To przemocowy, patriarchalny i patologiczny system, który przez aklamację, przez brak sprzeciwu i przez wieloletnie udawanie, że król nie jest nagi, został uznany za obowiązujący w całej Rosji. To jak wziąć patologiczną rodzinę, pomnożyć ją przez 140 mln ludzi – i twór ten nazwać państwem. W rzeczywistości Rosja nie jest państwem, bo nikomu na nim nie zależy. Tak jak w tej patologicznej rodzinie nikt nikogo nie kocha i nikt nie jest za nikogo odpowiedzialny. Ludzie po prostu mieszkają razem, przekonani, że wszędzie indziej byłoby tylko gorzej albo co najmniej tak samo źle.
I myślą, że inni ich nienawidzą.
Ta logika jest uniwersalna: albo my ich zaatakujemy, albo oni zaatakują nas. Albo my zabierzemy im zasoby, albo zabiorą je nam. To absolutna patologia, która wszystko przenika. Od relacji sąsiedzkich przez życie społeczne po politykę międzynarodową. W myśleniu Rosjan życie nie jest grą o sumie dodatniej, tylko grą o sumie zerowej: zasobów jest mało, trzeba je odebrać innym. Kiedy pytani są, dlaczego świat ich nie lubi, nigdy nie dopuszczają myśli, że problem może leżeć po ich stronie. Odpowiedź brzmi zawsze, że świat zazdrości im zasobów. To jest jednocześnie kompleks niższości i syndrom wyższości. To głębokie przekonanie, że jest się gorszym, które kompensuje się agresywnym demonstrowaniem rzekomej wielkości. To nie jest poczucie własnej wartości, to nieustanna nadkompensacja. Rosja nie potrafi funkcjonować bez zewnętrznego punktu odniesienia. Nie wystarczy coś zrobić – trzeba ogłosić światu, że się to zrobiło, zatknąć flagę i czekać na oklaski. To jest popisywanie się, a potem nerwowe oczekiwanie na uznanie.
Kraje, które rzeczywiście mają wielo wiekową i wysoką kulturę – jak Wielka Brytania czy Francja – nie robią z tego show. Państwa, które są w czymś naprawdę dobre, nie muszą tego nieustannie demonstrować. To, co widzimy w Rosji, to dokładnie ten sam mechanizm co u człowieka, który w piątek wieczorem zakłada białe skarpetki na dyskotekę, żeby wszyscy widzieli, że to nie te same, w których rano był w oborze. To nie jest estetyka, to jest sygnał wysyłany w panice: „Zobaczcie, kim jestem!”. Ludzie, którzy kompulsywnie manifestują swoją wartość przez ubiór, samochód, wielkość mieszkania, ilość złota na kominku czy liczbę plastikowych czołgów na paradzie ku czci wojny zakończonej 80 lat temu, coś kompensują. To kompleksy. Każdy jakieś ma, ale problem zaczyna się wtedy, gdy całe państwo buduje swoją politykę na zbiorowej kompensacji kompleksów. Żeby zrozumieć Rosję, trzeba zejść na poziom psychologii zwykłego człowieka. A ta mityczna rosyjska dusza, którą rzekomo z nich wyrywają, to nie jest coś, czym należałoby się chwalić. Jak powiedział ponad sto lat temu Michaił Sałtykow-Szczedrin: „Jeżeli zasnę i obudzę się za sto lat, a zapytają mnie, co robią w Rosji, odpowiem bez wahania: kradną i piją”.
Wszyscy działali w opozycji, wszyscy próbowali ten kraj zmienić. Weźmy malarstwo końca XIX w., Pieriedwiżników, ludzi, którzy tworzyli wybitne dzieła i jeździli z nimi po zapadłych wsiach, by chłopom kulturę przybliżać. To była klasyczna praca u podstaw. Wszyscy wielcy twórcy byli gnębieni i często fizycznie niszczeni. Puszkin był latami zaszczuwany, aż w końcu zginął w pojedynku. Wielu wielkich poetów i myślicieli zginęło w łagrach. Ci, którzy dziś uznawani są za wielkich rosyjskich intelektualistów, są albo martwi, bo ich zamordowano, albo żyją poza granicami kraju.
