC, to lżejsza oferta w Serialach i Kobiecie, Sport z najważniejszymi wydarzeniami w otwartej antenie, programy dla zagranicy i lokalne. Jeżeli więc weźmiemy pod uwagę całą ofertę TVP, to część informacyjna, budząca najwięcej kontrowersji, jawi się dużo skromniej.
Panie przewodniczący, Jacek Kurski jest chyba pewien, że to dzięki niemu PiS wygrywa wybory.
Proszę o to spytać prezesa Kurskiego i polityków PiS. Ja zajmuję się mediami, w tym pluralizmem rynku.
W TVP?
W dziennikarstwie pracuję od początku lat 90.
Od początku lat 90. też był pan związany z Porozumieniem Centrum Jarosława Kaczyńskiego
Byłem dziennikarzem i pamiętam trudność z przebiciem się z własnymi poglądami zarówno w mediach publicznych, jak i komercyjnych.
Przecież całe lata pracował pan w redakcji katolickiej TVP, gdzie mógł pan otwarcie głosić poglądy.
Ale wcześniej pracowałem w redakcji informacyjnej Polskiego Radia. Miałem i mam przyjaciół w środowisku i wiem, jak traktowani są szeregowi dziennikarze.
Czego pan oczekuje od mediów publicznych?
Wartościowych treści emitowanych na antenie i dostępnych w internecie. Na przykład takich, jak radiowe audiobooki, gdzie najlepszą literaturę czytają najlepsi aktorzy. To ważne wyzwanie przy zalewie tandety i populizmu.
Widział pan „Motel Polska” w TVP, gdzie niby zwykli ludzie komentują wydarzenia polityczne? To o tym pan mówi?
Nie widziałem.
Proszę zobaczyć, bo to właśnie tandetna oferta, której celem jest populizm.
Moje uwagi dotyczą najczęściej małych programów czy produkcji półamatorskich. Najwięksi starają się utrzymać poziom, co nie jest łatwe przy takiej konkurencji.
Czy zwrócił pan uwagę TVP z powodu programu „Motel Polska”?
Nie oglądam. Liczyłem na to, że media publiczne, z publicznym modelem finansowania, będą stanowiły przeciwwagę do niekorzystnych trendów. Nadal na to liczę. To się nie zawsze udaje. Powstaje jednak wiele ambitnych produkcji. Zawdzięczamy mediom publicznym bardzo wartościowe audycje.
W trakcie kampanii wyborczej „Wiadomości” wyemitowały kilkuminutowy materiał propagandowy o prezydencie Andrzeju Dudzie.
Reagowaliśmy wtedy jako KRRiT. Prowadziliśmy procedurę w odpowiednim trybie.
Pan ma serce po prawej stronie, jest pan związany z PiS, był i jest pan politykiem tej partii i za wszelką cenę broni pan tego, co pana ugrupowanie robi z telewizją publiczną.
Słusznie pani zauważyła, że mam serce po prawej stronie, ale to nie jest deklaracja polityczna, tylko światopoglądowa. Zawsze mnie bolało to, że poglądy, którym hołduję, nie miały swojego odzwierciedlenia w mediach. Dzisiaj sytuacja jest inna, ale wystarczy zmiana polityczna i sytuacja zmieni się radykalnie. I dla wszystkich, którzy serce mają po prawej stronie, a jest to połowa społeczeństwa, znowu zostają dwa niszowe programy TV i trochę wolności w internecie.
Gdzie mają szukać rzetelnych informacji ci, którzy po prostu chcą rzetelnych informacji? W „Wiadomościach”?
A dzisiaj ma pani takie źródło rzetelnych informacji?
Chciałabym mieć je w publicznej telewizji.
A w jakiejś innej pani ma?
Inne są telewizjami prywatnymi.
Też mają zobowiązania, tyle że zapisane w koncesjach.
Przecież pan rozumie, co ja mówię. Jako obywatelka mam prawo do rzetelnej informacji w TVP, a dostaję propagandę.
Dlatego pytam, czy pani znalazła rzetelny program informacyjny bez jakiejś linii światopoglądowej. Ja takiego programu nie znalazłem. I nawet nie szukam.
