Od kilku lat w ramach badań nad funkcjonowaniem systemu edukacji w Polsce rozmawiam m.in. z dyrektorami szkół. Mają oni dość wszechstronną wiedzę o działaniu nie tylko własnych placówek, lecz także podmiotów nadzorujących – wydziałów edukacji w gminach, kuratoriów oświaty czy wreszcie Ministerstwa Edukacji Narodowej. Co równie ważne, wielu dyrektorów pracuje w szkole od kilkudziesięciu lat, dzięki czemu mają kompleksowy ogląd zmian, które nastąpiły w tym sektorze od czasów transformacji ustrojowej.

Nauczyciele chcą doczekać do emerytury

Można z tych wywiadów wyciągnąć dwa ogólne wnioski. Po pierwsze, głównym warunkiem powodzenia jakiejkolwiek reformy jest nauczyciel. Nie ministerstwo, nie kuratorium, nie program kształcenia, nie nowinki technologiczne, lecz właśnie osoba znajdująca się na pierwszej linii edukacyjnego frontu. Oczywiście niebagatelną rolę odgrywają sami dyrektorzy i ich zdolności w zakresie przywództwa edukacyjnego, ale ostatecznie wszystko rozbija się o nauczycieli. Było to doskonale widać choćby w trakcie awantury o przedmiot historia i teraźniejszość. Choć minister Przemysław Czarnek włożył mnóstwo wysiłku, by wprowadzić do szkół wizję nakreśloną w podręczniku prof. Wojciecha Roszkowskiego, to w całym kraju korzystało z niego zaledwie kilkudziesięciu nauczycieli. W efekcie wymarzona zmiana zaszła w mniej niż 1 proc. szkół.

Po drugie, zdecydowaną większość kadry pedagogicznej stanowią nauczyciele w wieku przedemerytalnym. Potwierdzają to dane statystyczne: statystycznie polski belfer jest kobietą i ma 50 lat. To niejednorodna grupa, ale dominuje w niej zmęczenie i chęć dotrwania do emerytury bez większych przygód. Badani dyrektorzy mówili wprost: większość nauczycieli nie jest specjalnie zainteresowana szkoleniami. Mają przeświadczenie, że w ich sytuacji nabywanie dodatkowych kwalifikacji nie ma sensu, bo nie zdążą zbytnio wykorzystać nowych umiejętności i nie przełoży się to na ich wynagrodzenia czy wysokość emerytury. Zmarnują tylko czas. Sporo nauczycieli ma też przekonanie, że po kilkudziesięciu latach pracy w zawodzie ma tyle doświadczenia, że nie musi się już uczyć. Czterdziestoletnia dyrektorka szkoły relacjonowała mi, że na sugestię wprowadzenia pewnych zmian starsza koleżanka wprost odpowiedziała: „proszę mnie nie pouczać – pracuję od 30 lat i wiem, jak mam uczyć dzieci”. Podobne podejście prezentują sami dyrektorzy – nie zapomnę badania fokusowego, w którym zapytano ich, na co konkretnie potrzebowaliby dodatkowych pieniędzy. W odpowiedzi przez 45 minut nie odezwali się ani słowem. Jeden z dyrektorów później wytłumaczył mi powód milczenia: gdyby zabrali głos, mogłoby się pojawić oczekiwanie, że muszą coś z tymi pieniędzmi zrobić, a przecież im zostały dwa–trzy lata do emerytury.

Podręcznikowa reforma szkoły

Przywołuję te rozmowy, aby zmierzyć się z oceną najnowszej reformy edukacyjnej „Kompas jutra”. Na pierwszy rzut oka prezentuje się ona naprawdę dobrze – i to z kilku powodów. Jest rozpisana na lata i towarzyszyły jej długie przygotowania, w których udział brał m.in. Instytut Badań Edukacyjnych. Z perspektywy osoby zajmującej się polityką publiczną w teorii i w praktyce, muszę powiedzieć, że niemal wszystko zostało zrobione zgodnie z zasadami. Autorzy reformy rozpoczęli od zidentyfikowania problemu, przeprowadzili jego kompleksową diagnozę, a na tej podstawie określili cele polityki, kierunki działań i mechanizmy interwencji. Na szczególne docenienie zasługuje krytykowany przez niektórych profil absolwenta. Po raz pierwszy w historii polityki edukacyjnej III RP jej twórcy w tak przejrzysty sposób określili zestaw wartości, jakimi ta polityka powinna się kierować. Ze świecą szukać podobnych przykładów.

