Przy rozliczeniach kredytów frankowych wywody prawnicze nie zastąpią zasad ekonomii.
ikona lupy />
Dziennik Gazeta Prawna
Pani Profesor Ewa Łętowska przygotowała dla działającego przy Rzeczniku Praw Obywatelskich Forum Konsumenckiego opracowanie pt. „Kwalifikacje prawne w sprawach o sanację kredytów frankowych – da mihi factum dabo tibi ius”. Jest to wyśmienita analiza problemów prawnych. Niestety ma ona jedną wadę – tę samą, co większość komentarzy do różnych aktów prawnych. Kończy się tam, gdzie zaczyna się rzeczywisty problem. Pani Profesor stawia tezę, że „rozliczenie skutków unieważnionej umowy następuje na podstawie condictio causa finita, której konsekwencją jest restytucja (podkreślenie moje) stanu sprzed zawarcia umowy (wzajemny zwrot świadczeń: kwoty kredytu – sumy spłaconych rat)”. I tu właśnie zaczyna się problem.
Troszeczkę więcej napisała Pani Profesor w dodatku „Prawnik” (DGP nr 145/2020), więc i ja spróbuję napisać troszkę więcej – zainspirowany przez Panią Profesor jej innym świetnym artykułem umieszczonym na tych łamach, w którym zadedykowała prawnikom wiersz „Mieszkańcy” Juliana Tuwima: „I oto idą, zapięci szczelnie, Patrzą na prawo, patrzą na lewo. A patrząc – widzą wszystko oddzielnie”. No właśnie. Dobrze byłoby spojrzeć na prawo z punktu widzenia ekonomii, której prawnicy boją się jak diabeł święconej wody, bo to jakieś funkcje, równania... Nie po to szliśmy na prawo, żeby się matematyki uczyć, nieprawdaż? Gdy jednak chcemy faktów (da mihi factum), to je poznajmy. Te ekonomiczne.

Sytuacja nieprzewidziana

Mamy w kodeksie cywilnym art. 3571, który został do niego dodany w 1990 r.: „Jeżeli z powodu nadzwyczajnej zmiany stosunków spełnienie świadczenia byłoby połączone z nadmiernymi trudnościami albo groziłoby jednej ze stron rażącą stratą, czego strony nie przewidywały przy zawarciu umowy, sąd może po rozważeniu interesów stron, zgodnie z zasadami współżycia społecznego, oznaczyć sposób wykonania zobowiązania, wysokość świadczenia lub nawet orzec o rozwiązaniu umowy. Rozwiązując umowę, sąd może w miarę potrzeby orzec o rozliczeniach stron, kierując się zasadami określonymi w zdaniu poprzedzającym” (klauzula rebus sic stantibus, czyli „skoro sprawy przybrały taki obrót”).
Dlaczego więc nie wykorzystano jej do kredytów walutowych? Po gwałtownej dewaluacji złotego spowodowanej światowym kryzysem finansowym, który wybuchł w Stanach Zjednoczonych we wrześniu 2008 r., spotęgowanym późniejszym kryzysem strefy euro i zagrożeniem bankructwem Grecji w 2010 r. – czego z całą pewnością „strony nie przewidywały przy zawarciu umowy” – można było uznać, że mieliśmy do czynienia z „nadzwyczajną zmianą stosunków”, która „groziła jednej ze stron rażącą stratą”. Klauzula rebus sic stantibus miałaby swoje uzasadnienie.
Pozwoliłaby zróżnicować różne sytuacje. Bo nie jest tak – jak postuluje Pani Profesor – że najlepsze jest rozwiązanie „jedno dla wszystkich umów”. Umowy były różne i sytuacje były różne. Inna była sytuacja kredytobiorcy, który usłyszał od pośrednika, że nie może dostać kredytu w wysokości potrzebnej do nabycia upragnionego mieszkania, chyba że we frankach, a inna kredytobiorcy, który z premedytacją zaciągnął kilka kredytów na zakup kilku mieszkań na wynajem albo domu, w którym nie tylko mieszka, lecz także prowadzi działalność gospodarczą.