Tu Puszkin znów jest idealnym przykładem. Niby walczył z caratem, ale pojechał na Kaukaz i strzelał do Czeczenów. Tu pojawia się dwumyślenie, a nawet wielomyślenie. Rosjanie mają w głowie szufladki. Potrafią przestawić wajchę i przyjąć zupełnie inny punkt odniesienia dla własnych działań. Potrafią zaczarować rzeczywistość w taki sposób, że cztery lata niszczenia Kijowa nazywają wyzwalaniem. To wybrzmiewa w moich wywiadach z nimi: gdybyśmy ich nie napadli, oni by napadli nas, dlatego my jako pierwsi napadliśmy – to znaczy zaczęliśmy wyzwalać. Czytając Rosjan między kłamstwami, widać tam wszystko, tylko nigdy nie zostanie to wypowiedziane wprost.
Spójrzmy, co się stało po śmierci Stalina. Formalnie uznano, że istniał kult jednostki, że Stalin był złym carem. To stało się właściwie natychmiast po jego zgonie. To nie był proces wymagający lat, pracy, konferencji, debat. Z dnia na dzień ogłoszono: to był kult jednostki, to była wina Stalina. Choć wszyscy w tym kulcie uczestniczyli. Ci sami ludzie, którzy go potępili, wcześniej czynnie i z własnej woli ten kult współtworzyli. Kultu Stalina nie stworzył sam Stalin, tylko oni. Nigdy nie było momentu refleksji, nie padły słowa „zrobiliśmy coś złego” czy „skrzywdziliśmy innych”. Nie. To Stalin. Klasyczny mechanizm kozła ofiarnego. W przyszłości takim kozłem ofiarnym będzie Putin.
Uważam, że pojęcie narodu jest z natury krzywdzące dla wszystkich mniejszych grup. Zostało wymyślone przez imperia kolonialne, by wciągać w swoją tożsamość innych. Naród w nowoczesnym sensie jest więc konstruktem władzy. Nie wierzę też w to, że państwowość czy narodowość definiują cechy osobowości. W swojej książce próbuję desperacko uciec od takiego przypisywania, ale, niestety, nie udaje mi się to. Bo jeśli całkowicie z niego zrezygnujemy, nie da się mówić o Rosji ani o zamieszkujących ją ludziach. To przydatne uogólnienie. Krzywdzące, ale nieuniknione. Jeśli przyznamy, że jest nieuniknione, a potem stwierdzimy, że „Rosjanie są tacy a tacy”, to możemy prowadzić rozmowę. Jeśli zaczynamy od hasła „Rosjanie są tacy i owacy”, to nie jest dyskusja, tylko propaganda. Kluczowy jest kierunek, od którego się wychodzi.
Najgorsze, co pojawia się u Rosjan, to brak perspektywy zmiany. Od małego słyszą, że tak zawsze było i że nie będzie inaczej. W Polsce mamy bardzo silną, pokoleniową świadomość zmienności epok. Rozmawiasz z rodzicami, dziadkami, pradziadkami i każdy z własnej perspektywy opisze, jak w ramach jednego życia zmieniały się światy. Siedzisz na pl. Trzech Krzyży i gdzieś z tyłu głowy masz, że za komuny było inaczej, w czasie wojny były tu barykady, przed wojną było jeszcze inaczej itd. Ta świadomość zmiany sprawia, że można albo płynąć z nurtem przemian, albo próbować nimi sterować. I Polacy w ostatnich 40 latach to drugie robili całkiem skutecznie. W Rosji klasyczna formuła brzmi: tak zawsze było. I nic na to nie poradzisz. Tu zawsze silniejsi gnębili słabszych. Trzeba się poddać hierarchii, bo hierarchia jest naturalnym stanem. Jeśli mały Wołodia spróbuje się wyrwać, trafi do bandyterki, a tam hierarchia jest jeszcze twardsza. Jeśli nie bandyterka, to polityka. Może biznes, ale wtedy i tak funkcjonuje między bandyterką a polityką. W polityce usłyszy dokładnie to samo: hierarchia była od zawsze. Jedynym złudnym sposobem wyrwania się z tej hierarchii jest wdrapanie się na sam szczyt.
