Ostatnie tygodnie były trudne dla europejskich sojuszników Donalda Trumpa. Amerykański prezydent najpierw powrócił do groźby przejęcia Grenlandii, oferując im dwa rozwiązania. W pierwszym wariancie USA dokonałyby zakupu półautonomicznego terytorium należącego do Danii, w drugim – inwazja. Jednak w ubiegłym tygodniu na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos Trump złagodził stanowisko, deklarując, że nie zamierza przejmować wyspy siłą ani nakładać ceł na kraje wyrażające sprzeciw wobec jego planów.
Odprężenie nie trwało długo. Republikanin znowu zaostrzył ton – tym razem wypowiadając lekceważące słowa pod adresem żołnierzy, którzy wsparli amerykańską inwazję na Afganistan. W wywiadzie dla Fox News Trump powątpiewał, czy sojusznicy z NATO „stanęliby na wysokości zadania”, gdyby Stany Zjednoczone „kiedykolwiek ich potrzebowały”. Mimo że po zamachach z 11 września to USA jako pierwsze i jedyne dotąd państwo NATO uruchomiły art. 5 traktatu północnoatlantyckiego dotyczący zbiorowej obrony. Prezydent bezpodstawnie stwierdził też, że wojska państw Sojuszu „trzymały się nieco z tyłu” linii frontu.
Tego typu wypowiedzi wywołują coraz większy sprzeciw na Starym Kontynencie. Ze styczniowego sondażu CBOS dla DGP wynika, że 58 proc. Polaków negatywnie ocenia politykę zagraniczną USA pod rządami Trumpa, w tym 31 proc. zdecydowanie negatywnie. 7,1 proc. badanych nie ma do niego w tej dziedzinie zastrzeżeń, a 25 proc. ma raczej przychylne nastawienie.
Podobne wnioski płyną z badań prowadzonych w całej Europie. Sondaż firmy Public First, zrealizowany w grudniu na zlecenie Politico, pokazuje, że prezydent USA nie cieszy się wielką popularnością nawet wśród wyborców prawicowych partii. We Francji sympatycy Zjednoczenia Narodowego częściej oceniają jego politykę negatywnie (38 proc.) niż pozytywnie (30 proc.). Podobny podział odnotowano wśród zwolenników Alternatywy dla Niemiec (AfD): 34 proc. popiera działania Trumpa, a 33 proc. je odrzuca. Największą sympatią cieszy się w brytyjskiej prawicy – 50 proc. sympatyków Reform UK wypowiada się o nim pozytywnie.
Nie ze wszystkim się zgadzam
Nic więc dziwnego, że konserwatywne ugrupowania zaczęły się dystansować od kontrowersyjnych posunięć swojego sojusznika. Szczególnie że wkrótce w kilku państwach europejskich wyborcy pójdą do urn. To samo dotyczy innych części świata. Weźmy np. lidera kanadyjskiej Partii Konserwatywnej Pierre’a Poilievre’a, który za sprawą swojej antyestablishmentowej retoryki zyskał przed ubiegłorocznymi wyborami parlamentarnymi miano „kanadyjskiego Trumpa”. Początkowo strategia naśladowania przynosiła efekty – w styczniu 2025 r. ugrupowanie Poilievre’a wyraźnie prowadziło w sondażach, notując nawet 45 proc. poparcia. Słupki rządzących liberałów byłego premiera Justina Trudeau ledwo przekraczały 20 proc.
Sytuacja uległa zmianie, gdy po zaprzysiężeniu amerykański przywódca zaczął grozić Kanadzie wysokimi cłami i fantazjować o jej aneksji. Konserwatyści nagle wyhamowali. Poilievre porzucił hasło „Canada First”, nawiązujące do trumpowskiego „America First”, ale nie zdołał już odwrócić niekorzystnego trendu. Ostatecznie przegrał z kierowaną przez Marka Carneya Liberalną Partią Kanady.
Również na polskiej prawicy widać sygnały dystansowania się wobec lokatora Białego Domu. Anna Bryłka, posłanka Konfederacji do Parlamentu Europejskiego, przekonywała na łamach DGP, że „nigdy nie miała jednoznacznie pozytywnego stosunku do prezydenta Trumpa”. – To, że ideowo bliżej mi do republikanów niż do demokratów, nie oznacza, że zgadzam się z każdą wypowiedzią Trumpa. Nie jestem wobec niego bezkrytyczna – stwierdziła.