Można szukać „w książkach” różnych skomplikowanych powodów prawnych, dla których w sporach o kredyty frankowe nie skorzystano z art. 3571 k.c. Można też postawić prostą tezę „z życia” – sędziowie nie byli po prostu gotowi, by „oznaczyć sposób wykonania zobowiązania i wysokość świadczenia”, czyli zmierzyć się z istotnymi dla sprawy kwestiami ekonomicznymi (Amerykanie nazywają to różnicą między law in books a law in action). Można też postawić tezę, że do dziś gotowi nie są, o czym świadczą niektóre wyroki o unieważnieniu umów kredytowych z powodu abuzywności części zawartych w nich klauzul abstrahujące od ich ekonomicznych skutków – nie tylko dla banków i niezadowolonych kredytobiorców frankowych, lecz także dla wszystkich uczestników rynku (w tym kredytobiorców złotowych) i dla całej gospodarki. Świadczy o tym także wyśmienity prawniczo artykuł Pani Profesor.
Z uporem maniaka przypominam od lat krótki esej Frederica Bastiata „Co widać i czego nie widać”. Widać banki i frankowiczów. Nie widać złotówkowiczów. Bo większość prawników „widzi wszystko oddzielnie”.

Pieniądz w czasie

Nawet ci, którzy nienawidzą liberałów i Adama Smitha, nie próbują przeczyć jego ustaleniom, że są trzy źródła bogactwa narodów: ziemia, kapitał i praca.
Kapitał dostarczają rynkowi ci, którzy go już wcześniej zgromadzili. Jedni inwestują go sami – np. tworząc jakieś firmy, w tym banki. Inni go odkładali na przyszłość w tychże bankach. Jako że ludzie preferują konsumpcję bieżącą, by skłonić ich do jej ograniczenia i oszczędzania i móc dysponować kapitałem do pożyczenia, banki muszą zaoferować im jakieś wynagrodzenie. Wynagrodzeniem tym jest de facto większa konsumpcja w przyszłości, choć de iure przybiera ono postać oprocentowania oszczędności – czyli kapitału odłożonego i nieskonsumowanego na bieżąco. Niekiedy, w niepewnych czasach, tym wynagrodzeniem bywa sama gwarancja zwrotu zdeponowanej kwoty – nawet z minimalnymi odsetkami albo w ogóle bez nich. Tak się właśnie dzieje obecnie.
Wynagrodzenie wypłacane przez banki tym, którzy powierzyli im swój kapitał, pochodzi od innych ludzi – tych, którzy go od banków pożyczają, płacąc za to określoną cenę. Cenę tę wyraża stopa procentowa. Stopę procentową danej waluty kształtuje bank centralny ją emitujący w oparciu o zjawiska zachodzące w gospodarce danego kraju i całego świata.
Oczywiście zgromadzone wcześniej oszczędności nie wystarczyłyby dziś na finansowanie gospodarki. Dlatego kapitału dostarczają rynkowi banki. Część pochodzi z banków centralnych. Nazywa się to emisją pieniądza. Część (znacznie większa) – z banków komercyjnych. Skąd go biorą, jeśli oszczędności zgromadzone w bankach nie wystarczają? Ze spłaty w przyszłości pożyczek udzielonych w przeszłości wraz z odsetkami. Na pozór to trudne do pojęcia, ale jak w matematyce – wystarczy zrozumieć.