Tak. Tylko że kiedy jest się prezydentem ludzi, którzy przez całe życie wierzyli w hierarchię, jedyne, co realnie można robić, to tę hierarchię podtrzymywać. I powstaje rodzaj perpetuum debile: większość nic nie może, a ci, którzy mogliby, nie chcą, bo tak im się opłaca.
Ja Wschód poznałem w wielu rejestrach: byłem gnębiony i bity przez rówieśników na Białorusi, byłem na weselu oligarchy w Moskwie, zdarzało mi się świętować Nowy Rok w Moskwie w hotelu Metropol, w Kaliningradzie i w wielu innych miejscach. Moja rodzina jest ze Wschodem związana od pokoleń. Od zesłania do Władykaukazu po powstaniu styczniowym; od historii mojego dziadka, którego przed bandami UPA uratowali Ukraińcy; od czasu mojego ojca, który w 1990 r. trafił do tworzącego się korpusu dyplomatycznego III RP. Ja na Wschód pojechałem w 1992 r., na Białoruś. Mieszkałem tam trzy lata, jeszcze przed Łukaszenką. Potem był Kaliningrad we wczesnych latach 2000, kiedy to miejsce było „zatopione w formalinie” i opóźnione o dobre kilkanaście lat względem reszty Rosji. Później wielokrotnie bywałem w Moskwie, gdzie ojciec był chargé d’affaires. Nie zliczę, ile razy tam byłem – kilkadziesiąt? Ostatni raz byłem w Rosji w 2021 r. i ledwo wróciłem, bo „prawie znaleźli mi broń” na granicy.
Zakładam, że tak. Tamten epizod był wystarczająco czytelny: osiem godzin na dołku, dwóch funkcjonariuszy FSB, papiery na stole – i nagle zmiana warty, nowy dowódca pyta: „Co wy go tu trzymacie?”. Puszcza mnie i okazuje się, że tej broni u mnie jednak nie było.
Oni wszyscy noszą maski. U nich picie jest sposobem, żeby je ściągać. A u nas napicie się z kimś bywa ostatnią rzeczą, którą się robi, gdy relacja już jest. U nich to pierwszy test. Jeśli ktoś nie chce pić, to albo agent, albo złodziej.
W codzienności wygląda to prosto i brutalnie: idziesz ulicą, ktoś idzie naprzeciwko – uderz pierwszy. Tyle. To jest to, czego uczą się od małego: albo my ich, albo oni nas. To przewija się w rozmowach z jeńcami wojennymi: albo my ich, albo oni nas. Jeśli ty nie uderzysz, uderzą ciebie.
Rosji się jeszcze nie udało. Bo rozwój nie jest liniowy. Gdyby był, nie mielibyśmy dzisiaj Trumpa w Ameryce. Ale w przypadku Rosji mam wrażenie, że do jakiegoś rodzaju zmiany wystarczy wymiana władcy i narracji. Gdyby władza się zmieniła i gdyby Simonjan, Pieskow, Sołowjow (prokremlowscy propagandyści: Margarita Simonjan – szefowa telewizji RT; Dmitrij Pieskow – rzecznik rosyjskiego prezydenta; Władimir Sołowjow, prezenter kanału Rossija 1 i Rossija 24 – red.) dostali nowy skrypt i zaczęli go czytać w telewizji, to po tygodniu Rosjanie zaczęliby w ten skrypt wierzyć, po miesiącu zaczęliby go powtarzać, a po roku byliby przekonani, że od zawsze tak myśleli. Są na tyle uwarunkowani do bezkrytycznego przyjmowania oficjalnej narracji jako wiążącego zbioru zasad, że sama zmiana komunikatów płynących z góry mogłaby wychować ich w jakiejś formie normalności.
