Reklama
Na razie jedynie „Margot”, ta zapomniana bohaterka lewicujących nośników medialnych, poważa się na działanie z lewej strony przeciwko Strajkowi Kobiet; ponieważ dogryzania mają tło raczej osobiste niż ideowe, można tych ataków nie zauważać. Historia wielu rewolucji pokazuje jednak, że zagrożenie radykałów ze strony jeszcze bardziej radykalnych radykałów stanowi standardowy etap rewolucyjnych porywów. Logika jest nieubłagana: skoro obalamy Zło Nieludzkie, ten, kto najbardziej, ale to najbardziej nienawidzi Zła Nieludzkiego, jest najlepszy, a kto najbardziej wierzy w nadejście Dobra Wszelkiego, ten ma najwięcej punktów wiary, kto zaś energicznie tropi słabsze ogniwa, ten zasługuje na największy respekt.
Miał Robespierre swoich „wściekłych” (skazał ich na śmierć, zaraz potem, jak skazał na śmierć odrobinę mniej radykalnych od niego samego zwolenników Dantona). Miał Lenin swoich anarchistów (wyszło podobnie, nie wchodząc w szczegóły). Trudno, by nie miał „wściekłych” działaczek ruch, który na przemian ogłasza wojnę z niemal całą polską tradycją narodową i rodzinną oraz rewolucję społeczną, a ponoć nawet klasową.
Nie tylko Aleksander Kwaśniewski, ale nawet Ryszard Bugaj czy Jan Hartman nie imponują radykał(k)om lewicy pandemicznej; po jej zwycięstwie znajdą się oni w obozach reedukacji chwilę po tym, gdy brama zamknie się za Moniką Jaruzelską. Hasło „nie ma wrogów na opozycji” jest niemałej części aktywu Strajku Kobiet równie bliskie, jak schabowy i dygnięcie. Są, są ci wrogowie cholerni, nie wszyscy wszelako ujawnieni. Przyjdzie w końcu kolej na obecnych niby-to-zwolenników naszej świętej sprawy… Czy i Marta Lempart doczeka się szyderstw, że jest „dziadersówą”? Pytanie źle postawione. Trzeba pytać „kiedy”, a nie „czy”. To jest wojna. ©℗