Jak pożyczamy z banku 1000 zł na rower dla dziecka i zobowiązujemy się oddać za jakiś czas 1100 zł, to bank – na podstawie tego naszego zobowiązania – może od razu pożyczyć komuś innemu to, co my mamy mu dopiero w przyszłości oddać. Taka magia finansów. Nazywa się to kreacją pieniądza. Na rowerek bank mógł nam pożyczyć pieniądze m.in. dlatego, że ktoś w przeszłości zobowiązał się oddać mu w przyszłości pieniądze pożyczone na zakup mieszkania. W drugą stronę też to działa: pożyczki na mieszkania mogły być udzielane dzięki wcześniejszym zobowiązaniom innych klientów do zapłaty odsetek od pieniędzy pożyczonych na różne „rowerki”. „Money is a debt” (pieniądze są długiem). Tak samo jest wówczas, gdy kupujemy dziecku rowerek na raty. Kupujemy go na kredyt – z tym tylko, że nie zaciągamy go bezpośrednio w banku, bo wszystkie dokumenty podpisujemy u sprzedawcy.
Długoterminowe umowy kredytowe różnią się jednak istotnie od umów krótkoterminowych. Wydłużony okres kredytowania (kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat) wymaga lepszego zabezpieczenia wykonania umowy (zastaw hipoteczny), ale za to oprocentowanie jest niższe. Odsetki się co prawda kumulują, ale to tylko z uwagi na długość obowiązywania umowy.
Ma to znaczenie dla sposobu obsługi kredytu długookresowego, czyli spłaty rat kapitałowych i odsetkowych. Każda płacona regularnie rata w pewnej części pokrywa kapitał, a w części odsetki. Zmienność wysokości rat w czasie wynika ze zmienności stopy procentowej, czyli z faktu, że stopy referencyjne (typu WIBOR czy LIBOR) zależą zarówno od zmiennej sytuacji rynkowej, jak i od ustalanych przez banki centralne stóp procentowych, które też podlegają zmianom. W przypadku kredytów denominowanych lub indeksowanych do waluty obcej ich raty zmieniają się także zależnie od kursu walutowego. Kursy walutowe zależą zaś od sytuacji gospodarczej na świecie, w państwach emitujących dane waluty i od stóp procentowych ustalanych przez banki centralne emitujące te waluty.
W przypadku rat równych początkowo stosunkowo dużą ich część stanowią odsetki, a w miarę upływu czasu coraz większą – kapitał. W rezultacie, gdy porównamy dwa kredyty, które na początku różnią się tylko roczną nominalną stopą procentową (a więc kredyt frankowy i złotówkowy), to (pomijając oczywiście zmienność stóp procentowych i kursu walutowego) kredytobiorca spłacający kredyt niżej oprocentowany (frankowy) szybciej spłaca zadłużenie.
Jeśli przyjmiemy uśrednione roczne stopy procentowe od 2005 r. w wysokości 2 proc. i 6 proc. odpowiednio dla franka i złotego, co dość dobrze oddaje realia, to w ratach frankowicza część kapitałowa stanowiła ponad połowę, a kredytobiorca złotowy w początkowym okresie spłacał głównie odsetki – kapitał stanowi więc mniej niż 20 proc. pierwszych rat. W rezultacie kredytobiorca frankowy po 10 latach miał spłacone 27 proc. kapitału, a złotowy tylko 16 proc. Po 15 latach odpowiednio 43 i 29 proc., a po 20 latach – 60 i 46 proc.
Zmienności rat w czasie odpowiada zmienność innych cen. W ciągu ostatnich 14 lat (2005–2019) wskaźnik cen towarów i usług (znany jako inflacja) wzrósł o 34 proc. Wiele ważnych dla konsumentów dóbr podrożało jednak o wiele bardziej. Średnia cena 1 mkw. powierzchni użytkowej lokali wzrosła o 73 proc. Z drugiej strony wrosła też cena pracy, czyli wynagrodzenia.