Tak. Bo każdy ze zwykłych Rosjan zabijających Ukraińców natychmiast powiedziałby: „To źli generałowie nas zmusili”. To błyskawiczny mechanizm wyparcia i przerzucania winy. Niewykluczone, że poszłoby to jeszcze dalej: że ruszyliby z pozwami przeciwko państwu o odszkodowania, bo oni uwielbiają być ofiarą. Każdy przemocowiec uważa, że jest ofiarą. Jak zapytasz: „Dlaczego bijesz żonę?”, odpowie: „Bo mnie prowokuje”. Zderzmy Rosję z Iranem: tam ludzie wychodzą na ulicę, są mordowani, a mimo to protestują. O Rosji mówi się natomiast, że nie ma tu masowych protestów przeciw wojnie, bo ludzie się boją więzień. Czy da się tę różnicę wyjaśnić pamięcią historyczną: że w Iranie kiedyś była wolność, a w Rosji nie ma do czego nawiązać? Czy to jedyny czynnik?
Kiedy?
Tylko że dzisiaj te lata są pamiętane jako czas upokorzenia, kiedy Rosja była, jak mówią, na kolanach. Tak jest im to sprzedawane. A jednak gdy popatrzysz na ogromne tłumy na wiecach Jelcyna, na oddolną mobilizację w czasie kryzysu konstytucyjnego, widać, że inicjatywy im nie brakowało. Rosjanie potrafią się organizować. Spójrz na Białoruś w 2020 r. i protesty przeciw Łukaszence. To byli młodzi ludzie, urodzeni jeszcze przed dojściem „Łuki” do władzy. Wyszli i powiedzieli: „Nie chcemy”. Dlaczego? „Bo mamy prawo nie chcieć”. Nie dlatego, że będzie lepiej, nie dlatego, że mamy innego kandydata na prezydenta. Po prostu: nie chcemy. To samo przeszli Ukraińcy w 2013 r. To nie było odrodzenie tożsamości. Oni ją tworzyli od zera, stąd błędy i potknięcia. A wcześniej, patrząc na Ukrainę jako całość, niewiele wskazywało, że ona się obudzi. Jednak obudziła się tak, że Rosja do dziś nie potrafi tego przełknąć.
Bo przyznanie, że Ukraińcy obudzili się sami, jest dla niej śmiertelnie niebezpieczne. Bo wtedy wychodzi, że obudzić się może każdy naród.
Nie sądzę, żeby niewolnicy Spartakusa mieli jakąkolwiek pamięć wolności, a mimo to poszło im całkiem nieźle.
Jest jeszcze druga ścieżka, oddolna: ludziom pęka żyłka, wychodzą, do pierwszych protestujących dołączają się kolejni – i system się wali.
Przypadek. Na przykład weteran wraca z wojny, wdaje się w bójkę w barze, wpada milicja, ludzie stają w jego obronie, zaczyna się szarpanina, przyjeżdża więcej milicji, przyjeżdża więcej ludzi, zaczynają się bić. Ludzie mówią: bronimy godności. Władza mówi: wszyscy do więzienia za wywrotową działalność. Inni weterani się dowiadują, dołączają i nagle masz weteranów przeciw reżimowi. Mechanizm może być banalny, a konsekwencje nie do przewidzenia. Przypomina mi się upadek Ceaușescu. Jest nagranie, gdzie on zaczyna przemówienie i w pewnym momencie widać, jak zmienia mu się wyraz twarzy, bo uświadamia sobie, że ten szum to nie wiwaty, tylko buczenie, gwizdy i śmiech. Nic nie zapowiadało upadku jego reżimu, a jednak po jednym wiecu się poskładał.
