Ilekroć jakiś komentator zaczyna mówić o „chaotycznej i nieprzewidywalnej” prezydenturze Donalda Trumpa, nie wiem, czy mam płakać, czy się śmiać. Niby normalną reakcją na taki przejaw ignorancji komentariatu powinien być pobłażliwy uśmiech. Ponadto przeraża świadomość, że ów komentariat tworzy w narodzie opinie na ważne tematy, a na takim fałszywym fundamencie (Trump szaleniec) buduje się potem wyrafinowane konstrukcje. Jak np. modny ostatnio w Europie antyamerykanizm. I wtedy już do śmiechu nie jest.

Osobom zainteresowanym, jak jest naprawdę, polecam rzeczową analizę polityki 47. prezydenta USA w dowolnej ważnej kwestii. Weźmy suwerenność surowcową. Kluczowe surowce można podzielić na energetyczne (ropa, węgiel, gaz) i nieenergetyczne. Wśród tych drugich ważną podgrupę stanowią pierwiastki ziem rzadkich. Z grubsza stoi na nich wszystko, co da się włączyć i wyłączyć przyciskiem on/off.

Uzależnienie USA

Aż do końca zimnej wojny Ameryka była na tym polu światowym hegemonem. Potem sobie jednak odpuściła. Jej udział w światowej produkcji „rare earths” spadł w 2015 r. do kilku procent. Odwrotnie Chińczycy. Oni – zgodnie ze słowami przewodniczącego Denga z lat 80. – postanowili, że „tak jak Arabowie mają ropę, tak oni będą potentatem na polu wspomnianych metali”. I plan zrealizowali. U progu XXI w. USA w 90 proc. pokrywały swoje zapotrzebowanie na pierwiastki ziem rzadkich importem. Z tego ok. 70 proc. sprowadzano z Chin.

Aż do nastania w Białym Domu pierwszego Trumpa temat pozostawał poza radarem amerykańskiej polityki. Mimo że już administracja Baracka Obamy radośnie weszła w trend przestawiania gospodarki na zielone technologie, dla których metale ziem rzadkich są nieodzowne. Trzeba było jednak prezydentury Trumpa, by zbudować w Waszyngtonie świadomość, że Ameryka jest o dwa kroki od totalnego uzależnienia od swojego głównego geopolitycznego rywala, czyli Chin.

Ale były to dopiero przedbiegi. W 2025 r. Trump wrócił z nową, dużo bardziej rozbudowaną agendą surowcową. Zaczęło się od poszerzenia (do 60) listy strategicznych minerałów, w których wydobycie rząd zamierza inwestować miliardy. I to już się dzieje. W lipcu Pentagon kupił większościowe udziały w przedsiębiorstwie MP Materials, operatorze jedynej czynnej w USA kopalni tych pierwiastków, Mountain Pass, w Kalifornii. Jego strategicznym partnerem został Apple. W październiku administracja dofinansowała DFC (U.S. International Development Finance Corporation), instytucję, która zajmuje się inwestowaniem w projekty wydobywcze i przetwórcze metali ziem rzadkich, kwotą prawie 2 mld dol. Trump zapowiedział też, że jego ekipa nie będzie oglądała się na lamenty organizacji ekologicznych dotyczące zwiększenia takiej aktywności.

USA zyskują na czasie

Także polityka celna jest podporządkowana zarysowanemu wyżej celowi. Prezydent może i jest na wojnie celnej z Kanadą, ale metale strategiczne są z niej wyłączone. Zresztą sąsiad z Północy nie ma nic przeciwko, skoro surowce te są od lat jej ważnym towarem eksportowym. Aby zyskać na czasie, jesienią Trump zawarł w tej kwestii roczny rozejm celny z Chinami. Oczywiście wątpliwe, czy zostanie on do końca utrzymany. Władze w Pekinie widzą, że Ameryka próbuje za wszelką cenę uciec od uzależnienia od azjatyckich dostaw.

Dopiero w takim kontekście warto patrzeć na takie miejsca jak Grenlandia. USA są tam obecne wojskowo od czasów II wojny światowej. Trump chciałby też jednak dotrzeć do schowanych pod grubą pokrywą lodową surowców strategicznych. A jest ich niemało – złoża grenlandzkie są mniej więcej równe amerykańskim. Nikt ich obecnie nie wydobywa.

Trumpa wolno nie lubić. Za włosy, poczucie humoru albo co tam jeszcze. Ale robienie z niego polityka krótkowzrocznego i chaotycznego to fundamentalne kłamstwo. A analizy oparte na kłamstwie nigdy nie będą prawdziwymi analizami. ©Ⓟ