Na łamach DGP pisze Pani Profesor, że „kredytodawca (bank) własne świadczenie główne ma określone od początku co do wysokości i świadczy pierwszy, na początku zawiązania węzła obligacyjnego, zaś upływ czasu nie wpływa na rozmiar jego długu i świadczenia”. Od razu muszę zapytać: czy jakiś bank świadczyłby pierwszy, gdyby nie zobowiązanie wzajemne kredytobiorcy? Ale nie kolejność świadczeń jest tu najważniejsza. Bo upływ czasu jak najbardziej wpływa na sytuację banków. Część z nich wykorzystywała dostępne na rynkach finansowych instrumenty, które pozwoliły im na uniezależnienie się od konieczności posiadania depozytów w walucie udzielonego kredytu – jak choćby CCIRS (Cross Currency Interest Rate Swaps). Ale część z nich te waluty rzeczywiście posiadała – wystarczy uważnie poczytać ich bilanse. Zmiana kursów walutowych (od poszczególnych banków całkowicie niezależna), podobnie jak stóp procentowych ustalanych przez banki centralne rzutuje na sytuację banków podobnie jak na położenie kredytobiorców.

Czym jest ryzyko

Pani Profesor pisze, że „rozproszeni kredytobiorcy dotknięci są niedoszacowanym ryzykiem walutowym”. Trzeba więc wyjaśnić, czym jest ryzyko w ekonomii. W językach europejskich słowo „ryzyko” (ang. „risk”) oznacza możliwość straty. W znaczeniu potocznym ma negatywne zabarwienie emocjonalne i kojarzy się z zagrożeniem. W języku ekonomii jest to jednak zagrożenie obliczalne: wiąże się z określonym prawdopodobieństwem, że podjęte działanie zakończy się niepowodzeniem. Natomiast brak pewności, że stanie się to, czego oczekujemy, określany jest słowem „uncertainty” (niepewność). Nie ma ono negatywnego zabarwienia. Implikuje jedynie, że może nie wystąpić spodziewane zjawisko lub że może wystąpić jakieś inne (niespodziewane), co nie znaczy, że mamy do czynienia z jakimś zagrożeniem! Grając w kości, stajemy wobec ryzyka, natomiast zaciągając długoterminowe zobowiązanie finansowe, mamy do czynienia z niepewnością! Bez względu na to, w jakiej walucie je zaciągamy. Stopy procentowe są zmienne dla każdej waluty, a wszystkie kredyty oprocentowane są stopą zmienną. Im dłuższy okres, tym niepewność większa. Mniejsza, gdy pożyczamy na rok pieniądze na rowerek, większa, jeśli pożyczamy na 30 lat pieniądze na mieszkanie.

Fakty ekonomiczne

Pani Profesor pisze, że kredytobiorcy „ryzykują utratą mieszkania – dobra trudno dostępnego, a życiowo niezbędnego”.
Owszem. Są tacy. To widać. Ale spójrzmy na to, czego nie widać.
Są też tacy, którzy tego dobra „życiowo niezbędnego” nie mają w ogóle i na razie na kredyt kupują do wynajmowanych mieszkań artykuły AGD czy RTV. A chcieliby mieć mieszkanie. Zaspokojenie tej ich chęci zależy od sytuacji na rynku kredytowym. Nie może ona być kształtowana z punktu oczekiwań jednej grupy kredytobiorców.
Są tacy, którym grozi utrata mieszkania z powodu popadnięcia w długi z zupełnie innych przyczyn niż trudności w spłacie walutowego kredytu mieszkaniowego. Niektórzy otrzymywali pożyczki zabezpieczone hipotecznie na rozwój działalności gospodarczej, która im się nie powiodła m.in. z powodu kryzysu finansowego, jaki wybuchł we wrześniu 2008 r. i skutkował także (a nie jedynie!) zawirowaniami na rynkach walutowych, które uderzyły we frankowiczów.
Są też tacy, którzy z obsługą kredytu walutowego nie mają najmniejszych problemów – to ci, którzy kredyty (celowo w liczbie mnogiej) zaciągali w latach 2005–2007 i korzystając przez kilka lat z niskiego oprocentowania, niskich marż i korzystnego kursu wymiany złotego do franka, nabyli po kilka mieszkań na wynajem.