Rosjanie to ludzie mieszkający w barakach socjalnych, bez wzorców, z telewizją jako bajką-ucieczką, a do tego przekonaniem, że wszystkie telewizje kłamią. Oni nie są inni niż my i nie są źli, są nieszczęśliwi.
Moim zdaniem Putin i jego koledzy tę Rosję dostali w spadku. Przemocowy sposób istnienia państwa moskiewskiego zdefiniowała orda mongolska; po ordzie był carat moskiewski, po caracie nastali Romanowowie, po nich bolszewicy, po bolszewikach Stalin, po Stalinie Jelcyn, zaś po Jelcynie Putin. Putin i jego ludzie przejęli taką a nie inną Rosję i dalej ją przekazują. Rosja jest jak stary VW Golf: rzęzi, dymi, czasem kogoś rozjedzie, bo hamulce nie działają, ale jedzie. Więc po co go naprawiać, skoro jedzie? Ale jednak wiesz, że ludzie się z ciebie śmieją, więc robisz wiejski tuning: spoiler, alufelgi, obniżony zderzak. Ale to wciąż ten sam Golf. Jednak nikt go poważnie nie naprawia, bo to wymaga pracy. A po co inwestować w coś, co i tak nie jest twoje, skoro tylko przewozisz tym towarek na rynek, sprzedajesz i jedziesz na wakacje, a potem przekażesz auto dalej?
Oni są zakładnikami systemu. Gdyby próbowali grać według reguł bardziej demokratycznych, humanitarnych czy humanistycznych, zostaliby zjedzeni przez kogoś innego. W społeczeństwie plemiennym, gdy się wyłamujesz, reszta cię zjada. Zabija i zjada. W sensie dosłownym i przenośnym. Oni doskonale wiedzą, jak wygląda świat na zewnątrz. Przed sankcjami spędzali więcej czasu za granicą niż w kraju. Jeżdżą zachodnimi samochodami, używają iPhone’ów. Po 2014 r. potrafili z iPhone’ów pisać w społecznościówkach, że Rosja nie potrzebuje Zachodu. Wiedzą, jak wygląda Zachód – i bardzo by chcieli być jego częścią. Tak jak Romanowowie, którzy ubierali się i budowali na modłę zachodnią. Tak jak Piotr Wielki, który zbudował Petersburg jako imitację pewnej europejskości i kazał ścinać brody bojarem. To jest kult cargo: przyjmowanie zewnętrznych form w nadziei, że treść sama się pojawi. Jak dzieciak, który obejrzał „Mad Maxa”, kupuje skórę, wbija w nią aluminiowe ćwieki i udaje groźnego.
Na pewno chce być wielki. Każdy, kto może zrobić coś wielkiego i przejść do historii, ma pokusę, żeby w to pójść. Nie wątpię, że działania Putina mają pewne ramy ideologiczne. Ale wystarczy popatrzeć, jak Rosja definiowała i definiuje cele, jak to nazywa, specjalnej operacji wojskowej. One nigdy nie zostały jasno określone. Są rozmyte i tak szerokie, żeby dało się je dopasowywać do sytuacji. A potem zawsze można powiedzieć: „Nie, my nigdy tego nie chcieliśmy; nigdy nie chcieliśmy dojść do Kijowa w trzy dni; nigdy nie chcieliśmy zajmować Kijowa; nigdy nie chcieliśmy całej Ukrainy”. Im bardziej nieokreślone ramy, tym łatwiej dopasować je do wszystkiego. Funkcjonują na poziomie meta. Bez konkretów. Zresztą to widać nawet w formie kampanii: plakat wyborczy wygląda tu tak, że jest zdjęcie Putina i napis: „Władimir Władimirowicz Putin”. Koniec. Nie ma hasła, bo gdyby było – ktoś mógłby zapytać, czy obietnica została spełniona. Nie ma programu – bo ktoś mógłby próbować cię z niego rozliczyć. A tak, jak przyjdzie moment rozliczeń, można powiedzieć: „Przecież ja nic nie obiecywałem”. I to będzie prawda. ©Ⓟ