Wcześniej Jordan Bardella, potencjalny kandydat Zjednoczenia Narodowego na prezydenta Francji, uznał stanowisko Trumpa wobec Grenlandii za „nie do przyjęcia” i oskarżył go o „imperialne ambicje”. Amerykański przywódca stał się we Francji tak niepopularny, że Éric Ciotti, lider Grupy UDR – niewielkiej partii współpracującej ze Zjednoczeniem Narodowym – usunął ze swoich mediów społecznościowych dwa gratulacyjne wpisy, które opublikował po jego zwycięstwie w 2024 r. Z kolei Nigel Farage, przywódca Reform UK, która obecnie prowadzi w sondażach, określił groźby dotyczące Grenlandii „bardzo wrogim aktem”.
Chyba najbardziej zaskakujący wydaje się zwrot AfD. – Trump złamał fundamentalną obietnicę wyborczą, czyli zapowiedź nieingerowania w sprawy innych państw – powiedziała jedna z liderek ugrupowania Alice Weidel, odnosząc się do sporu o Grenlandię i operacji USA w Wenezueli. Współprzewodniczący partii Tino Chrupalla częściowo bronił Trumpa, przekonując, że działa on zgodnie z interesami Stanów Zjednoczonych w ich strefie wpływów. Jednocześnie odrzucił metody amerykańskiego prezydenta. – Rozwiązania rodem z Dzikiego Zachodu są nie do przyjęcia, a cel nie zawsze uświęca środki – powiedział Chrupalla.
Choć krytyka była powściągliwa, to trzeba pamiętać, że jeszcze niedawno w AfD nie było miejsca nawet na łagodne sygnały dezaprobaty. Niemiecka skrajna prawica postrzegała dotąd amerykańskie wsparcie jako klucz do wzmocnienia swojej legitymizacji i przełamania zapory ogniowej głównych partii, która blokowała jej dostęp do władzy. A otoczenie Trumpa nie szczędziło politykom Alternatywy dowodów sympatii. Nie przeszkadzały mu bulwersujące wypowiedzi wielu jej polityków. Na przykład deputowany do Bundestagu Maximilian Krah stwierdził w jednym z wywiadów, że „każdy, kto nosił mundur SS, był automatycznie przestępcą”. Z kolei wiceprezes młodzieżówki AfD Nicolai Boudaghi oznajmił, że „Hitler i naziści to tylko ptasie gówno w ponad tysiącletniej historii sukcesów Niemiec”.
W połowie lutego 2025 r. wiceprezydent J.D. Vance spotkał się z Alice Weidel przy okazji Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Uznawana za politycznego pariasa AfD nie została zaproszona na imprezę i nie miała prawa wstępu na teren, na którym odbywało się wydarzenie. Spotkanie z Vance’em odbyło się więc w piwnicy hotelu Westin Grand, w którym nocował amerykański wiceprezydent.
Tego samego dnia Vance wygłosił płomienne przemówienie, oskarżając Europę o odejście od własnych wartości, prześladowanie chrześcijan i stosowanie cenzury. Zasugerował też, że Stany Zjednoczone nie będą dłużej tolerować wykluczania skrajnej prawicy z życia publicznego. – Wykluczanie ludzi z procesu politycznego niczego nie chroni. Wręcz przeciwnie, to najpewniejszy sposób na zniszczenie demokracji – stwierdził Vance.
Dla wielu uczestników przemówienie było szokujące. Ówczesny przewodniczący Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa Christoph Heusgen uronił nawet łzę z żalu nad pogłębiającymi się w NATO podziałami. Część obserwatorów odebrała słowa wiceprezydenta jako jawną ingerencję w niemieckie wybory, które odbywały się niespełna tydzień później. AfD zajęła w nich drugie miejsce – był to najlepszy wynik w historii partii.