Budowanie rozwiązań prawnych mających obowiązywać powszechnie na tej podstawie, że niektórym kredytobiorcom grozi utrata mieszkania, jest dość pochopne – zwłaszcza bez uwzględnienia sytuacji kredytobiorców złotowych.
Porównajmy dwa kredyty, zaciągnięte w listopadzie 2008 r., czyli w momencie najgorszym dla kredytobiorców frankowych, bo tuż przed pierwszym załamaniem kursu złotego. Jeden złotowy, a drugi frankowy. Jeden na kwotę 275 tys. zł, a drugi na 110 tys. franków szwajcarskich, czyli mniej więcej tyle samo. Oba na 30 lat (360 rat).
Przy kredycie frankowym pierwsza rata wynosiła ok. 1,5 tys. zł, a przy kredycie złotowym ok. 2,2 tys. zł. Raty takich dwóch kredytów zrównały się w połowie 2013 r. i do dziś są na podobnym poziomie – ok. 1375 zł. Z tym, że kredytobiorca frankowy spłacił dotąd ok. 180 tys. zł, a złotowy ok. 210 tys. zł. Ten drugi nie dość, że łącznie spłacił więcej, to w dodatku zapłacił więcej odsetek, a mniej pożyczonego kapitału, bo odsetki przy kredycie złotowym były i wciąż są wyższe!
Przy dzisiejszych stopach procentowych i kursie franka do złotego statystyczny kredytobiorca złotowy będzie musiał łącznie zapłacić bankowi przez całe 30 lat jakieś 430 tys. zł, a frankowy „aż” 495 tys. zł. Czyli w ciągu 19 lat, przez które jeszcze mają być te dwa kredyty spłacane, kredytobiorca frankowy będzie musiał płacić miesięcznie o jakieś 285 (słownie: dwieście osiemdziesiąt pięć) zł więcej niż złotowy. Tylko że średnie wynagrodzenie w 2008 r. wynosiło 2043 zł, a obecnie wynosi 5604 zł. Różnica wynosi 2661 zł (> 130 proc.). A rata kredytu frankowego wzrosła statystycznie o 1 tys. zł (< 70 proc.).
I jeszcze jedna – statystycznie istotna – uwaga: za kredyty we frankach częściej kupowano mieszkania w dużych miastach. Ponadprzeciętnie dużo kupiono ich w Warszawie. Statystyczny kredytobiorca frankowy częściej ma więc mieszkanie w dużym mieście, które w tym czasie podrożało o ok. 55 tys. zł, czyli o 20 proc. kwoty zaciągniętego kredytu. Mieszkanie kupowane częściej przez kredytobiorcę złotowego o takiej samej powierzchni w mniejszym mieście podrożało tylko o ok. 20 tys. zł, czyli 7,5 proc. zaciągniętego kredytu. A ci, którzy zaciągnęli kredyt frankowy przed 2008 r., są w jeszcze lepszej sytuacji.
Dlatego zdziwiło mnie, że na łamach DGP napisała Pani Profesor o „zabiegu językowym”, którego „dokonuje się po to, aby wytworzyć wrażenie, że kredytobiorca otrzymał coś jeszcze, oprócz bezodsetkowej kwoty kredytu, czego równowartość powinien przy rozliczeniu unieważnionej umowy zwrócić w pieniądzu”. Sama dokonuje przy tym zabiegu językowego, aby wytworzyć wrażenie, że kredytobiorca frankowy otrzymał od kredytodawcy, jego akcjonariuszy i wszystkich innych jego klientów jakąś bezodsetkową kwotę, którą co prawda musi zwrócić, ale może sobie zatrzymać mieszkanie, które sobie za nią kupił. Dlaczego takie „bezodsetkowe” świadczenie nie przysługuje tym, którzy mają kredyt w złotych? Jest to zgodne z zasadą „państwa prawnego”, na które tak często i tak chętnie powołuje się Pani Profesor? Czy może chodzi o to, że jest to państwo prawne „urzeczywistniające zasady sprawiedliwości społecznej”, a Pani Profesor tak właśnie tę sprawiedliwość społeczną pojmuje? Nie sądzę! Przypuszczam, że Pani Profesor widzi frankowiczów i złotówkowiczów jednak oddzielnie.