To bardzo smutne, co pan mówi w kontekście pana marzeń z 2015 r.
Za długo byłem dziennikarzem, żeby być naiwnym i nie wiedzieć, jak redakcje wpływają na ostateczny kształt materiałów. Nie jest tak, że podawana zostaje czysta informacja. Zawsze jest tak, że są interpretacje, komentarze. Po sześciu latach mam już inne marzenie. Podtrzymuję, że chcę bronić pluralizmu, ale wyzwanie mam inne. Dzisiaj powinniśmy zwierać szyki i robić wszystko, by zagwarantować możliwość prezentowania swoich poglądów w przestrzeni publicznej, niezależnie od tego, czy to są poglądy prawicowe czy lewicowe.
Czyli prezesem TVP pan nie zostanie.
Niespecjalnie bym chciał.
Nie zostanie pan, bo tam jest prezentowany jeden pogląd.
Oglądałem ostatnio tam kilka bardzo dobrych teatrów telewizji.
Wiem, że mówi pan to z premedytacją.
Oglądałem bardzo dobre filmy dokumentalne.
Kilka dni temu rozmawiałam z Ewą Stankiewicz. TVP zablokowała jej film o Smoleńsku.
Jestem wielkim zwolennikiem jej talentu i chętnie obejrzę jej najnowszy film. W radiu publicznym korzystam z oferty muzyki poważnej, audycji historycznych, słucham nowego Radia Kierowców w DAB+ i jestem pod wrażeniem.
Pięknie pan ucieka od polityki.
Radio Chopin też jest świetne.
Panie przewodniczący...
W dobie kryzysu mediów...
Jakiego kryzysu? TVP dostała znowu 2 mld zł.
Nie TVP, tylko 19 spółek mediów publicznych. Z tych pieniędzy na informację w telewizji, o której pani wyłącznie mówi, przeznaczono 150 mln, a na same ośrodki regionalne trzy razy więcej. W ofercie TVP jest naprawdę dużo wartościowych treści. Myślę, że na tym powinniśmy budować. Najlepiej by było, gdyby kanał informacyjny powierzono odrębnej spółce, gdzie kanalizowałyby się spory polityczne, a reszta spokojnie robiłaby swoje.
Niezależnej od polityków, niezależnej od Nowogrodzkiej, niezależnej od Jacka Kurskiego, która pozwalałaby dziennikarzom patrzeć politykom na ręce.
Wszyscy politykom patrzą na ręce. Politycy o tym wiedzą i to akceptują. Chociaż nie zawsze są szczęśliwi z tego powodu.
Chyba też o to chodzi w dziennikarstwie.
Nie myślmy utopijnie, że będą idealne, obiektywne przekazy polityczne, bo...
Bo prezesem TVP jest polityk Jacek Kurski.
W konkurencyjnej dla pani gazecie prezesem jest jego brat Jarosław Kurski. Jego gazetę trudno nazwać bezstronną. Konkurencja, także ta polityczna, jest wszędzie, również w rodzinie.
Pan raportuje ministrowi kultury?
Nie, nie mam bezpośredniego zwierzchnika.
Jest tylko Bóg?
Tak. To poważna kontrola.
Do tego sumienie...
Sumienie, wolna wola, umiejętność odróżniania dobra od zła, ale chyba nie o to pani chodzi. KRRiT to organ konstytucyjny.
Który kontroluje też misyjność mediów publicznych.
KRRiT dzieli abonament, rozlicza media publiczne z wykorzystania tych środków na działalność misyjną.
Na koniec pana zapytam, przewodniczącego KRRIT, polityka PiS, katolika. Misyjna była transmisja mszy świętej z okazji rocznicy śmierci Jadwigi Kaczyńskiej, matki prezesa Jarosława Kaczyńskiego?
Przyznam, że nie oglądałem.
Wyślę panu link.
Mam interweniować?
Nie zrobi pan tego, bo się pan boi.
Gdzie tu podstawa do interwencji KRRiT? To decyzja wydawcy, a sama transmisja mszy nie jest jeszcze zabroniona.
Magdalena i Maksymilian Rigamonti