Slavoj Žižek zapewne nie czytał krytyki swoich pandemicznych rozważań, którą czytelnicy tej kolumny mogli poznać kilka miesięcy temu. I postanowił uraczyć nas ich drugą częścią. Cóż, pandemia nie służy filozofom – zaś temu z Lublany w szczególności. A może nie chodzi o pandemię? Może problem jest głębszy? Może wyczerpało się to, co u Žižka było świeże i zaskakujące. To, co uczyniło z niego najsłynniejszego popmarksistę naszych czasów.
Žižek zyskał wielbicieli odwagą w łamaniu myślowych przyzwyczajeń i śmiałością w sięganiu po dziwaczne nieraz paralele i porównania. Ale ostatnio jakby się zaczął tego lękać. Najpierw coś mówi albo pisze, jak na Žižka przystało – nie kalkulując i nie dzieląc włosa na czworo, ale potem przedstawiciele ugrzecznionej lewicy dzwonią do niego i robią mu wyrzuty, że pochwalił nie tego co trzeba i nie odciął się odpowiednio mocno od Trumpów, Orbanów i Kaczyńskich. I Žižek zaczyna się tłumaczyć, że „wprawdzie, ale przecież”. I już nie jest dawnym Žižkiem, tylko jednym z przewidywalnych publicystów. Który „oczywiście” krytykuje kapitalizm i liberalną demokrację, ale „oczywiście” nie jest w stanie sobie wyobrazić niczego innego. A nawet jeśli jest w stanie sobie wyobrazić coś innego, to ta inność tak go przeraża, że już woli, żeby było tak, jak było. To dzisiejszy Žižek. Ugrzeczniony, oswojony, spętany łańcuchami poprawności wszelakiej. Dziwne, prawda?
Ta książka jest tego najlepszym dowodem. Podobnie jak poprzednia. Oba tomy okołopandemicznych rozważań broniłyby się pewnie jako pisane na gorąco blogowe rozważania. Gatunek powstający z pomieszania pierwszych reakcji na internetowe nagłówki z przypominającymi się dość przypadkowo skrawkami lektur albo obejrzanych filmów. COVID, Hegel, Herder, Trump, Big Pharma, Orbán, Kaczyński, COVID. Takie szybkie kawałki i zbiory skojarzeń są jeszcze jakoś do wytłumaczenia. Ale książka? Nic tu się niestety nie składa w większą całość. I niewiele z tego wszystkiego wynika.