Rozliczenie umowy

Co do rozliczenia umowy kredytowej, która upadła, Pani Profesor słusznie zauważa, że „jest to integralna część mechanizmu w ramach postępowania sanacyjnego, zainicjowanego konkretną kontrolą abuzywności. W praktyce sądów polskich tę część postępowania przesuwa się do odrębnego postępowania, zrywając więź tego etapu z resztą mechanizmu sanacyjnego. Ma to ten niebezpieczny skutek, że nie dostrzega się, że zarówno wybór prawnej podstawy rozliczenia, jak i inne kwestie prawnego reżimu rozliczeń (przedmiot, zakres) muszą tu być determinowane faktem, że rozliczenie ma doprowadzić do efektu wymaganego przez acquis communautaire: kredytobiorca ma znaleźć się w takiej sytuacji faktycznej i prawnej, jakby klauzula nie została w ogóle w umowie umieszczona”.
I tu właśnie zaczynają się wspomniane na początku problemy.
Po pierwsze, jeśli „kredytobiorca ma znaleźć się w takiej sytuacji faktycznej i prawnej, jakby klauzula (abuzywna) nie została w ogóle w umowie umieszczona, a „rozliczenie skutków unieważnionej umowy następuje na podstawie condictio causa finita, której konsekwencją jest restytucja stanu sprzed zawarcia umowy”, to co z mieszkaniem nabytym przez kredytobiorcę za udostępnione przez bank środki? Oczywiście pozostaje ono własnością kredytobiorcy. Jak należy uwzględniać jego wartość, zmierzając do „restytucji”? Czy może w ogóle robić tego nie należy, a mieszkanie powinno być prezentem dla kredytobiorcy frankowego z tego powodu, że bank zastosował klauzulę abuzywną?
Drugi problem: czy rzeczywiście kredytobiorcy mają zwracać bankom ich świadczenie? Czytam przecież, że bankom roszczenie o zwrot kapitału się przedawniło. Czy może jednak nie? Może ustalmy to, zanim zaczniemy unieważniać umowy?
Trzecia sprawa: bank ma roszczenie z tytułu bezumownego korzystania z udostępnionego kredytobiorcy kapitału czy go nie ma? Jeśli nie ma, to nie miał go w ogóle, czy też mu się przedawniło? Rozwija Pani Profesor tę myśl w artykule w DGP, pisząc, że „sankcja dotykająca nierzetelnego profesjonalisty (a taką sankcją jest przedterminowe, wymuszone wyrokiem sądu zakończenie stosunku prawnego) ma być realna, dotkliwa i odstraszająca (działanie prewencyjne)”. Jaka „sankcja”? Za co? Na czym polegał czyn zabroniony, który ma być „ukarany”? Na udzieleniu kredytu we frankach? Czy może jednak tylko na abuzywnym stosowaniu klauzuli spreadowej? Sam produkt był przecież legalny. Gdyby nie decyzja banku centralnego Szwajcarii w sprawie stóp procentowych, w której wyniku nastąpiły drastyczne zmiany kursów wszystkich walut, frankowicze byliby szczęśliwi – tak jak do roku 2008.