To nie koniec
Narastające różnice mogą przeszkodzić USA w realizowaniu celów nowej strategii bezpieczeństwa narodowego. Dokument ten stwierdza, że Unia Europejska jest gospodarczo osłabiona, ale jej „prawdziwe problemy są jeszcze głębsze”. Wśród nich wymienia m.in. „działania UE podważające wolność polityczną i suwerenność”, „politykę migracyjną, która przekształca kontynent”, a także „cenzurę wolności słowa, tłumienie opozycji politycznej (…) i utratę tożsamości narodowych”. Strategia dowodzi, że Stany Zjednoczone muszą „wzmacniać opór” wobec „kierunku, w którym zmierza” Stary Kontynent. „Rosnące wpływy patriotycznych partii (…) dają powody do wielkiego optymizmu” – czytamy w strategii.
Paweł Zerka z European Council on Foreign Relations (ECFR) przestrzega jednak przed ogłaszaniem zmierzchu romansu europejskiej prawicy i administracji MAGA. – Europejskie partie i ich liderzy nie muszą na każdym kroku podkreślać, jak bardzo popierają Trumpa – mówi DGP. Szczególnie że „zarówno Prawo i Sprawiedliwość, Reform UK, AfD, jak i hiszpański Vox korzystają na tym, że jest on u władzy”. – Oni grają do tej samej bramki. To, co robi Trump, w pewnym stopniu legitymizuje działania, do których nawoływali od dawna – nie tylko w kwestii Unii Europejskiej, ale też klimatu czy polityki migracyjnej. Nagle coś, co wcześniej uważano za skrajne, przestaje być postrzegane w ten sposób, skoro legitymizuje to lider najpotężniejszego państwa świata – tłumaczył ekspert.
O tym, że transatlantycki sojusz ideologiczny nie dobiegł końca, świadczy również powściągliwa reakcja prawicowych przywódców państw europejskich. Ich ostrożne wypowiedzi świadczyły o tym, że nie chcą się narazić silniejszemu partnerowi. Prezydent Karol Nawrocki nie skrytykował prezydenta USA za słowa o żołnierzach NATO w Afganistanie. W mediach społecznościowych napisał jedynie, że „nie ma wątpliwości, iż polscy żołnierze to bohaterowie”. „Zasługują na szacunek i słowa podziękowania za ich służbę. W Afganistanie poległo 44 odważnych Polaków: 43 żołnierzy i cywil. Na zawsze zostaną w naszej pamięci!” – dodał. W sprawie Grenlandii podkreślał, że spór powinien być rozstrzygnięty „na drodze dyplomatycznej” między Waszyngtonem a Kopenhagą, bez wynoszenia go na szersze, unijne forum. Z kolei premier Włoch Giorgia Meloni skrytykowała pomysł rozmieszczenia europejskich wojsk na Grenlandii, choć w rozmowie telefonicznej miała powiedzieć prezydentowi USA, że jego groźby były „błędem”.
Utracone zaufanie
Zdaniem Pawła Zerki dla polityków skrajnej prawicy takich jak Jordan Bardella czy Alice Weidel demonstracyjne dystansowanie się od Trumpa ma sens. – Ci liderzy umiejętnie wykorzystali okazję, by pokazać swoją asertywność, niezależność i gotowość do obrony zasad ważnych dla nacjonalistycznych elektoratów – przekonuje.
Ekspert uważa, że politykom głównego nurtu zabrakło stanowczości. W Davos zwracał na to uwagę także gubernator Kalifornii Gavin Newsom, typowany na kandydata demokratów w wyborach prezydenckich w 2028 r. – Wszyscy klękają przed Trumpem. Powinienem był zabrać ze sobą zapas nakolanników dla światowych liderów – mówił podczas Światowego Forum Ekonomicznego. – To po prostu żałosne.
Europejski mainstream chyba już zdaje sobie z tego sprawę. W Brukseli toczą się rozmowy o tym, by – parafrazując Winstona Churchilla – „nie zmarnować dobrego kryzysu”. Chodzi o wypracowanie rozwiązań, które przygotują Stary Kontynent do funkcjonowania w nowym porządku międzynarodowym, w którym sojusz z USA nie jest już oczywistością.
Choć oficjalnie wielu polityków dalej będzie demonstrować podziw dla amerykańskiego przywódcy – jak sekretarz generalny NATO Mark Rutte, którego czołobitne wiadomości Trump upublicznił w mediach społecznościowych – to za kulisami coraz częściej słychać, że zaufanie zostało bezpowrotnie utracone. ©Ⓟ