Profil absolwenta zyskał moje uznanie także z innego powodu. Po 35 latach miotania się pomiędzy paradygmatem efektywistycznym – nastawionym na konkurencję między szkołami i przygotowanie uczniów na rynek pracy – a paradygmatem tradycjonalistycznym – podkreślającym znaczenie wychowania patriotycznego i odgórnie sterowanych programów – wreszcie ktoś dostrzegł potrzebę wprowadzenia paradygmatu progresywnego. Nie wchodząc w szczegóły, nadrzędnymi cechami tego podejścia są skupienie się na uczniu i jego indywidualnych potrzebach oraz przeciwdziałanie nierównościom edukacyjnym. W sytuacji pogłębiających się dysproporcji i kryzysu demograficznego takie podejście do polityki edukacyjnej wydaje się nie tyle zasadne, ile niezbędne.

Oczywiście w samym profilu absolwenta odnajdziemy trochę niespójności. Widać, że przy jego powstawaniu zderzyły się dwie wizje: progresywna (socjaldemokratyczna), reprezentowana prawdopodobnie przez część ekspertów zgromadzonych wokół ministry Barbary Nowackiej, i efektywistyczna (neoliberalna), której głównym zwolennikiem były zapewne wiceminister Katarzyna Lubnauer i kierownictwo Instytutu Badań Edukacyjnych.

Skoro reforma została przygotowana podręcznikowo, to warto zadać pytanie, czy jej autorzy w ramach tego procesu przeprowadzili intelektualne ćwiczenie znane z sektora prywatnego. Mowa o wizualizacji persony, czyli kluczowych odbiorców naszego produktu. Choć zadanie to nieco przypomina zabawę, jest niezwykle ważne nie tylko dla ostatecznego kształtu reformy, lecz także strategii komunikacyjnej. Kiedy przyglądam się komunikacyjnej katastrofie towarzyszącej wprowadzaniu kolejnych elementów „Kompasu jutra” – takich jak edukacja zdrowotna – mam przemożne wrażenie, że analiza ta została pominięta albo zrobiona po łebkach.

Od nadziei do rezygnacji

Nie ulega wątpliwości, że najważniejszą grupą, od której będzie zależeć powodzenie reformy, są nauczyciele. Dlatego sam spróbuję przeprowadzić to ćwiczenie. Naszą bohaterką jest pochodząca z miasta średniej wielkości Anna, rocznik 1972. Jej szkoła średnia przypada na najbardziej beznadziejny okres lat 80. XX w. Zawód nauczyciela kojarzy się jednak pozytywnie – zapewnia społeczny prestiż i dogodne godziny pracy, ułatwiające życie rodzinne oraz gwarantuje stabilność zatrudnienia i wynagrodzenia. To ostatnie zyskuje na znaczeniu, gdy Anna jest w klasie maturalnej, a Polska doświadcza transformacyjnego szoku. W październiku 1991 r. kobieta rozpoczyna studia polonistyczne ze specjalnością nauczycielską w dużym ośrodku akademickim, które kończy dyplomem latem 1996 r. Na pierwszym roku studiów obserwuje wielki strajk nauczycielski, ale skoro już się dostała na wymarzone studia, to nie chce ryzykować zmiany. Tym bardziej że większość jej koleżanek z liceum nie miała tyle szczęścia i zamiast na uniwersytet trafiła na bezrobocie.

Zaraz po ukończeniu studiów Anna wraca do swojego miasta i rozpoczyna pracę w szkole podstawowej. Młodzieńcze ideały mierzą się z trudną rzeczywistością czasów transformacji. Kiedy po trzech latach Annę dopada duża reforma edukacji, podejmuje decyzję, by spróbować pracy w gimnazjum. Nowa placówka daje nadzieję na koniec starych układów. Jednak reforma nie jest dobrze przygotowana, a gimnazjalna codzienność przypomina poligon. Po dwóch latach Anna rodzi dziecko i idzie na urlop macierzyński. Gdy wraca do klasy, sytuacja wydaje się stabilizować, choć nie ma pewności, czy nowy minister za chwilę nie zacznie rozmontowywać zmiany. Rządzący wówczas Sojusz Lewicy Demokratycznej właśnie wycofuje się z reformy kas chorych. Jednak MEN decyduje się tylko spowolnić tempo wprowadzania tzw. nowej matury (to problem nauczycielek w liceach).

Jest wiosna 2006 r., gimnazja kończy już szósty rocznik. Mała stabilizacja. Ministrem zostaje Roman Giertych i zaczyna się ideologiczna batalia o listę lektur. Anna decyduje się na kolejne dziecko, co pozwala jej przy okazji przeczekać burzę. Wraca do pracy już za rządów PO-PSL i minister Katarzyny Hall. Musi się zmierzyć z kolejną dużą reformą – tym razem podstawy programowej. W ramach zmian dorzucono jej do pensum dwie dodatkowe godziny, a to komplikuje logistykę żłobkowo-szkolną. Jej drugie dziecko urodziło się pod koniec 2007 r., więc na szczęście nie objęła go reforma, która posłała do pierwszej klasy sześciolatków.