I tu się pojawia problem czwarty, być może podstawowy, jeśli chodzi o przyszłość. Co jest abuzywne? Wyroki w sprawie kredytów frankowych będą kształtowały linię orzeczniczą w sprawie abuzywności wszelkich klauzul walutowych. Czy abuzywna jest klauzula spreadowa pozwalająca bankom przeliczać franki szwajcarskie na złote po arbitralnie, jednostronnie ustalonym przez nie kursie? Czy gdyby do takiego przeliczania stosowany był kurs sprzedaży NBP, to nie byłoby żadnego problemu? Czy może abuzywne są także wszelkie klauzule denominacyjne i indeksacyjne? Jeśli tak, to co z umowami najmu powierzchni biurowych? Większość z nich zawiera takie właśnie klauzule, a jest ich więcej niż kredytów frankowych. Też zostaną unieważnione? Czy za abuzywną uznana zostanie klauzula o zmiennej stopie oprocentowania kredytu złotowego? Przecież gdy po spadku stóp procentowych (z uwagi na zamknięcie gospodarek z powodu epidemii koronawirusa i dostarczenie rynkom niespotykanej wcześnie przez banki centralne płynności, większej nawet niż po 2008 r.) nastąpi równie szybki wzrost stóp procentowych, posiadacze kredytów złotowych ucierpią o wiele bardziej. Jak przyznał prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło, jego bank już dostał pierwszy pozew kwestionujący kredyt złotowy i stwierdził, że zastanawia się, czy w ogóle udzielać kredytów. Co będzie z tymi, którzy kredytów hipotecznych jeszcze nie mają, a chcieliby je zaciągnąć, bo inaczej nie będą mogli nigdy kupić mieszkania? I co z kredytami na „rowerki”, sprzęt RTV czy AGD?
Problem piąty jest zaś taki, że w systemie rezerwy cząstkowej na banki nie zostaną nałożone żadne „sankcje”. Bo w bankach pieniędzy nie ma! Stopa rezerwy obowiązkowej wynosi 0,5 proc.! Z każdego 1 tys. zł zdeponowanego w bankach odkładają one 5 zł na specjalny rachunek w NBP. Resztę pożyczają. Gdyby więc wszyscy ludzie poszli jutro do banków po swoje zdeponowane w nich pieniądze, ba, gdyby zrobiło to naraz 5 proc. z nich, to pocałowaliby klamki. Banki zostałyby po prostu zamknięte, jak to już w historii wielokrotnie bywało. I nie trzeba sięgać pamięcią zbyt daleko. Ostatnio kilka lat temu w Grecji, a potem na Cyprze.
Dlatego napisałem, że tu, gdzie kończy się komentarz Pani Profesor Łętowskiej, zaczynają się problemy. I jeszcze raz powtórzę: bez wiedzy ekonomicznej prawnicy są bezbronni w sprawach z zakresu ekonomii i nie są w stanie ustalić suum cuique („każdemu, co jego”).
I na koniec wyznanie. Jako że Pani Profesor zaczęła swoje rozważania od przypomnienia swojego artykułu „o świadomym i nieświadomym uwikłaniu prawników-naukowców i adwokatów w zależności lobbystyczne, towarzyszące «wojnom na interpretacje» toczącym się na tle kredytów frankowych” (DGP nr 63/2020), to muszę wyjaśnić, że:
  • nie mam w tej sprawie konfliktu interesów, a wręcz przeciwnie – mógłbym być zainteresowany jak najkorzystniejszym rozstrzygnięciem dla kredytobiorców, gdyż sam posiadam hipoteczny kredyt walutowy,
  • nie reprezentuję żadnego banku czy Związku Banków Polskich ani nie współpracuję z żadną kancelarią obsługującą banki w procesach dotyczących kredytów walutowych,
  • prowadziłem natomiast kilka procesów przeciwko bankom,
  • byłem arbitrem w sporach banków z ich klientami – choć jeden z banków podjął próbę mojego wyłączenia, zarzucając mi brak obiektywizmu na niekorzyść banku.Od lat natomiast usilnie opowiadam się za tezą, że bez wiedzy ekonomicznej prawnicy są bezbronni w sprawach z zakresu ekonomii.
Sędziowie nie byli gotowi, by zmierzyć się z istotnymi dla sprawy kredytów frankowych kwestiami ekonomicznymi. I do dziś raczej nie są