Mijają kolejne lata, gimnazja okrzepły, podstawa programowa jest wreszcie stabilna. W końcu pojawiają się też podwyżki, choć niewielkie. Po raz pierwszy w swojej nauczycielskiej karierze Anna ma poczucie nieco bardziej trwałej równowagi. Aż nagle zapada decyzja o likwidacji gimnazjów. Nauczycielka ma 45 lat i musi się znowu przestawić na uczenie młodszych dzieci. Wynagrodzenia w gospodarce rosną, ale nie jej zarobki. W 2019 r. bierze udział w strajku, choć bez wielkiej wiary w jego powodzenie. Dominuje apatia.

Wybucha pandemia. Nauczycielka musi w kilka dni zorganizować nauczanie zdalne. Nie dostaje żadnego wsparcia. Na dodatek czuje, że musi zrezygnować z dużej części swojej prywatności. Zaczyna czuć coraz silniejszą presję ze strony rodziców. Inflacja zjada jej pensję w zastraszającym tempie. Gdy stojący na czele resortu edukacji minister Czarnek rozpoczyna walkę ze środowiskiem nauczycielskim, Anna udaje się na wewnętrzną emigrację. Byle dotrwać do emerytury. Jej córki początkowo myślały, że pójdą w ślady mamy – w końcu wychowały się w nauczycielskim etosie. Obie jednak z tego pomysłu zrezygnowały.

Chaos w edukacji

Powyższa opowieść jest zmyślona, ale w moim odczuciu dobrze oddaje doświadczenia i emocje wielu nauczycieli. Kiedy słyszą o kolejnej reformie, tylko wzruszają ramionami. Gdy pytam ich o „Kompas jutra”, wielu z nich nie wie, jaka jest jego istota. Mimo że chyba żadna inna zmiana nie była tak szeroko konsultowana. Wniosek jest prosty: nauczyciele nie mają wiedzy o reformie, bo mieć jej nie chcą.

Nie trzeba być wielkim znawcą polityki publicznej, by zrozumieć, że w takich warunkach nie da się wprowadzić z powodzeniem żadnej zmiany. Dziesiątki tysięcy nauczycielek i nauczycieli nie zrobią nic. Zwłaszcza że nie da się ich ani zwolnić (ograniczeniem są przepisy Karty nauczyciela), ani zmotywować (nie ma czym). To oznacza, że twórcy „Kompasu jutra” popełnili najpoważniejszy z możliwych błędów: źle zidentyfikowali podstawowy problem systemu edukacji. Jest nim brak młodszych nauczycieli charakteryzujących się wysokimi kompetencjami i motywacją. Mamy w szkołach pokoleniową dziurę. Nawet jeśli pojawia się w nich młody nauczyciel, to w ciągu pięciu lat rezygnuje z pracy. Na podstawie międzynarodowego badania TALIS z 2024 r. można szacować, że odsetek belfrów przed czterdziestką to zaledwie ok. 15 proc. W polskich szkołach prawie nie ma trzydziestolatków, a właśnie ta grupa często odgrywa decydującą rolę w przeprowadzaniu zmian w organizacjach.

Niepowodzenie „Kompasu jutra” jest relatywnie małym problemem w świetle tego, który nas czeka za kilka lat, a który na razie dotyka tylko niektóre placówki. Nie proponując żadnych realnych pomysłów na ściągnięcie i zatrzymanie w szkołach młodych nauczycieli, reforma de facto skazuje nas na edukacyjną katastrofę. Za kilka lat na emeryturę przejdzie większość pedagogów, więc utrzymanie aktualnego modelu klasowo-lekcyjnego stanie się niemożliwe – nawet przy niżu demograficznym. Wyzwaniem dla dyrektorów nie będzie wdrażanie nauczania praktycznego, lecz zapewnienie, by lekcje w ogóle się odbywały. To oznacza, że do szkół będą trafiać (jeśli w ogóle) osoby o jeszcze niższych kompetencjach pedagogicznych. Bo trudno mi sobie wyobrazić, by w warunkach zapaści kolejny rząd nie obniżył kryteriów rekrutacyjnych do zawodu.

Zdecydowana większość osób, które pracują w edukacji, ma świadomość, że koniec jest bliski. Twórcy „Kompasu jutra” robią wiele, by nie dostrzec słonia w pokoju. Podobnie jak jego krytycy. Wydaje się, że ci bardziej świadomi nauczyciele od dłuższego czasu szykują się do przejścia do edukacji niepublicznej. Podstawowa strategia to adaptacja. W tym sensie „Kompas jutra” to trafna nazwa – gdy nastąpi całkowity chaos, kompas się przyda. ©Ⓟ